Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zabawne historie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zabawne historie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 27 kwietnia 2014

Ostatnie jednocyfrowe

I znów, jak co roku, się pytam - kiedy to zleciało? Maleństwo to było najdrobniejsze na całym oddziale noworodków, a teraz... kawał baby kończy dziś 9 lat.

I kto był przy tym ten wie, że lekarze dręczyli mnie nieziemsko i strach mi jak kłody rzucali pod nogi, bo dzidzia nie rośnie, bo za mała, bo hipotrofia-srofia i sto innych schorzeń zapewne się czai. A ona sobie, póki w mamuni schowana, była niewielka, korzystając z tych krótkich chwil, kiedy armia genów pozwalała jej na cieszenie się mianem kruszynki.

I wyleźć nie chciała, zajęta ważniejszymi sprawami. Spóźniała się, zupełnie jej się nie spieszyło, co najwyraźniej stanowiło rys jej charakteru już od zarania. Jednakże otoczenie medyczne na jej fanaberie zgody dać nie chciało. Zalecono ciężarnej pochodzić. Zatem ganiałam przez pięć pięter szpitalnych w górę i w dół, a przyszły tatuś zipał za mną, bo przecież bez opieki latanie nie było wskazane. Windo precz - marsz po schodach, "powoli, jak żółw ociężale", jednakże bez przerw najmniejszych. Kazali latać, to latałam, choć nieco intensywniej niż medycyna raczyła przewidzieć. Dlatego też pewnie, gdy przyszło co do czego, najbardziej bolały mnie nogi i cieszyłam się szalenie, że mogę sobie wreszcie poleżeć.

Minęło popołudnie i wieczór, tatuś porzuciwszy małżonkę i nienarodzone dziecię popruł do obowiązków zawodowych, a ja dalej twardo łaziłam, tym razem po korytarzu z książką w ręce, raz po raz obijając się o szafki i meble, bo książka absorbowała mnie bardziej niż spacer. Po obchodzie stanowczo odtransportowano mnie do wyrka i porażono wiadomością, że skoro dziecię samo wyjść nie chce, zostanie pogonione następnego poranka. To mnie nieco zeźliło. Po pierwsze dlatego, że poganiania bałam się jak diabli, po drugie z przekory. Bo jakże to - małe takie, nieopierzone i będzie mi się tu już rządzić i buntować? Matka grzecznie prosi, żeby wylazła - to wyleźć należy i o dyskusji nie ma mowy. Zatem cichaczem do spaceru wróciłam i nie dałam się przegonić z korytarza. Było już porządnie po 23:00, gdy zagadnięta przez położną o cel wędrówek oznajmiłam jej grzecznie, że dziś w nocy urodzę pannę Hannę. Położna uzbroiwszy się w krzywy uśmiech poinformowała mnie sucho, że tak nie wygląda kobieta, która ma w ciągu kilku godzin urodzić pierwsze dziecko. Wyraziłam zdziwienie i zadałam grzecznie pytanie czy powinnam się wobec tego umalować, tudzież wytatuować, żeby wyglądać odpowiednio. Ponieważ jednak położna warczała, że spać innym nie daję, wróciłam niechętnie do łóżka i kontynuowałam lekturę w pozycji horyzontalnej. Minęła północ, zostało mi może z 50 stron do końca książki, kiedy położna przyszła obsobaczyć mnie za palenie światła po nocy. Wyznałam po raz kolejny, że zbieram się do rodzenia, a że mi się nudzi to sobie czytam. Z niechęcią zgodziła się zweryfikować tę kwestię, po czym dla świętego spokoju postanowiła oddelegować mnie na porodówkę. Tam, zajęłam się głównie podejmowaniem prób zawezwania drogą telefoniczną tatusia, co by nie przegapił narodzin córeczki. Położne (teraz już dwie) stanowczo zniechęcały mnie do budzenia małżonka, bo "przed południem tu się nic nie wydarzy". Pewnie nie chciały, żeby im się kręcił po nocy po oddziale.

Hanna w jakieś 2 godziny po przywitaniu świtu i świata
Tymczasem Hanna pojawiła się na świecie 2,5 godziny później, drąc paszczę i zastępując tym wszystkie koguty w okolicy. Pora była stosowna - 4:20. Świtało. Tatuś zdążył nie tylko dojechać, ale i wyżłopać pół automatu kawy i kilka razy zostać przeze mnie opieprzonym. Dowiedział się wówczas, co myślę o nim, wszystkich facetach jako takich i gdzie mam jego bezużyteczną gotowość do pomocy. Dopuszczam do siebie myśl, że troszkę byłam wtedy niesprawiedliwa. Jednakże tatuś powitał córkę godnie, choć zapadł w ewidentny szok poporodowy i kilka dni chodził lekko nieprzytomny. Powiłam bohatersko, bezproblemowo i nad podziw sprawnie 52 cm i 2800 gram zdrowego jak byk człowieka. Małe, chude, czerwone i paskudne, a przy tym najpiękniejsze, najcudowniejsze na świecie stworzenie. Po prostu magia czy też czary, które nieprzerwanie trwają do dziś. Już nie małe, nie chude i nie czerwone, ale najpiękniejsze, cudowne i przewspaniałe - moje córczysko-potworzysko - Hanna. Lat, proszę Państwa, od dziś już 9. I życzę jej z tej okazji tylko jednego - żeby była SZCZĘŚLIWYM CZŁOWIEKIEM! 

A dla udokumentowania uciekającego czasu, wyplątałam z odmętów twardego dysku zapis tortowy mijających lat. Każda spryciula zauważy, że dwóch sztuk brakuje. Nie dlatego, że byłam wyrodną matką i dziecku tortu poskąpiłam, jednakże mogło się zdarzyć, że fotograf nawalił, albo fotka zwyczajnie gdzieś się zapodziała i odnaleźć jej nie mogę. Reszta jednakże wyraźnie wskazuje, że dziecię rośnie dorodne jak brzoskwinia i na brak czczenia adekwatnego do powagi chwili, jaką jest kończenie kolejnych lat życia, nie może narzekać.

1
2
4
5
6
8
9- kinderparty

9 - rodzinnie
Opis imprezy wkrótce. Muszę dojść do siebie, odreagować, sprawdzić, czy aby na pewno żyję...

sobota, 26 kwietnia 2014

Debiut w deszczu - czyli uroki scen plenerowych

ZAPISKI PRZED DEBIUTEM:

- Potwory, co robicie? - pytam grzecznie, zaglądając do ich pokoju.
- Bawimy się - pada enigmatyczna odpowiedź.
- To widzę. Ale w co? - dociekam, bo ciekawską mam naturę.
- W teatrzyk na dwa potwory - odpowiadają niewinne dzieciątka z uśmiechem.

Tak powstaje poplątanie fikcji z rzeczywistością, od którego można postradać zmysły.

Po wnikliwym podglądactwie mogę mniemać, że ćwiczą układy przed występem w Manufakturze. Bo oto Krzysztof staje w sobotnie przedpołudnie pierwszy raz na scenie w charakterze pędziwiatrowego debiutanta. Przed nim konieczność sprostania dwóm numerom tanecznym i presji tłumu. Sceniczne deski łódzkiej Manufaktury już na niego czekają. Zapewne niecierpliwie. A Krzysztof przeżywa.  

- Mamo, mam prawdziwy strój. Na scenę. Czy ty wiesz jakim on jest kolorem?
- Całkiem niebieskim - odpowiadam, bo osobiście wieszałam go w szafie.
- Nie mamo, to nie jest prawdą. On jest niebieski z różowym kwagratem!

No i trudno się nie zgodzić. "Kwagrat", a zasadzie prostokąt - na klacie jak byk. Durnie wyskoczyłam z tym "całkiem" niebieskim. 

