

Zatem Góry Stołowe, a tam przede wszystkim Szczeliniec, Błędne Skały i znajdujące się tam skalne labirynty. Zachwyciły jednogłośnie całą rodzinę i zostały obleciane, obłażone i obczołgane z dużą pieczołowitością i zaangażowaniem wszystkich czterech jednostek, co potwierdza materiał fotograficzny. Z ciekawostek szczególnych - okazało się, że najlepszym czytaczem tabliczek z nazwami poszczególnych skał jest Krzysztof (tak - tym skromnym stwierdzeniem oznajmiam, że mam syna coraz bardziej czytającego!), a rodzice wlezą w każdą dziurę. Przy szczególnie wąskich przesmykach dzieci patrzyły z zaciekawieniem, czy też mamunia w swej obfitej postaci się przeciśnie, a czy tatuś nie zedrze sobie skóry z łysiny w niskich korytarzach skalnych. Otóż - przewlekliśmy się przez wszystkie uszy igielne, przedarliśmy przez każdą dostępną turystom szparę. Pokonałam nawet Przesmyk Liczyrzepy, choć przez chwilę myślałam, że zostanę tam na zawsze. Strasznie śmiesznie było wtedy, gdy dzieci przebiegały ledwo pochylone, a rodzice przedzierali się na czterech łapach, ale ostatecznie z Gór Stołowych wyszliśmy zwycięsko. Apogeum skalnej przygody osiągnęliśmy w czeskim Skalnym Mieście w Adršpach, gdzie oblewani obficie deszczem na zmianę z atakami dzikiego słońca, krążyliśmy w zachwycie przez bite 6 godzin, nie mając ochoty kończyć rozrywki. To zdecydowanie jedno z tych miejsc, gdzie będziemy chcieli wrócić. Poza olbrzymimi skałami, labirytami, tysiącami schodów do pokonania, wodospadami i turkusowym, bajkowym jeziorem, przytrafił nam się tam także uroczy rejs z zabawnym czeskim flisakiem, dzięki któremu dzieci uwierzyły, że język polski i czeski są do siebie bardzo podobne. Wielki wodospad Skalnego Miasta zaburzył jednak to przekonanie. Jeśli zaczęło się głośno wrzeszczeć "Karkonoszu daj nam wody", wodospad ożywał i zaczynał tryskać ogromnym strumieniem. Doświadczenie pokazało jednak, że skubany reaguje wyłącznie na okrzyki po czesku. Nieładnie ze strony szanownego wodospadu ;)

Wisienką do tortu, jakim był nasz pobyt w Kudowie, stała się wycieczka do czeskiego Zoo Safari w Dvůr Králové. Doświadczenie natury odmiennej, całkiem nie górskiej, ale jednak ciekawe. Całodzienny pobyt wśród zwierząt, w ogrodzie znacznie ciekawszym od naszego, łódzkiego ZOO, był frajdą nie tylko dla dzieciaków. Znalazło się tam nawet parę goryli i orangutanów, które do złudzenia przypominały niektórych członków naszej rodziny.

Z Kudowy ruszyliśmy na wschód, aby zderzyć się z nieco wyższym pasmem górskim, jakim jest Masyw Śnieżnika. Urocze, rodzinne pole namiotowe i Międzygórzu wydało nam się rajem. Wystarczyło uchylić okienko w namiocie, by cieszyć oczy pięknymi widokami. Dodatkowo na polu namiotowym stała wielka trampolina, stanowiąca punkt zborny dla wszystkich dzieciaków. Impreza na niej trwała codziennie do późnego wieczora i dawała szansę na oddech od ukochanych pociech rodzicom. Za to ciężko było znaleźć kawałek płaskiego terenu, zatem zmuszeni byliśmy spać pod kątem, spadając nocą na siebie nawzajem. Ale przecież nie wszystko musi być idealne. Międzygórze pogoniło nas do Wodospadu Wilczki i Ogrodu Bajek (znów jakieś tysiące schodów w górę i ciężka zadyszka mamuni), w którym dzieci odkryły bezręką Różową Panterę, Reksia i Strusia Pędziwiatra.

