środa, 28 maja 2014

Poznajcie mamę mamy

Halinka z bratem na ulubionej zabawce
Dla każdego dziecka oczywiste jest, że mama jest dorosła i duża. Jest ważna, bliska, konieczna w dziecięcej codzienności. Każde dziecko chce i powinno być ukochanym maleństwem swojej mamy. Zawsze. Nawet, gdy ma lat dwadzieścia, czterdzieści, sześćdziesiąt. Abstrakcyjnym i trudnym do pojęcia dla dziecka jest to, że mama też miała mamę - najważniejszą na świecie, że też była dzieckiem. Szczególnie trudne jest to wtedy, gdy to dziecko nie miało możliwości, by tę mamę mamy spotkać, by odczuć jej obecność i troskę, by cieszyć się tym, że mama mamy jest jego babcią. 

Tak właśnie zdarzyło się w życiu moim i moich dzieci, że babci będącej mamą mamy nigdy nie poznały. Odeszła tak strasznie, okropnie dawno, kiedy mama była jeszcze dziewczynką. Nie mają o niej wspomnień, nie były przez nią rozpieszczane i rozpuszczane. Mama mamy jest dla nich postacią jak z bajki, opowieścią z dawnych czasów, okraszoną garścią czarno-białych fotografii. Za to ja, patrząc na własne dzieci, dostrzegam tamte rysy twarzy i cechy charakteru , bo geny to potęga, siła większa niż czas i śmierć. Dlatego moje dzieci są częścią niej, choć sama nie zdążyłam jej poznać tak, jakbym chciała, a moje dzieci nigdy jej nie spotkały...



i nieco później na innym jednośladzie
Jako dziecko była niezłym gagatkiem. Wiecznie w biegu, na przełaj, przez wszelkie przeszkody, z poobijanymi kolanami i łokciami. Bo po co iść prostą drogą, skoro można po krawężniku czy po płocie. Starszy, zrównoważony brat, szedł po chodniku niosąc ze szkoły swoją i siostry teczkę, a sowizdrzał Halusia skakał jak koza z murka na murek doprowadzając do ruiny kolejną parę butów i odzież. Niemal widzę jak jej matka, a moja babcia łamie ręce nad kolejnymi podartymi kieckami, o które w tamtych czasach nie było wcale tak łatwo. Skacząca, mała sprężynka, ciekawa świata i wspinająca się na wszystko co się da, a w dodatku pasjonatka motocykli. Wystarczy spojrzeć na fotografie, by wydumać, kto spośród rodzeństwa wiódł prym. Wyobrażam sobie, że podczas psot, grzywka podkakiwała jej tak samo jak Krzysztofowi. Fotografie zdradzają ten sam błysk w oku. Mała Halinka miała jeszcze jedną pasję. Były to wszelakie cukierki i łakocie. Przy czym nie była marudna i nachalna domagając się słodyczy. O nie! Idąc z mamą na zakupy (co w latach 50-tych nie było tak banalną sprawą jak dziś) dziecko nie wołało "Kup mi, kup mi...", nie urządzało ryków i scen rozpaczy, jakie są codziennością współczesnych marketów. Dziecko grzecznie i niewinnie dreptało obok mamy, uśmiechnięte i zadowolone, podśpiewując (początkowo pod nosem, a z czasem drąc się na cały sklep) pieśni tworzone na poczekaniu, będące apoteozą cukierka. „Cukiereczku, cukiereczku, jak ja cię lubię. Cukiereczku, cukiereczku, ale bym cię zjadła. Cukiereczku, cukiereczku, jesteś taki słodki”. Matka nie wytrzymywała i kupowała bachorowi tego koszmarnego cukiereczka, żeby choć przez chwilę cieszyć się ciszą i nabyć cokolwiek jadalnego dla rodziny. Eh, ileż razy te cukiereczkowe pienia pobrzmiewały w Hannie… I też zawsze grzecznie, tylko jej aureolkę doprawić.

Gdzieś w Jurze
Halinka trenowała pływanie i lekkoatletykę. Biegała czy skakała, mało o tym wiem i nie bardzo mam kogo zapytać. Dość mi wiedzieć, że była w tym niezła. Jeździła na rajdy motocyklowe, na których była kapitalnym pilotem (nałowili nagród z moim tatą, że hej!) i uwielbiała rejony Gór Świętokrzyskich i Wyżyny Krakowsko-Częstochowskiej. W dodatku bardzo lubiła śpiewać. Przy każdej robocie. Może nie rewelacyjnie, bez mocy, nie z przepony, ale z sercem. I to już pamiętam, bo śpiewanie to towarzyszyło mojemu dzieciństwu w każdej sytuacji: od wędrówek po lasach i kniejach, po przepierki i obieranie kartofli. Dodatkowo uwielbiała piec ciasta, ciasteczka i różne słodkie, domowe duperelki. Piekła, a potem mnie odganiała od źródła rozkoszy, żebym za dużo tego nie żarła. Nie raz dostałam ścierą po nogach lub zadku, gdy już na wstecznym biegu spierdzielałam z kuchni po nielegalnym uszczknięciu kruszonki z drożdżowca. Tymczasem sama mama w ciągu dnia bardzo starała się nie jeść za dużo, dbając zaciekle o linię. Wszystko jednak brało w łeb, gdy budziła się w nocy i wleczona tajemniczą siłą przed lodówkę, nadrabiała w świetle księżyca dzienne niedojadanie. Zjawiska typu tegorocznej awantury o sernik są mi zatem znane także z własnego dzieciństwa i nie zawsze winne było dziecko (czyli ja).