Krzysztof zatem, w towarzystwie 4- i 5-latków zostanie wypędzon na scenę i zagonion do tańca. I przewiduję 3 możliwe scenariusze:

1. Zwieje ze sceny zanim dotrą do jego usząt dźwięki pierwszego numeru.
2. Zawiesi się i odstoi jak słup soli cały utwór, podczas gdy inne przedszkolaki będą tańczyć.
3. Zaskoczy mnie i dumą napełni bez miary i zatańczy jak prawdziwy sceniczny wyga.

Aż do startu imprezy gotowa jestem przyjmować zakłady w tym temacie. Osobiście mam swój typ, w zakresie rozwoju wydarzeń. Ale debiut to debiut. Każdy przez to przejść musi.

Tymczasem stara wyjadaczka scen wszelakich nie pietra się wcale, nie stresuje i w temacie manufakturowego koncertu całkiem jest wyluzowana. Bo to już jej któreś z rzędu manufakturzenie. Uodporniła się i tyle. 

Lans na rynku Manufaktury w 2012

Poranek sceniczny nie poraża pięknem. Leje. Zimno. Plucha. Listopad to czy kwiecień? Hanna przypomina, że przy ostatnim podejściu do występów na plenerowej scenie w Manufakturze mieliśmy burzę z gradobiciem i odwołano występ. Wyraża stanowcze veto przeciwko powtórce tego wydarzenia. Ale co ja mogę? Wówczas występ się nie odbył, ale pamiętam też taki ze słońcem i tłumami, 2 lata temu. Postanawiam zatem dokonać reminiscencji...

 Hanna w stroju do hip-hopa szalała po rynku Manufaktury nie mogąc doczekać się na swoje wejście na scenę. Co chwilę znikała mi z oczu w tłumie identycznie ubranych Pędziatrów. Z racji chustek na głowie roztańczone furie upodobniły się do siebie i ciężko było wyłowić własnego potwora. Więc matki jak kwoki zgarniały na kupę wszystko, co pomarańczowo-czarne i skaczące jak na sprężynach.
Słoneczna Manufaktura 2012

Tymczasem Krzysztof jako upiorny 2,5-latek robił wszystko, żeby mi uciec i się zgubić w tłumie. Na chwilę stabilizował się jedynie przy wystawie motocykli. Występy nie interesowały go wcale. Rykiem wybuchał co 5-7 minut, a portkami i koszulą wycierał trotuar rzucając się w atakach buntu ku ziemi. Dzięki czemu nie miałam najmniejszych szans obejrzenia występu pomarańczowo-czarnych, bo ganiałam za upiorem.

Tym razem jadę pełna nadziei, że będzie lepiej. Zgodnie z tradycją baterie w aparacie padają przed wyjściem z domu. Zgodnie z  tą samą tradycją nie mamy żadnych innych i konieczne jest nabycie nowych, na biegu, gdziekolwiek, byle szybko. Eh, cali my! Potwory jednak troszkę doroślejsze i przynajmniej teoretycznie zmądrzały. A i ja rozwinęłam metodologię kontroli i perswazji. Damy radę :)

ZAPISKI PO DEBIUCIE:

Lans w domu, bo za oknem leje

W Manufakturze tłum Pędziwiatrów i motocykli. Poza tym w obfitości jedynie deszcz. Las parasoli i kurtek przeciwdeszczowych, na scenie mokra breja, pod sceną nieliczni, wytrwali widzowie pchają się jak najbliżej sceniczych desek. Węch, czuj i doświadczenie podpowiadają mi, że widownia zwiała pod dachy, a to co widzę, to w większości rodzice i dziadkowie artystów. Wskazują na to wystawiane nad głowy aparaty. Wśród tych głów błyszczy co jakiś czas łysa czaszka tatusia potworów i błyskający flesz naszego Nikona. Tatuś ma dziś zmianę reporterską, a ja ochraniarsko-porządkową.

Potwory biegają po deszczu ganiając się między barierkami. Bezskutecznie usiłuję nadążyć za nimi wzrokiem, jednocześnie nasłuchując, czy aby grupa któregoś z nich nie idzie zaraz na scenę. Zmiana butów na baletki mija się z celem, Krzysztof jednakże lata już w stroju występowym - wyfluganym i mokrym niemal od początku.

- Posypałaś mnie deszczem! - warczy z pretensją na Hankę, której woda pryska spod kopyt.

No faktycznie, jakby wcześniej nie był "posypany".

I domowa rozgrzewka...
Ale przychodzi czas i udaje mi się wepchnąć go po śliskich schodach na scenę. Wlazł, nie zleciał. Żadne z dzieci nie zleciało, co nawet mnie nieco dziwi. Po wepchnięciu go na schody, lecę na przód sceny, żeby patrzeć. Udaje mi się znaleźć kilka centymetrów kawadratowych wolnej przestrzeni, na których usiłuję osadzić swoją rozległą osobę. W ucho wbija mi się parasol sąsiada z lewej, a w oko kapie strużka z parasola faceta po prawej. Ale nic to. Patrzę, słucham, chłonę...

Krzysztof dał radę. Profilaktycznie ustawiony z tyłu, jednakże nie usiłował rozrabiać, fachura, że ho ho. Ja oczywiście wzruszona do łez, bo przecie moje maleństwo na scenie, takie dzielne i dorosłe. Ale 2 minuty mijają, wywlekam z ucha parasol sąsiada i pędzę zwlec dziecię ze sceny.

Po nim następuje dokładnie ta sama sytuacja z potworem większym i powtórka z potwora mniejszego, bo tańczy twardo dwa numery. Drugi numer Hanny zostaje odwołany z powodu nasilającego się potoku z nieba, za co odczuwam głęboką wdzięczność dla szefostwa zespołu. Zupełnie przemoknięta targam potwory do auta, ucho mi nieco nawala po kontakcie z parasolem i czuję, że w butach mi chlupie.

Ale warto było. Sama nie wiem czemu, ale warto. Chociaż w nosie mnie kręci i podejrzewam, że nadchodzi kichanie. Widzę jednak, że potworzyska zadowolone. Żłopią gorące kakao na rozgrzewkę, tatuś napalił w kominku i popija herbatkę z prądem. Może unikniemy kataru, a debiut stał się faktem. Mamy go za sobą i Krzysztof może się uważać za Pędziwiatra pełną (choć nieco mokrą) gębą ;)

2012
2014


Poniżej dokumentacja debiutu, okrojona z racji deszczu i konieczności ochrony Nikona, który nie kocha takiej aury. Potwór z tyłu, ale jest, daje czadu i (zwłaszcza pod koniec) dla spostrzegawczych - daje się zauważyć :P




wtorek, 22 kwietnia 2014

Awantura o sernik

Jak jeść słodycze , to z klasą, z uwagą i należną im atencją. 

Jak pławić się w słodkościach, to na pełnym luzie, dopełniać nimi piękne i doniosłe wydarzenia, uświetniać uroczystości i spotkania rodzinne. 

Bo słodkie chwile są jak święta.

Od pewnego czasu w naszym domu nastąpiła reglamentacja tych chwil. Brutalnie zostały zamknięte w przestrzeni 24 godzin zwanych środą i 24 godzin zwanych sobotą. Potwory zgodziły się z argumentacją rodziców, pod warunkiem umożliwienia im wyboru, jakim dobrem będą raczyć się w dniach słodyczowych. Oczywiście w granicach rozsądku ilościowego i w miarę możliwości - jakościowego. Co prawda, za samo wprowadzenie ograniczenia łakoci do 2 dni w tygodniu zostałam obsobaczona i wyzwana od złych matek za pośrednictwem Facebooka, jednakże ta kwestia nie podlega dyskusji, ma swoje głębokie uzasadnienie i zapewne wyjdzie na zdrowie nie tylko dzieciom, ale i rodzicom. W tym względzie krytyki się nie ulęknę.