Następnie spędziliśmy konstruktywnie dwa deszczowe dni zwiedzając Jaskinię Niedźwiedzią, Kopalnię Złota i Średniowieczny Park Techniki. Wszystkie te miejsca miały tę cudowną zaletę, że przewodnicy zagarniali dzieci do przodu, przejmując nad nimi opiekę i kontrolę, a dorośli mogli zwiedzać w spokoju bez uganiania się za uroczymi potworami. W Jaskini spotkaliśmy nietoperza, ale generalnie było sielsko. W Kopalni zaś Krzyś miał już nieco stracha, bo na turystów czekało kilka straszących atrakcji akustyczno-wizualnych z potępieńczymi dźwiękami i świecącymi kościotrupami. Dodatkowo spotkaliśmy postać upiornie przebranego alchemika, który produkował arszenik. Nie wzbudził on w Krzysztofie zachwytu. Za to zjeżdżanie w kopalni na ślizgawce i wyjeżdżanie z niej huczącą kolejką było już samą przyjemnością. W Parku Techniki przewieziono dzieci czołgiem Leonarda da Vinci, a potem zaprzężono w kierat i w sumie można było je tam porzucić, ale zrezygnowaliśmy po namyśle z tej opcji. W Parku był też Labirynt Strachu, do którego Krzyś odmówił wejścia, zaś Hanna uciekła po minucie z płaczem. Reszta dzieci bohatersko przebrnęła, co pozwala mi mniemać, że moje są tchórzem podszyte.

Kulminacyjnym punktem pobytu w Międzygórzu była wycieczka na Śnieżnik. 7 km w górę, a następnie 11 km w dół, bo tatuś postanowił wybrać nam "wygodniejszą" powrotną trasę, nie zwróciwszy uwagi na jej długość. Pewnie, że było super. Świadczy o tym chociażby fakt, że przeżyłam. Choć okazało się, że powyżej 1250 m n.p.m. moja astma zaczyna się buntować. Ale wleźliśmy, zmarzliśmy, oblecieliśmy szczyt i wracając zaliczyliśmy gorącą zupę w schronisku pod szczytem. Pomyślałam wtedy, że wreszcie skubańce padną, dowloką się do namiotu i runą bez dźwięku na materace. Otóż nie, okazało się, że po powrocie potwory stwierdziły, że muszą rozluźnić mięśnie nóg i idą poskakać na trampolinie.. I skakały... Półtorej godziny, aż sama ich zwlokłam, bo było całkiem ciemno... Wówczas postanowiliśmy zawlec mutanty w Karkonosze.

Wylądowaliśmy na polu namiotowym "Nad Rozkosznym Stawem" w Szklarskiej Porębie, gdzie kaczki pożerały nam bułki, a w nocy wesoło szemrały dwa strumyki. Odwiedziliśmy dwa wodospady: Szklarki i Kamieńczyka oraz Muzeum Minerałów, w którym Hanna ostatecznie zaraziła się od tatusia fascynacją kamorami, a Krzysztof ryczał co sił w płucach ukazując swoją naturę upiora. Zaliczyliśmy także Szrenicę i wycieczkę po szczytach tzw. Drogą Przyjaźni Polsko-Czeskiej, gdzie dla odmiany niewąsko narozrabiał tatuś. Ponieważ było zimno, zdecydowaliśmy się iść górą tak daleko, by zdążyć wrócić i zjechać w dół ostatnią kolejką linową. Tymczasem za Śnieżnymi Kotłami tatuś oświadczył, że do kolejki wraca inną drogą, szlakiem wiodącym poniżej Kotłów. Odmówiłam z dziećmi udziału w imprezie z uwagi na zagęszczenie chmur. Rozstaliśmy się zatem i pomknęliśmy osobno - tatuś dołem, a my górą. Do kolejki dopędziliśmy już w strugach deszczu, tymczasem tatuś utknął na niewygodnym, kamienistym szlaku i nie miał szans zdążyć na ostatni zjazd. Wsiedliśmy w trójkę w dwuosobowy wagonik i gdy tylko ruszyliśmy, nad głowami zaczęło nam potężnie grzmieć... Nie był to najmilszy zjazd w moim życiu... Z burzą za plecami, w strugach deszczu, ze spłoszonymi potworami po bokach. Tatuś zaś beztrosko przeczekał grzmoty i ulewę w Schronisku Pod Łabskim Szczytem, gdzie zdołał dogalopować. Po zjeździe ukazało się piękne słońce oraz głupota całego zdarzenia, bo znaleźliśmy się zmarznięci i przemoknięci przy zamkniętym aucie, do którego kluczyki miał tata, gdzieś wysoko w górach. Dodatkowo zabrał całą forsę, więc nie mogliśmy udać się na cokolwiek ciepłego, by spokojnie na niego poczekać. Mieliśmy do wyboru - iść 5 km do namiotu lub ruszyć mu szlakiem naprzeciw. Furia nas niosła, więc pogoniliśmy rączo w kierunku tatusia, by go zdrowo ochrzanić. I dostało mu się niewąsko. Podczas drogi zbieraliśmy bowiem amunicję w postaci szyszek... O dziwo, skończyło się bez kataru i kaszlu...

