poniedziałek, 2 czerwca 2014

Hrabiowski ubaw

Śmiać się lubimy. A jakże! Uryć, ubawić, uchichrać, ujarać. Uparskać nawet, bo czemu nie? Wolno nam. Zresztą, cóż to za filozofia - poddać się fali radości. Pestka to i jedno wielkie "phi". Ale ubawić kogoś, to już wyższa sztuka. Jak być śmiesznym, żeby się nie ośmieszyć, być ośmianym, ale nie wyśmianym? Żeby zrobić z siebie pajaca, bez obciachu, a budząc podziw i szacunek widza - nie można być pierwszym lepszym komikiem, tylko artystą - w każdym calu.

Tacy to artyści fascynują od jakiegoś czasu Hannę. Na samym piedestale hannowej top-listy tkwiły od dawna trzy kabaretowe zjawiska, powalające nie tylko ją, ale całą rodzinę z Krzysztofem włącznie. Otóż Hanna - do upojenia i bez końca - jest w stanie przyjmować do organizmu poprzez oczy i uszy Grupę MoCarta, Ani Mru Mru i Ireneusza Krosnego. Chrzani przy tym wszelkie kreskówki i filmy dla dzieci, chrzani gry komputerowe. Kiedy nie śpiewa, nie tańczy i nie miota się po trampolinie - Hania ogląda kabarety. Mamunia - wychowana na Kabarecie Starszych Panów, Piwnicy pod Baranami, a potem na Potem, dołącza do dzieciny, gdy tylko się da. Tatuś rzadziej, ale równie chętnie. Braciszek co jakiś czas znienacka wrzeszczy "Jestem Krosny" i zmusza nas do zgadywania, któreż to numery słynnego mima raczy naśladować. Natomiast przez Grupę MoCarta właśnie, Hanna rozpoczyna po wakacjach naukę w szkole muzycznej, przy czym wciąż trwa rozerwanie wewnętrzne między skrzypcami a wiolonczelą.

Dokumentacja, że nie łżę jak z nut
Jednak troska wypływa niekiedy na matczyne oblicze, bo nie wszystkie kabaretowe treści przeznaczone są dla kilkuletnich usząt i równie niedojrzałych rozumków. I nie chodzi tylko o niewyszukany, twardy i mięsny język kabaretu. Żart, jak świetny by nie był, dociera do dziecięcych głów w sposób bezpośredni, bez wyrafinowanych aluzji, bez licznych podtekstów, od których dorośli ryją ze śmiechu zwinięci wpół. Dziecko łapie wierzchnią warstwę żartu, nie wdłubując się w jego sedno. Dlatego, choć mocno polecam oswajanie dzieci z kabaretem, sugeruję kontrolę rodzicielską i wspólne zrywanie boków przy oglądaniu. Czasem trzeba coś wyjaśnić, a czasem darować sobie zgłębianie tematu odkładając je na "za lat kilka".

Tymczasem wiosna rzuciła mi w oczy informację o czymś, co zachwyciło mnie niebotycznie. Oto prawdziwy, żywy i z najwyższej półki kabaret wykombinował sobie program dla małolatów. Całkiem gładki, "Bez wąsów". Dodałabym nawet, że bez pryszczy jeszcze, bo zupełnie bezpieczny i w pełni przyswajalny dla smarkaterii. Ślepo wierząc w wyczytane "dla dzieci 6-12 lat" nabyłam biegiem bilet dla Hanny i dla siebie, w pierwszym rzędzie, na środeczku. Kabaret Hrabi - "Bez wąsów" - był już nasz. Hanna początkowo nieco krzywiła się, że nie Grupa MoCarta, ale przekonałam ją argumentacją, że będzie ta pani, z której niejednokrotnie rżała na "Spadkobiercach". Hanna dała się ugłaskać i dziś właśnie polazłyśmy.

W okolicznościach przyrody raczej smętno - listopadowych, prosto ze szkoły i z roboty, podążyłyśmy -  mokre jak psy, acz niecierpliwe - w ciepłe i suche mury Teatru Rozrywki "Lutnia". Hanna okopała się na stanowisku bojowym w swoim fotelu i podrygiwała  bezustannie w oczekiwaniu na rozpoczęcie imprezy. Mało brakowało, a sama wlazłaby na scenę i zaczęła śpiewać, bo niecierpliwość bulgotała jej w duszy i przeponie. Sala niewielka, więc decybeli by jej starczyło, mimo braku mikrofonu. Jednakże nie było jej dane wyrwać się z popisem wokalnym, bo impreza znienacka ruszyła i wciągnęła ją w szpony niekontrolowanego i nieustającego chichotu. Kabaret Hrabi genialnie uplasował się w tematyce dzieciarni najbliższej. Pierwszy numer nawiązywał, do bólu, w jakim rodzi się nasz rodzinny, roboczy poranek. Niemal każdy szczegół, jaki znamy z własnej codzienności, a jaki udało mi się pominąć opisując Czasu kurczenie poranne, został zobrazowany. Włącznie z tajemniczym znikaniem tatusiowej komórki. Przy okazji tego skeczu Hanna ujawniła swoją odmienność. Otóż dzieci zostały zapytane ze sceny, co robią tuż po przebudzeniu. Publika wyraźnie dzieliła się na frakcję rąbiącą śniadanie i siusiającą. Jedna Hanna wypaliła pełną piersią, że - tuż po przebudzeniu - najpierw głaszcze kota. Co prawda, to prawda. 