Dzieci już we wtorek planują, co pożrą w środę. wydłubują monety z portfelików, przeliczają, negocjują, nęcą. Obecnie z racji postępującego ocieplenia, najbardziej pożądane są lody. Najlepiej konsumowane na dworze, w wafelku lub na patyku. Bo to znacznie większa frajda niż takie z talerzyka z łyżeczką. Talerzykowe są nudne. Nie wiem czemu, ale tak właśnie jest. Przy czym im wyższy stopień upaprania się lodami, tym większa rozkosz podniebienia. Dziwne, ale prawdziwe.

W sobotę, z racji większej mniejszego obłożenia obowiązkami, jeśli tylko czas pozwala, tworzymy łakocie domowe: ciasteczka, babeczki, desery, galaretki i budynie. Daje to szansę rozłożenia przyjemności w czasie, bo czym innym jest kupić, zjeść i zapomnieć, a czym innym tworzyć dzieło od podstaw, włącznie z samodzielnym skoczeniem po mąkę czy cukier puder do sklepu na rogu. Warto odliczać dni do takich chwil. Wyczekane pachnie intensywniej, głębiej, pełniej. A radość z samodzielnego wykonania łakocia smakuje rozkoszniej niż on sam.



Dlatego też i w ostatnich dniach dzieci z przyjemnością doświadczały udziału w domowych wypiekach wielkanocnych. Samodzielnie popełniły muzyczne mazurki, które dostarczyły im mnóstwa uciechy. Z zapałem gniotły kruche ciasto, z nie mniejszym zapałem produkowały polewę i układały na niej suszoną żurawinę. Doświadczeniem najbogatszym było jednakowoż wylizanie gara po polewie. Tu potwory wykazały się nieprzeciętną dokładnością i precyzją. Żebyż one jeszcze z takim pietyzmem sprzątały po swoich kulinarnych szaleństwach...



Tatuś, usiłując konkurować z dziecięcymi mazurkami postanowił popełnić pierwszy w życiu sernik.
Nie był jednak samowystarczalny w tym temacie, bo to dzieci, przy okazji własnego wygniatania, elegancko wykonały tatusiowi kruchy, kakaowy spód. Dało im to prawo partycypowania w prawach autorskich do dzieła i zamknęło tatusiowi możliwość czynienia przechwałek, że sernik wykonał samodzielnie.

Mazurki wyszły doskonale. Sernik w piekarniku rósł dzielnie, przy czym ubaw mieliśmy po pachy, bo tatuś strzegł wypieku jak ognia. Podejść ni tupnąć nie pozwolił, wartę pełnił bohatersko i wytrwale, tylko dzidy mu w garści brakowało. Albo halabardy. Skarb sezamu udał się wyśmienicie, jeśli pominąć błyskawicę, która przecięła jego złocistą powierzchnię, w postaci niezaplanowanego pęknięcia. Dodatkowo, z jednego boku widoczne było niewielkie uszczknięcie, powstałe w sposób naturalny w procesie pieczenia. 

Sernik opuścił piekarnikowe pielesze i lśnił słodkim pięknem na kuchennym bufecie. Dodatkowo roztaczał nieprzeciętne wonie, nie pozostawiając wątpliwości, że pod względem cukierniczym w domu jest już świątecznie. Tymczasem każdy z nas poświęcał się w oddali swoim obowiązkom. Większość przebywała w ogródku. Tatuś zszedł z posterunku, alarmu nie podłączył, ochrona sernika była niemal zerowa. I dopiero przy wieczornej inspekcji na jaw wyszła zbrodnia.

KTOŚ - postać bezwzględna, bezlitosna i godna potępienia popełniła zbrodnię na serniku! Zbrodnię haniebną i nieodwracalną, okrutną i podłą. Wspomniane powyżej naturalne uszczknięcie zostało poszerzone, pogłębione do tego stopnia, że rozprzestrzeniło się na całej powierzchni bocznej słodkiego okręgu. W efekcie sernik wyglądał, jak poszarpane na krawędziach jojo, smętne i zupełnie niedostojne. Tatuś wpadł w szał. Miotał się po mieszkaniu w poszukiwaniu profana, wykonywał przegląd ludzkich palców, kocich wąsów i psich fafli. Mało brakowało, a zaglądałby nam w zęby. Grzmiał falą kontestacji i żalu. Ostatecznie zbrodniarz, przygnieciony ciężarem poczucia winy, z głębokim szlochem przyznał się do grzechu tłumacząc, że nie wie jak to się stało, że to samo się zrobiło. Zbrodniarz nie chciał, ramiona same popchnęły łapy do działania, zmusiły knykcie do zagłębienia się w słodką rozkosz, a następnie też same knykcie wpychały puszyste, białe okruchy do paszczy. Paszcza także nie chciała, ale nie zdołała przerwać żeru. I zło stało się faktem.

Wieczór minął w atmosferze potępienia. Tatuś nie mógł otrząsnąć się po stracie, jaka niespodziewanie na niego spadła. Atmosfera była tak ciężka, że nieszczęsny sernik nie został nawet uwieczniony na zdjęciach. Dzięki temu jednak tatuś nie dysponuje żadnym materiałem dowodowym. Sernikowe jojo zostało spożyte w święta ze smakiem przez wszelkich nawiedzających dom gości i każdy poza tatusiem patrzył na zbrodnię z rozbawieniem. Głębokie zrozumienie dla zbrodniarza pogłębiał fakt wyjątkowych walorów smakowych, jakimi cieszył się sernik. 

Pozostaje wysnuć wniosek, że jedynym rozwiązaniem, które zmyje ciężar winy ze zbrodniarza i poczucie nieszczęścia z tatusia, jest ponowne i wspólne wykonanie kolejnego sernika. Jako osoba trzecia, obserwująca problem z boku, sugeruję zarezerwować dla tych celów najbliższą sobotę.

A kto był zbrodniarzem - nie powiem. Istnieją granice donosicielstwa. Kto chce i potrafi niech się sam domyśla :P

sobota, 19 kwietnia 2014

Wielkanocne jaj zdobienie


Pisanka się toczy za drugą pisanką - 
To malują jaja Krzysio razem z Hanką.
Farba chlapie w koło, pędzel dziarsko skacze,
Cały wypaprany stół i dwa smarkacze,

W barwnych plamach krzesła, podłogi i ściany,
Zając i baranek też wymalowany.
Bo zdobienie jajek, gdy Wielka Sobota,
To jest najważniejsza psotników robota.

Niech się rząd pisanek toczy w barwne koło,
I niesie Wielkanoc szczęśliwą, wesołą.
Niech każdy się w pędzie, na te dni zatrzyma,
I czas odda bliskim, bo grunt to rodzina!

Hania z Krzysiem grzecznie składają życzenia:
Uśmiechu i zdrowia, fartu, powodzenia.
Żeby każdy lekko wiązał koniec z końcem -
Życzą Wam najmilsze potwory pod słońcem!

Do życzeń dołącza się rodzina cała:
Mama, tata, psisko i kocina mała.
A gdy pozjadacie jaj i ciast bez liku
Wracajcie poczytać o nas w "Teatrzyku".



A na deser: muzyczne mazurki wykonane potwornymi dłońmi.
Smacznego :)




środa, 16 kwietnia 2014

Dżentelmen czy Casanova

Różne rzeczy można mówić o Krzysztofie. Można twierdzić, że mały on jeszcze, że szczypior i ma mleko pod nosem. A nawet, że do mamy podobny i typowy maminsynek. Ale nikt chyba nie zaprzeczy, że Krzysztof jest mężczyzną. Jego samcze cechy nie pozostawiają wątpliwości. Testosteron w nim tkwi i nadaje pęd wielu jego działaniom.