Ale było nam mało i wybraliśmy się także do Karpacza, a z niego na Śnieżkę, gdzie wywiało nam z głów wszelkie resztki rozumu, bo siła wiatru była większa od siły myśli. Dodatkowo porażająca temperatura 3,5 stopnia i zasłona chmur sprawiła, że - przyznaję - poddałam się namowom moich płuc i zostałam w Domu Śląskim na Równi pod Śnieżką. Twardziele udali się na śnieżkowy szczyt, co zostało nagrodzone kubłem gorącej czeskiej czekolady, która z nieznanych przyczyn była dwa razy tańsza od polskiej. Gdy trzy sople lodu wróciły po mnie do Schroniska, wciąż dygotałam z zimna po spacerku na uroczym wietrzyku. Z gripexem w zębach wróciłam z nimi na dół i pogodziłam się z faktem nadejścia przeziębienia. Oczywiście tylko ja, reszta zdrowa. Dodatkowo uroczo ciepłe noce (ok. 4 stopnie) dowaliły mi zdrowo i chwilowo namiotowania mam dość. Podejrzewam, że do wiosny mi przejdzie, jak zawsze.

Ostatniego dnia pomknęliśmy, już w drodze do domu, na wycieczkę dookoła Karkonoszy. Odwiedziliśmy Špindlerův Mlýn, gdzie potwory zakosztowały uciechy zjeżdżania na pontonach. Okazało się to być największą frajdą z możliwych i ciężko było je stamtąd wywlec. Korony płynęły rzeką szeroką... Ostatecznie jednak, nacieszywszy oczy widokami, a peugeota górskimi drogami, udało się powrócić do ojczyzny przez Przełącz Okraj i bezpiecznie doholować potwory do domu.
Za nami dwa wspaniałe tygodnie, mnóstwo przeżyć i prawdziwego bycia razem. Nic tak bowiem nie łączy jak wspólny trud wędrówki oraz blaski i cienie namiotowego życia. Okazało się na przykład, że Hanna doskonale potrafi zmywać gary, z czego zamierzam też korzystać w warunkach domowych. Zarówno dzieci jak i my zrealizowaliśmy założony plan, a nawet zobaczyliśmy nieco więcej. Poza moim sromotnym poddaniem się pod Śnieżką, wszyscy byli twardzi, choć Krzysztof miewał chwile załamania. Wówczas brał telefon i obdzwaniał babcie i ciocie z zapytaniem czy może u nich zamieszkać, bo rodziców się wyrzeka, gdyż ganiają go po szlakach i za rzadko robią postoje. Z jedną ciotką zakontraktował nawet przeprowadzkę, ale mina mu zrzedła na wiadomość, że ciotka maniacko galopuje po Tatrach. Chyba zatem zostanie jednak z nami. W nagrodę za bohaterstwo i trud, wprost po powrocie do domu przeprowadził się do swojego nowego pokoju, czym zapoczątkowany został nowy etap w życiu potworów: etap osobnego życia i licznych wzajemnych odwiedzin. Oba pokoiki i ich mieszkańcy szykują się do nowych wyzwań, bo oto już za kilka dni powrót do szkoły (czwarta klasa!) i przedszkola (na ostatni, najostatniejszy rok)...