Następnie Hanny łasuchowata dusza została zrobiona w bambuko. Najpierw obrzucono ją ziarnem pszenicy, a później nabrała nadziei, że zostanie obrzucona cukierkami... A tu niespodzianka! Jaka? Nie powiem. Idźcie, to też zobaczycie. Ochlapano ją również wodą, przy okazji budząc wspomnienia z czyszczenia uszu przez laryngologa. Wtedy było: "Dziadek, dziadek - łap mnie, będę mdlała!". Tym razem miała czysty ubaw. Pani Joanna Kołaczkowska okazała się znacznie skuteczniejszym lekarzem niż ten hankowy. 

Po piosence o zabawnym tacie, Hanna zgłosiła potrzebę zakupu dla naszego tatusia skarpetek na uszy, czemu nie zamierzam się sprzeciwiać. Sama mu je chętnie zamontuję. Nauczycielka skazana na rozstanie z pączkami obudziła w Hannie dużo współczucia. Pewnie, że była zabawna, ale jak bardzo, ach jak bardzo Hanna ją rozumiała. Bo szlaban na łakocie to straszna rzecz. Mnie zachwyciła piosenka o chrapaniu taty, a Hannę - o ślimaku. Na tę okoliczność przerobiłyśmy nieco refren zeszłorocznego Motyla Hanny i śpiewałyśmy całą drogę do domu: 
75%

Ach jak fajnie być ślimakiem, 
Co nie musi nigdzie gnać.
I na plecach dźwiga chatę - 
Ma co zjeść i ma gdzie spać.

Wolno śluzem znaczy drogę,
By bez celu iść gdzieś tam.
Nikt nie mówi: prędzej, przodem,
Takie, ach, marzenie mam.

Najbardziej Hannę rozbawił handlarz głosami. Gdy zapytał widzów, jakie głosy chcieliby kupić, Hanna bez namysłu wrzasnęła, że operowy. No ba! A Handlarz miał nawet głos Króla Juliana. Normalnie jak magik jakiś.

Epizodycznie widać było na Hanny i innych bezwąsych twarzach konsternację i ewidentny brak czajenia bazy. To były te momenty, kiedy najgłośniej ryli dorośli. Na koniec, po strasznie smutnym jesiennym bisie, w efekcie którego ciężko było opanować rechot, nastąpiły pełne zamieszania chwile dla fotoreporterów i łowców autografów. Hanna - wykazując silną stabilizację w okolicy pani Joanny Kołaczkowskiej - nie załapała się na cały komplet podpisów. Jednakże można to uznać za dobrą wróżbę. Ma 75%, a ten ostatni zdobędzie po prostu przy następnej okazji, która (wobec potrzeby osiągnięcia pełnych 100%) przydarzyć się musi. 

Ostatecznie obie wyszłyśmy... niezadowolone. 

Hanna - bo:
a) Dlaczego było tak krótko? 
b) Dlaczego nie zostajemy na spektaklu dla dorosłych? 

Ja - bo:
a) Dlaczego byłam tak durna, małostkowa i bezmyślna i nie wzięłam Krzysztofa, który nie mieścił mi się w granicach 6-12 lat? Ten - niemal pięciolatek - spokojnie ubawiłby się na równi z siostrą i miałabym symultaniczne rżenie z dwóch stron podczas spektaklu. Może zagłuszyliby moje chichoty. Nic, tylko pustym łbem o ścianę walić.
b) Dlaczego nie zostajemy na spektaklu dla dorosłych? 

Chwila dla fanów ;)
Jednakowoż przestudiowałam stosowny terminarz i wyczaiłam kiedy i gdzie możemy zaliczyć powtórkę. Zabierzemy chłopaków i pojedziemy calą naszą bandą.

Podsumowując wieczór - Grupa MoCarta, Ani Mru Mru i Ireneusz Krosny nie zostali może zdetronizowani, ale ciaśniej się zrobiło na piedestale, bo Hanna dopchnęła im do towarzystwa Kabaret Hrabi. Mam nadzieję, że jakoś się dogadają, ugniotą i zostaną tam na stałe, nie dopuszczając do dziecięcego świata fascynacji artystycznych żadnej Violetty, Biebera i innych dziwnych stworzeń.  Mam poważne obawy, że odtąd jeszcze częściej będzie brzmieć mi w domu - w Hanny interpretacjach - piosenka kabaretowa, która jest przecież piosenką mocno aktorską (a zatem wymagającą) i o którą Hanna otarła się już nieco śpiewając chociażby "Słodki strach".

Polecamy, stanowczo polecamy Kabaret Hrabi, zarówno "Bez wąsów", jak i nieogolonych, w dorosłej odsłonie :)

4 komentarze:

  1. Przepiękna recenzja, wspaniałe wrażenia :) Zazdroszczę :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję bardzo. Eh, szkoda tylko, że było tak krótko ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Super,szkoda faktycznie że Krzyś został porzucony z powodu wieku ale następnym razem pójdziecie wszyscy;-)

    OdpowiedzUsuń