Krzysztof jest fanem płci pięknej. A i płeć piękna nie pozostaje na niego obojętna. Krzysztof ma blond-urodę, ma okulary, dzięki którym wygląda intrygująco, tajemniczo i dojrzale. Posiada błysk w oku za okularami, zniewalający uśmiech oraz zwierzęcy magnetyzm. Krzysztof rozrabia i psoci. Łotrzyk z niego i hultaj, a i tak fanek mu nie brakuje.

Gdy wychodzimy z przedszkola, (często jeszcze na schodach), dobiegają nas wołające za nim dziewczęce głosy "Cześć Krzysiu!". I słychać w tym powiew westchnienia. Krzysztof odwraca się, wykonuje nonszalanckie machnięcie ręką i rzuca "Cześć dziewczyny", względnie samo "No cześć". Ale gdy jakąś naprawdę, naprawdę lubi, potrafi wyszeptać czule: "Hejka moja przyjacielko. Do następnego tydzienia." 

Krzysztof opowiada dużo o dziewczynach z przedszkola. Tych małych i tych dużych. Ma wyrobione zdanie o tym, która z nich jest "super", a która tylko "ok". Choć bywa, że zmienia poglądy w tym temacie. Jednak powodów nie zdradza. To jego prywatne sprawy. Swego czasu na pytanie, jaka dziewczyna w przedszkolu jest najładniejsza, odpowiadał: "No mamo, oczywiście pani Kasia". Teraz startuje już głównie do swojego rocznika. Wczoraj odbyliśmy rozmowę o Nadii:

K: Mamo! Zobacz, to jest Nadia. Najfajniejsza i najładniejsza koleżanka z mojej grupy.
Ja: półżartem: Bardzo ładna. I co, jest teraz twoją dziewczyną?
K: No... w tym tygodniu tak.

Tymczasem kilka dni temu byłam świadkiem jego rozmowy z niejaką Małgorzatą W. (lat niemal 6):
M: Krzysiu, ja Cię tak lubię, że chyba zostaniesz moim mężem.
K: Trzeba to jeszcze przemyśleć.

Zatem decyzje ostateczne jeszcze nie zapadły. Rwie i przyciąga jak magnes, ale wybiera rozsądnie i nie na łapu capu. W końcu dziewczyn nie brakuje, trzeba się życiem nacieszyć i nie działać pochopnie. 

Zresztą burzę wokół małżeństwa rozpętałam ja. Wszystko z mojej winy. Czasem bowiem zdarzy się dorosłym coś palnąć bez zastanowienia i młodemu człowiekowi świat dziecięcych złudzeń rozpada się jak domek z kart. I teraz już Krzysztof wie, że szukanie żony jest konieczne. Wiedza w tym temacie spłynęła nań nieoczekiwanie moimi usty, kiedy to jakiś miesiąc temu, ot dla draki, zapytałam go:
- Krzysiu, a która dziewczyna będzie twoją żoną?
Dziecko z wewnętrznym przekonaniem i głęboką pewnością odrzekło:
- No... oczywiście, że Hania!
Tu nastąpiła bolesna i dramatyczna wymiana zdań z udziałem niedowierzania, przerażenia i łez. Bo przecież z siostrą nie można. Ona będzie mieć INNEGO męża. Na koniec padło rozpaczliwe zapytanie syna do matki:
- I gdzie ja znajdę jakąś obcą dziewczynę na żonę?

Uspokoiłam go, że nie musi teraz i już, że ma czas i generalnie dziewczyn jest dużo na świecie. Niektóre nawet takie fajne jak Hania, więc luzik. Krzysztof jednak obserwacje już czyni, bo trzeba być czujnym. Nigdy nie wiadomo kiedy i skąd spadnie na nas strzała amora.

Z analizy sytuacji wynika, że Krzysztof dysponuje urokiem, wdziękiem i stałym zainteresowaniem płci przeciwnej. Zresztą reakcje są dwukierunkowe. Umie też z kobietami rozmawiać tak, żeby czuły się piękne, najważniejsze, wyjątkowe. Jego czarowi ulegają masowo dziewczynki, ciotki, babcie i wszystkie panie z mamusią na czele.

W poniedziałek wrócił zachwycony z zajęć tanecznych i zwierzył się rodzicielce: "Mamo, ciocia Edi powiedziała mi dzisiaj, że nikt jej nie rozumie tak jak ja!".

Cóż tam się wyprawia na tych tańcach, nie mam pojęcia. Ale fajnie być musi, bo dziewczyn krocie, a chłopaków jak na lekarstwo. Któregoś razu patrzę, jedna z cioć zaczyna zbierać przedszkolaki z korytarza, żeby zabrać je na zajęcia. W korytarzu jeden Krzysztof i chyba z dziesięć panienek. Młody mężczyzna rozejrzał się uważnie, wzrokiem omiótł, zdecydowanym krokiem podszedł do jednej blondyny i złapał za rękę ze słowami "Ty pójdziesz ze mną". Następnie spokojnie ustawili się w pierwszej parze, oboje zadowoleni z życia. Na kolejnych zajęciach stanął już z inną. Sprawiedliwie dzieli między kobiety swoją męską uwagę.

I ja się tylko pytam grzecznie, co z niego wyrośnie? Dżentelmen czy Casanova? Łamacz serc i podrywacz czy stateczny mąż? I co mnie, jako matce, przyjdzie znieść zanim on się ustatkuje, fircyk jeden? Popełniłam nawet utwór na okoliczność jego donżuanerii:

Wyznanie Dżentelmena

Moja Pani w przedszkolu powiada,
Że jest ze mnie gagatek nie lada.
Trudno z nią się nie zgodzić w istocie,
Bo poświęcam się wciąż nowej psocie.

Gdy nie łażę po stołach lub szafkach,
Robię zamęt i nieład w zabawkach,
Rozsypuję i kruszę, rozlewam,
Kiedy trzeba być cicho, to śpiewam.

Jedząc brudzę się niczym prosiaczek,
Bo się wiercę na krześle i skaczę.
W jakieś bójki się wdaję i spory,
Nie przejawiam ni grama pokory.

Lecz to przysiąc Wam mogę solennie,
Że choć tyle urwisa jest we mnie,
Ja zadatki mam na dżentelmena -  
I do dam słabość – to bez wątpienia.

Bardzo kocham babcie, mamusię,
Wszystkie ciocie obdarzam uczuciem,
Daję serce równiutko po krzynce
Każdej Pani…
               … i każdej dziewczynce! 


niedziela, 13 kwietnia 2014

Garść konkluzji powystawowych

Codzienność nasza, choć daje poczucie stabilizacji i bezpieczeństwa, jest jednakowoż generatorem nudy i rutyny. Ot zwyczajność i banał.

Dla higieny psychicznej i prawidłowego rozwoju osobowości niezbędna jest w życiu człowieka PRZYGODA. Czy to epizod, czy epokowe wydarzenie, burzy monotonność oraz marazm i porusza nas do działania. Czasem nawet do myślenia. Jak mamy fart.


Tymczasem niedziela przyniosła nam przygodę w postaci WYSTAWY LEGO. Największej w Polsce, jak twierdzą reklamy. I nawet nie będę się spierać. Poszliśmy zatem, no ba! Tyle, że bez tatusia, bo tatuś jest odwiecznym wrogiem Lego, czego zrozumieć nie chcę i nie umiem. Tatusia kontakty z Lego ograniczają się do stąpnięcia na pojedynczy, poniewierający się po podłodze element. I wtedy tatuś używa niewyszukanego słownictwa, tatusia furia rośnie w tsunami i wylewa się w formie akustycznej. Z każdym takim zajściem niechęć tatusia do klocków rośnie wprost proporcjonalnie do bólu stopy. Na budowniczych zaś spogląda tatuś nader krzywo. Zero zrozumienia dla pasji. Po prostu zero.


Zatem plan był prosty - my na wystawę, tatuś czeka w aucie i uprawia czytelnictwo. W sumie zajęcie też chlubne, więc niech sobie czyta. Poszliśmy zatem, pokonaliśmy dzielnie liczne przeszkody w postaci żywej i martwej, bo trafić tam było niełatwo i tłum był wielki. Ale wleźliśmy. I przepadliśmy. Nie wiem, kto zachłanniej wzrokiem zgarniał w głębię duszy i umysłu barwne widoki - ja czy potwory. Znalazłam się bowiem w krainie własnych marzeń dziecięcych, które do dziś mnie nie opuszczają. Bo klocki ja chętnie, zawsze, wszędzie i w każdej ilości. Hanna zapadła w zachwyt przy klockowym lunaparku przebogatym w ruchome atrakcje, Krzysztof wsiąkł przy pociągach i magicznych czerwonych przyciskach, którymi mógł je uruchamiać oraz przy seriach kosmicznych, ja zaś zapowietrzałam się raz po raz nad fenomenem klockowej architektury. A chałupek, pałaców, will, kamieniczek, zamków i gmachów były tam krocie. Gdybyż tak zwędzić choć jeden... Tudzież nabyć, ale tak, żeby małżonek uwierzył, że to dzieci koniecznie chciały, a nie mamusia...


Potwory machnęły dokumentację zdjęciową i po godzinie były gotowe do wyjścia. Ja mniej, ale ostatecznie dałam się wywlec. I nadszedł czas na sklep z klockami ulokowany, cwanie i przebiegle, przy wyjściu z wystawy. Porwałabym wszystkie zestawy, ale przecież twarda jestem. Kilka głębokich oddechów i bohatersko przezwyciężyłam pokusę. Nakazałam potworom wybrać po niedużym pudle w nadziei, że i mnie pozwolą się pobawić. Hanna początkowo dawała się przekonać do mojej ulubionej serii Creator, jednak ostatecznie wylazła z samochodem kempingowym serii City. Krzychu utknąwszy na czas długi przy statkach ze Star Wars ostatecznie nabył... zupełnie nieklockowe auto Hot Wheels zmieniające kolor. "Wstrętne bachorzysko" - pchało mi się na myśli i usta.


Godzina 21:00 minęła, a budowanie nadal trwa. Hanna kończy kampera, a my z Krzyśkiem, sięgając do wcześniejszych, domowych zapasów Lego, tworzymy klockowy garaż dla kolorowańca. Bachorzysko-potworzysko przebąkuje, że trzeba było brać te Star Wars i żeby może zajączek na święta przyniósł. No nie wiem. Spróbuję popertraktować, jeśli tatuś nie wejdzie w paradę.


 W każdym razie przygoda była i zapadło mocne postanowienie, że zakładamy fundusz wycieczkowy na wyjazd do Legolandu w Danii. Najtrudniej pewnie będzie przekonać tatusia. Może sto buziaków, albo tysiąc, albo milion...

Bo potężna jest siła uzależnienia, a kolekcjonerska mania nie ulęknie się tatusia ni pustej karty kredytowej. Będziem nabywać i budować, i znów nabywać i budować. Aż miejsca w chałupie zabraknie.

P.S. Chciałabym tak po cichu dodać (tylko dla zainteresowanych) że za 6 dni mam urodziny. I gdyby ktoś nie zauważył, to kocham Lego... Lego... Lego... 
Niech będzie, że dopisuję małym druczkiem. Żeby można było przegapić. I bez gwiazdki :P



środa, 9 kwietnia 2014

Bez pracy nie ma kołaczy

Wczoraj o bladym świcie, w romantycznym otoczeniu łazienkowym, nastąpiła moja z Hanną dość przytomna wymiana zdań na tematy przyziemne i filozoficzne zarazem:

H: Nie chce mi się iść dziś do szkoły.
Ja: A jak mi się nie chce iść do pracy!
H: To nie idź. Ja muszę, bo mam dziś chór i dziewczyny zostałyby same w drugim głosie.
Ja: Ja też muszę, bo dziewczyny zostałyby same z górą roboty.
H. No ale ty nie masz obowiązku pracowego, a ja mam szkolny. Ustawowy!
Tu mnie troszkę zagięła ;)
Ja: A po co ty chodzisz do tej szkoły?
H: No żeby się uczyć.
Ja: A po co się uczyć?
H: Żeby być mądrym.
Ja: A po co być mądrym?
H: Żeby móc iść na fajne studia.
Ja: A po co iść na fajne studia?
H: Żeby mieć potem fajną pracę.
Ja: A po co ci fajna praca?
H: Żeby mieć pieniądze na Pędziwiatry.
Ja, zaskoczona: Ale jak będziesz pracować, to już nie będziesz śpiewać i tańczyć w Pędziwiatrach.
H: Ale moje dzieci na pewno będą chciały.
Ja: Tak jak teraz moje chcą?
Chwila ciszy.
H: No dobra, mamusiu, ubieraj się do tej pracy, a ja ci szybko kawkę zrobię!

Temat jest szeroki i można go snuć w nieskończoność, bo praca dość mocno wcina się w codziennie życie rodzinne i, choć jako całokształt - jest przez potwory akceptowana, ze szczegółów spoziera diabeł.

Zagrożenie potyczką, której źródłem jest praca, pojawia się chociażby w piątkowe poranki, kiedy Hanna zaczyna lekcje o 9. Zatem ONA nie musi się spieszyć. Może wyjść z domu choćby za pół godziny. A że my pędzimy na 8, no cóż... Nasz problem. Krótkie spięcie ucina stwierdzenie tatusia, żeby sobie wobec tego pojechała do szkoły na rowerze, albo na rolkach, bo my JUŻ wychodzimy... I szantaż działa. Szczególnie w miesiącach zimowych i podczas obfitych deszczy...


Zdarzają się także skrzywienia i dąsy w temacie niezbędnej w moim przypadku i przydarzającej się kilka razy w miesiącu pracy weekendowej lub popołudniowej. Potwory nie lubią nieobecności mamy w domu. Potwory życzą sobie, żeby mama trwała na posterunku, kiedy one nie tkwią w trybach machin oświatowych. Potwory wyrażają zatem zdegustowanie słowne oraz mimiczne w temacie mamy wyjścia do pracy. Młodszy potwór potrafi w takich razach odmówić nawet buziaka, co już jest ciosem poniżej pasa. Tu znów z pomocą spieszy tatuś (tak, tak - czasami ten osobnik naprawdę bywa użyteczny!) i roztacza przed dzieciątkami perspektywę urządzenia w domu dzikich harców i dyskoteki z hukiem, jakiej mamunia nie trawi, a jaką tatuś i potwory uwielbiają. Gdy to nie działa, można sięgnąć do silniejszych argumentów: wycieczki do lasu, na rowery, do kina czy figloraju. W każdym razie ostatecznie uzyskuję zgodę na wyjście, rozstajemy się w pokojowym nastroju i mogę sobie z czystym sumieniem odsapnąć od nich w pracy, pozostawiając na ich pastwę tatusia ;)

Zatem potrzebę pracy potwory rozumieją i akceptują, bo nie widzę potrzeby ukrywania przed nimi, że ani cukierki, ani kino, ani prąd, woda i zabawki nie spadają nam z nieba. Potwory przyjmują też do wiadomości fakt, że każdy ma swoją robotę i jest za nią odpowiedzialny, czy to w banku, czy to na uczelni, czy też w szkole lub przedszkolu. I chyba tak jest optymalnie. Póki co...

Śpiewająca opiekunka bezdomnych kotów
W tematyce pracy, dodatkowym, fascynującym mnie ostatnio zjawiskiem, są plany na przyszłość potworów. Przepytywane o różnych porach dnia i nocy twardo odpowiadają tak samo, znaczy drogę kariery mają wytyczoną i nie ma się co w nią wcinać.

Otóż Hanna planuje zostać piosenkarką albo śpiewaczką (stosuje wyraźne rozgraniczenie) oraz opiekunką bezdomnych kotów. W przypadku kociej ścieżki zawodowej pojawia się co jakiś czas przebłysk weterynaryjny, ale jeszcze słabo ugruntowany. W każdym razie koty muszą być, koniecznie bezdomne i wymagające zaopiekowania. Śpiewanie też jest obligatoryjne i mam tylko nadzieję, że nie wyjdzie z tego kocia muzyka. Dodatkowo, jeśli coś się nie powiedzie, Hanna trzyma w zanadrzu możliwość kontynuowania kariery mamuni - znaczy kusi ją praca w bankowości. Szalone to dziecko, szalone...




Krzysztof ma poukładane w głowie, nie powiem. Nawet dość po kolei. Poruszona dyskusją z córką, odbyłam luźną pogawędkę z synem, korzystając ze spaceru na przestrzeni przedszkole-dom.
Mikrofoniarz-gitarzysta

Ja: Krzysiu, a co chcesz robić jak będziesz duży?
K: No mamo, jak będę duży to pójdę do szkoły, tak jak Hania.
Ja: No tak, ale jak już będziesz całkiem dorosły, to co będziesz robić?
K: Pójdę do gimnazjum, tak jak Mateusz.
W sumie moja wina. Trzeba pytać precyzyjnie.
Ja: No dobrze, ale jak już skończysz się uczyć, i będziesz taki jak tata, to jaką chciałbyś mieć pracę?
K: Wtedy to ja chciałby być... (Krzyś z uporem nie chce mówić "chciałbym", jest fanem Zgredka), chciałby być... mikrofonistą albo mikrofoniarzem. I będę grał na gitarze i wszystkich instrumentach świata.
Ja: I tak będziesz zarabiał pieniążki?
K: No pewnie, bo sprzedam chyba ze sto biletów na mój koncert.

Niestety, różnicy między mikrofonistą a mikrofoniarzem z niego nie wydobyłam. Ale nie ustanę w zgłębianiu tematu, może mi w końcu wyzna.

I to chyba wyczerpuje temat. W każdym razie na dziś. Pozostaje tylko im życzyć, żeby się ziściło. I odrobiny szczęścia, bo wiary w marzenia im nie brakuje ;)



niedziela, 6 kwietnia 2014

Salta i skoki kontra furia

Złość jest rzeczą ludzką.

Gniew, wściekłość, furia i poczucie, że jest się Etną przed wybuchem nie jest wyłączną domeną dorosłych. Dotyczy także (a może nawet jeszcze bardziej) dzieci. Powoduje, że nadmiar emocji wędruje na zewnątrz delikwenta i z siłą wulkanu uderza w to, co akurat napotka na drodze. 

Najczęściej w rodziców lub dziadków. Chyba, że antenaci będą mieli fart i się napatoczy coś innego. Zabawka, drzewo, koleżanka, krzesło itd. Ryknięcie, grzmotnięcie w coś pięścią, trzaśnięcie drzwiami lub kopnięcie daje efekt katharsis i człowiek ze spokojem wraca do chłodnej analizy sytuacji. Łapie dystans.

A kryzysy zdarzają się niemal codziennie. Bo oto chociażby jest niedzielny poranek, a podła matka zapodaje potworowi nr 1 do rozwiązania przykładowy test przed czwartkowym egzaminem dla trzecioklasistów. No wściec się można. I człowiek głęboko rozżalony, siedząc półdupkiem na krześle i zerkając do chwilę za okno stara się odwalić raz-dwa przykry obowiązek. Po czym dowiaduje się, że niestarannie, byle jak i (o zgrozo, to już przeginka!) to najdłuższe, ostatnie zadanie TEŻ!!! A pewność niemal była, że tego najdłuższego da się uniknąć. Jest dramat, wapory rosną w siłę. Nic nie daje udawanie, że się tego nie umie. Wredna matka wie, że to nie jest trudne, tylko się nie chce. Szlag by to, aż chce się rzec "Do ogona! Do ogona! Do ogona!" (bo "do dupy" jest przecież brzydko).

Potwór nr 2 tuli pada do łona. Albowiem niedziela jest tym dniem cudownym, kiedy wolno trochę pograć na konsoli. Zatem potwór chce chłonąć, ponapawać się, pozagłębiać w tę rozkosz aż do brutalnej chwili odcięcia. Potwór zatem gra. Już zdążył się obrazić, gdy przegrał wspólne wyścigi. Przecież mieliśmy wygrywać na zmianę, a tu zła rodzicielka ośmieliła się dwie trasy przejechać pierwsza. Niesprawiedliwie go ograła i podle. Nie fair. Przy okazji następuje znamienny dla okoliczności dialog:

Potwór nr 2: Jak wygrasz, to nie będę cię całował!
Zła matka: Będziesz, będziesz, bo i tak mnie kochasz.
Potwór nr 2: To się jeszcze okaże!

Potwór zatem gra sam. Stwierdza, że będzie kochać i całować, jak tylko skończy kolejny poziom. I między levelami kocha i całuje. Aż do chwili, gdy słyszy, że ten level jest już ostatni i kończymy. Potwór czuje, że to nie jest w porządku. Póki ostatni level trwa, da się tę perspektywę jakoś znieść, ale później następuje brutalne użycie przycisku On/Off. No żesz ty. "Kurda jasna" - mawiał potwór we wczesnym pacholęctwie. Teraz cedzi jedynie przez zęby: "Nie fair! Nie fair!" I znów grozi brakiem całowania. Niepocieszony siada z kredkami i mazakami do swoich książeczek i malowanek z zastrzeżeniem, że będzie rysować szlaczki NIE DLA MAMY! No trudno, muszę to jakoś znieść.

W międzyczasie obrażony potwór nr 1 kończy test razem z tym ostatnim zadaniem, które "TEŻ"!!! Okazuje się, że udało się je zrobić całkiem nieźle (jeśli pominąć stopień zabazgrolenia kartek).

Dowody rzeczowe. Nic nie ściemniam ;)

I to jest właśnie ten moment. Towarzystwo pełne żalu do świata i rodzicieli zostaje wypędzone z domu na przestrzeń otwartą i skierowane na ulubione urządzenie ogródkowe - trampolinę. A tam następuje cud nad cudy. Jakby różdżką machnąć i przekreślić niedawne bolesne przeżycia. Jakby przeskanować, odwirusować, usunąć z dzieciątek niechciane, złe oprogramowanie. Wystarczy kilka minut, a kwękające, nieszczęśliwe, obrażone i zaryczane potwory zmieniają się w radosne, pełne energii i wigoru, strzelające w świat optymizmem i uśmiechami dzieciątka. I zanim zlezą skubane z trampoliny zapomną o złości i furii, o tym że miały nie kochać i nie całować i że zła matka to ja.

A ja sobie spokojnie czekam. Kawkę sobie robię. Patrzę na piruety, salta i skoki. I spokojnie dochodzę do wniosku, że może jednak troszkę ich lubię :)

Potwór nr 1 przepoczwarza się w kochaną córeczkę
Potwór nr 2 przepoczwarza się w kochanego synka



czwartek, 3 kwietnia 2014

Kroniki kryminalne - czyli przypadkowa dekapitacja

W środę, 2 kwietnia b.r. w godzinach popołudniowych, oskarżony nieletni Krzysztof M., jak bezduszny i wyrafinowany zbrodniarz, dokonał dekapitacji Misia Przedszkolnego (ups... Misia P.).

Miś P., jako postać zupełnie niewinna, stał się ofiarą dość przypadkową. Czyn, zagrożony karą dożywotniego pozbawienia łakoci (Art. 26 Domowego Kodeksu Karnego), popełniony został na oczach kilkunastu świadków, bez uprzedniego przygotowania, w afekcie i (jak zeznaje Krzysztof M.) zupełnie niechcący. W aktach sprawy znajdujemy zapis z przesłuchania, gdzie oskarżony twierdzi, iż "trzymał go delikatnie, a głowa sama odpadła". Ofiara, jak często się to zdarza, znalazła się w złej godzinie i w złym miejscu i o jej losie zadecydował przypadek połączony z porywczym charakterem oskarżonego.

Poszkodowany Miś P. jest znanym i szanowanym mieszkańcem Przedszkola i na co dzień współpracuje z grupą III (Pszczółki), do której należy nieletni. Oskarżony i poszkodowany znają się zatem, jednakże w wyniku przesłuchania wstępnego ustalono, że nie łączyły ich nigdy zbyt bliskie relacje towarzyskie lub zawodowe. Świadkowie zeznali, iż w kontaktach Krzysztofa M. i Misia P. nie występowały dotychczas niepokojące objawy, ani też nie odnotowano źródeł potencjalnych konfliktów. Trudno zatem dotrzeć do motywacji działania, jakimi kierował się oskarżony Krzysztof M., szczególnie że narzędzia zbrodni na miejscu nie odnaleziono. Prokuratura podejrzewa, że czyn został popełniony gołymi rękami, co skłania do dopuszczenia przypuszczeń obrony o afekcie lub przypadku.

Z medycznego punktu widzenia cała sprawa stanowi fenomen, który budzi duże poruszenie w świecie lekarskim. Mimo całkowitej dekapitacji Miś P. zachował życie i przytomny, choć w stanie ciężkim został przetransportowany do widzewskiego szpitala rodzinnego, gdzie profesor nauk medycznych Babcia M. przystąpiła niezwłocznie do operacji chirurgicznej polegającej na przyszyciu głowy do korpusu poszkodowanego. Operacja zakończyła się sukcesem. Stan chorego określa się jako stabilny. Obecnie jego życiu nie zagraża niebezpieczeństwo. Była to pierwsza tego typu operacja na terenie naszego miasta i wywołała duże zainteresowanie chirurgów z łódzkich szpitali.



Tymczasem w gmachu Domowego Sądu Rodzinnego przeprowadzono błyskawiczną rozprawę, dzięki której prokurator Tata M. i adwokat oskarżonego Hanna M. doprowadzili do ugody. Uwzględniona została dotychczasowa niekaralność Krzysztofa M., oraz jego nieposzlakowana opinia w środowisku przedszkolnym. W decyzji Sądu brała udział także dokumentacja dostarczona przez psychologa sądowego. Zrezygnowano z kary dożywotniego pozbawienia łakoci na rzecz daleko idących działań resocjalizacyjnych. Krzysztof M., po uzyskaniu zgody poszkodowanego, roztoczył nad Misiem P. pełen wachlarz działań w ramach opieki pooperacyjnej. Pod jego troskliwą i pełną skruchy opieką poszkodowany szybko wraca do zdrowia, co tylko utwierdza Sąd w przekonaniu o słuszności podjętej decyzji. Zaciekawienie naszej redakcji budzi fakt pogłębiającej się zażyłości między oprawcą i jego ofiarą. Psycholog sądowy wyraził niepokój, iż wszystko wskazuje na pojawienie się w ich relacjach syndromu sztokholmskiego. Pełna ocena sytuacji w tym zakresie wymaga jednak jeszcze czasu i stałej obserwacji.

Z najnowszych doniesień wynika, iż Miś P. w najbliższych dniach powróci do Przedszkola. Tymczasem nieletni Krzysztof M. w ramach zadośćuczynienia postanowił przekazać na rzecz Przedszkola, którego mieszkańcem jest Miś P., niebanalny dar w postaci książki o przygodach Misia Paddingtona. Podczas krótkiego wywiadu dla naszej redakcji Krzysztof M. wyznał, iż ma nadzieję, że dzięki zadośćuczynieniu uniknie publicznego ostracyzmu w Przedszkolu za pomocą czerwonej kropki na ogólnodostępnej tablicy zachowania.

Cała sprawa zdaje się być dość kontrowersyjna i pełna precedensów. Dlatego też redakcja Kronik kryminalnych zachęca czytelników do wyrażania opinii i zajmowania stanowiska w tej nietypowej i dramatycznej sprawie, która (jak można mniemać w oparciu o przekazane fakty) zakończyła się szczęśliwie.

Redaktor Mama K-M.

poniedziałek, 31 marca 2014

Gwiazda rośnie w cieniu gwiazdy

Nie jest łatwo być dzieckiem.

Jeszcze trudniej być młodszym dzieckiem, całkowicie zapatrzonym w swój własny ideał - starsze rodzeństwo. 

Póki jeszcze jest się fąflem małym, wszystko ma swoje miejsce. Siostra jest wspaniała i Ty jesteś wspaniały. Zdaje Ci się, że jesteście równi sobie i oboje potraficie wszystko. Ale przychodzi wiek poważny, kiedy się już odfąflisz, podrośniesz, bystrym choć zaokularzonym spojrzeniem ogarniesz temat i dostrzeżesz, że nie wystarczy powiedzieć umiem, żeby umieć, nie wystarczy chcieć, żeby mieć. 

Przychodzi zwątpienie i poczucie, że do ideału nie doskoczysz. Ideał jest prawie jak mama i tata, dorosły niemal, ma lat 8, ma rozum, wiedzę i siłę, na które patrzysz z rozdziawioną buzią. Ma talent i umiejętności, o których Ty, ze swoimi nędznymi trzema czy czterema latami, póki co możesz tylko marzyć. Wtedy nie pozostaje nic innego, jak schować się w kąt i z daleka ideał podziwiać. Wysiłki i próby sensu nie mają, walka skazana jest na niepowodzenie, haniebny wiek twój oznaczać może tylko porażkę.

Krzysztof to wie, bo Krzysztof tak czuł, chował się w kącie i twierdził, że nie umie, nie chce, nie będzie, bo nie da rady tak jak Hania. Ale to było kiedyś. Bardzo dawno. Gdy był jeszcze całkiem mały. Jakiś rok temu. Teraz Krzysztof ma prawie pięć lat i to "prawie" już go nobilituje do bycia dużym. I daje mu siłę i moc wiary w siebie. Krzysztof słyszy też często, że jest świetny, fantastyczny i wyjątkowy. Wcale nie gorszy niż Hania, wcale nie szarak, zwyczajniak i nicnieumiak. I też może stać na scenie, jak Hania. I śpiewać, i tańczyć, i recytować. I mieć rzesze fanów i wielbicieli. I oklaski. Bo splendoru jest Krzysztof spragniony. I na pochwały łasy. Bo drzemie w nim lew, zwierzę sceniczne, które dopiero zbiera się do skoku.

Złożyło się tak szczęśliwie, że po wczorajszych Hanny sukcesach dziś Krzysztof wystąpił na kameralnej scenie przedszkolnej wraz z innymi przedszkolakami, a po powrocie do domu zażyczył sobie udokumentowania występu na blogu ("Mamo, zrób mi posta, zrób mi posta - tylko z filmikiem!"). Więc uległam, bo i pędrakowi należy się chwila chwały.

Artysta co prawda stał do widowni tyłem, co było stratą dla widzów wielką, ale kamera co trzeba uchwyciła. Rola zamyka się w skromnych kilkudziesięciu sekundach, jednakże uwagę zwraca brak tremy i swoboda, oraz naturalność aktora. Ponadto na oklaski zasługuje nienaganna dykcja, jaką (nieskromnie tu przyznam) może pochwalić się moje dziecię. Z logopedycznego i generalnie oratorskiego punktu widzenia Krzysztof bowiem KRÓLEM JEST, chyba nikt nie zaprzeczy ;)

Zatem na specjalne życzenie artysty - Krzysztof choć od strony zadu, za to w ramach poematu miesięczno-obuwniczego, w roli miesiąca Października:


A oto i artystyczna całość, okrągły rok, już obuty, dumny i oklaskiwany.


A żeby już dopełnić obrazu prawdziwego, młodego artysty, poniżej dowody tryumfu, nie byle jakie, prawdziwe, wręczane z fanfarami. Już wiszą na Krzysztofa osobistej tablicy sukcesów, nad łóżkiem ;)


I tą drogą, dla naszych przedszkolnych aniołów - Pani Kasi i Pani Marzenki, które wytrwale i skutecznie pomagają nam w budowaniu w Krzysztofie  poczucia własnej wartości, wiary w siebie i w to, że jest równie wspaniały jak siostra - WIELKIE, WIELKIE DZIĘKI :)





niedziela, 30 marca 2014

Solidne podstawy kariery wokalnej

Szkoła Hani jest budynkiem obszernym, rozczłonkowanym, architektonicznie zawiłym niczym potężne oświatowe zamczysko. Rozsiadła się jak ogromny bąk pośrodku jednego z największych łódzkich blokowisk. Wciąga, wsysa, pochłania co rano setki młodych dusz i mózgów w nadziei, że popołudniem wypchnie je z siebie zbrojne w nową wiedzę i doświadczenie. 

Na pierwszym piętrze, naprzeciwko gabinetu legendarnej już niemal Pani Haliny mieści się komnata, w której Pędziwiatry o wokalnym zacięciu uczą się śpiewu. Niezaprzeczalną królową tego pomieszczenia jest Pani Marzena. Jest to postać zawierająca w sobie nieprzebrane pokłady cierpliwości do kręcących się, wiercących, skaczących, miotających się jednostek, które bardzo chcą śpiewać, ale wysiedzieć w miejscu nie potrafią. A Pani Marzena to osoba nie byle jaka. Zna ją nie tylko wszystkowiedzący Wujek Google, ale nawet Ciotka Wikipedia. Znaczy postać nietuzinkowa, znaczy fachura, znaczy szacun. Dodatkowo bogata dusza, talent i pasja. Kuje, rzeźbi i szlifuje młode głosy nie jak rzemieślnik lecz jak artysta. Stąd też uczucia o potężnej sile z dziecięcych serc ku Pani Marzenie płyną. Wystarczy rzec, że Hanna Panią Marzenę bardzo szybko przedzierzgnęła w Ciocię Marzenkę i od tego czasu darzy ją wielką estymą, jednocześnie dręcząc i wykańczając (jak mniemam) swoją niebanalną osobowością. 

Zatem jako niezmienny, zrównoważony i królujący punkt sali do śpiewu występuje Ciocia Marzenka, jako punkt silnie ruchomy, a nawet ruchliwy występuje Hanna i inne jej podobne postacie. Ponadto z elementów istotnych sala zawiera jeszcze pianino, laptop, ustrojstwo nagłaśniające wraz z mikrofonem oraz słup.

Słup jest ze wszystkich tych gadżetów najbardziej stały, rzekłabym nawet - niewzruszony, gdyż tkwi w spokoju iście stoickim od lat wielu, od kiedy go tam pobudowano. Istnieje na świecie znacznie dłużej niż którekolwiek z pojawiających się w sali i wciąż nieopierzonych elementów ruchomych.

Bez słupa nauka śpiewu nie byłaby w ogóle możliwa. Króluje on zgodnie i na równi z Ciocią Marzenką. Taka wspólna, jednoczesna władza, jak niegdyś Jagiełły i Jadwigi.
Nie, nie zwariowałam. Wiem, o czym mówię.
Słup jest nieodzowny.
Wielokrotnie widywałam Hannę w relacji ze słupem. Doświadczyłam także widoku słupa w duetach o innym składzie. Słup zawsze jest gwiazdą. Wygląda to mniej więcej tak: młody człowiek z mikrofonem w garści walczy o utrzymanie się w akceptowanej dla uszu symbiozie z podkładem muzycznym. Walka ta wymaga przeniesienia emocji ze środka na zewnątrz za pomocą wszelkich dostępnych kończyn (konkretnie trzech, gdyż czwarta kończyna twardo trzyma się mikrofonu). Emocje powodują zatem, że kończyny luźne, zwłaszcza w częściach dystalnych wiją się wokół słupa w sposób niezbyt zorganizowany, ale zgodny z rytmem muzyki. Zatem ręka dokonuje wszelkiego rodzaju opukiwania, głaskania, skrobania, dłubania, klepania w słupa część wyższą, nogi zaś słup oplatają, kopią, ocierają się oń tudzież wykonują wokół niego skomplikowane figury taneczne w części najniższej. Niejednokrotnie do akcji wkracza dziecięcy kuper, który z różną energią i siłą o środkową część słupa się ociera. W efekcie to słup jest w centrum uwagi i zdaje się być główną postacią dramatu. Bez choreograficznego udziału słupa śpiewanie wydaje się całkiem pozbawione wyrazu. 

Słup ponosi ciężkie i nieodwracalne szkody w wyniku systematycznego wykorzystywania go do tych czynności. Powycierany, poorany i gdzieniegdzie poszczerbiony, stanowi żywy, choć betonowy przykład na to, że prawdziwy artysta jest gotowy na wielkie poświęcenia dla sztuki. Choć słup akustycznie się nie udziela, choreograficznie zachwyca i stanowi całkiem solidne wsparcie dla młodego solisty.

I gdy przychodzi czas scenicznego wykonu, przed publiką tudzież konkursowym jury, brak słupa mocno doskwiera. Ileż trzeba samozaparcia, jakiż profesjonalizm trzeba z siebie wydłubać, żeby bez wiernego towarzysza się obejść. Dobrze, że w chwilach takich można liczyć na wsparcie Cioci Marzenki, która (znacznie mobilniejsza od słupa) kibicuje wyczynom muzycznym poza swoim szkolnym habitatem. Podejrzewam jednakże, że w tajemnicy, w zaciszu muzycznej komnaty, zdaje słupowi relację o wyczynach wokalistów, żeby i on był na bieżąco z ich sukcesami.

A będzie co jutro w szkole opowiadać. Bo oto i kolejny powrót z tarczą z wyprawy o kryptonimie "Wygraj sukces". Uczniowie Cioci Marzenki, a wśród nich Hanna, zaprezentowali się zgoła fantastycznie, mimo odczuwalnego braku słupa. Hanna zaliczywszy lekkie potknięcie tekstowe (ach, słupie gdzieżeś ty?!) brawurowo i przeponowo wlazła do półfinału konkursu, zatem duma, uciecha i wielkie lody były nam dziś towarzyszami. A teraz nie pozostaje mi nic innego, jak zaprosić serdecznie do odsłuchu i obejrzu dzisiejszych wykonów :)

Na zdjęciu, z moją osobistą artystką, zestaw Hannie najmilszy - niezastąpiona Ciocia Marzenka oraz Monika i Ola.



Tymczasem poniżej na nagraniu (jakości umiarkowanej) "Słodki strach" lekko podszyty horrorem, dedykowany wszystkim przeszłym i przyszłym chwilom rozkosznego łasuchowania :P



A na koniec piosenka potknięta - czyli "Śpiewam i tańczę". Moim skromnym i zupełnie nieobiektywnym zdaniem, mimo owego potknięcia nie ma śladu obciachu, potyczka komponuje się z teścią, jest moc, więc się chwalę i nią. A co mi tam :)