Jedziemy nad morze
Moja mama Halinka była pedantką. Sprzątała zawsze i wszędzie. O każdej porze dnia i nocy można było jeść u nas prosto z podłogi. Mimo obecności psa i kota, nie uświadczyło się na dywanie ani kłaczka, ani okruszka. Nie wiem jak ona to robiła. Ja nie potrafię. Do sprzątania zaganiała mnie równie często, co nieskutecznie. W tej dziedzinie byłam i jestem nieodrodną córką tatusia i dzieci poszły beztrosko w moje ślady. Geny babci się nie przebiły, chyba że jeszcze któreś mnie zaskoczy... Oby.

Moje piewsze wspomnienie z mamą wiąże się właśnie ze sprzątaniem. Miałam może 3 lata. W moim pokoiku stała mała szafka nocna, a w niej drzwiczki. Za drzwiczkami oczywiście bałagan. Nie wiem, co w niej było, moje zabawki, czy fatałaszki. Grunt, że mama postanowiła zrobić tam porządek. Ale sprzątanie w szafce nie polega przecież na poukładaniu w niej rzeczy. Zawartość należało wywlec, szafkę w środku wyszorować, odkazić niemal i po wyschnięciu wnętrza poukładać w niej rzeczy w idealnym ładzie. Zatem mama szorowała szafkę z pełnym zaangażowaniem, wsadziwszy w nią, za ręką, niemal całą głowę. Ja zaś nudziłam się śmiertelnie. Ponieważ nie zwracała na mnie uwagi, podbiegłam i z całej siły rąbnęłam w drzwi szafki tak, że się zatrzasnęły z głową mamy w środku. Na szczęście nie zrobiłam jej krzywdy. Zresztą wcale nie chciałam. Chciałam tylko zwrócić na siebie jej uwagę, a próba dekapitacji, godna Krzysztofa odbyła się całkiem niechcąco. Bo generalnie byłam bachorem rozpieszczonym i domagającym się ciągłej atencji i troski.

Choinka wisi, bo psotny bachor stojącą przewracał
Nie słuchałam jej kompletnie, niczym mały, wstętny upiór. Uciekałam, łaziłam własnymi drogami, buntowałam się ile wlezie. Wywijałam się jak mogłam od domowej roboty, trzymając w tym temacie sztamę z tatą i dając z nim drapaka z domu na wspólne wypady rowerowe. Ale ostatecznie zawsze jakoś zdołała mnie do pomocy zapędzić. Bo robota nie zając, czekała na mnie wiernie jak pies. Mama miała tajemnicze i do dziś dla mnie niezgłębione, konszachty ze św. Mikołajem, uwielbiała święta i choinkę. Jak dziecko cieszyła sę z drobnych prezentów i laurek. Dawała się dość łatwo robić w bambuko, ale ciężko było ją okłamać w ważnych sprawach. Tata ciągle robił jej żarciki. Kiedyś na przykład, gdy zasnęła na usteckiej plaży, poukładał jej na nodze skórki z obranego ogórka. Opaliła się cała w paski. Grzmiała furią aż po Orzechowo, a nawet Rowy. Innym razem narobiła hałasu na cały blok, gdy wstała w nocy, szła po ciemku do łazienki i po drodze ujrzała najprawdziwszego w świecie upiora. Postawiła na nogi wszystkich domowników. Sytuację wyjaśniło zapalenie światła. To tylko tata przewiesił lustro w inne miejsce i mama wystaszyła się własnego odbicia. Z takich licznych i zabawnych drobiazgów zbudowne było moje wczesne dzieciństwo. W dodatku mama miała setki przyjaciółek. Przez nasz dom przetaczał się tabun cioć, my też wiecznie biegałyśmy do nich, jak mawiała mama, na kominki czyli na wieczorne babskie ploteczki. I dawały radę, znajdowały na to czas, bez telefonów, bez aut, pracując zawodowo. Dziś nie pamiętam prawie żadnej z tych cioć, chociaż zupełnie przypadkiem, córka jednej z nich objawiła mi się w charakterze anioła, bo jako położna zajmowała się mną, gdy rodziła się Hania. Zgadałyśmy się, że się znamy z czasów żłobkowo-przedszkolnych, gdzieś między jednym, a drugim skurczem.

Udało mi się odnaleźć laurkę z 26 maja 1989 roku. Byłam wtedy w trzeciej klasie, niemal rówieśnica obecnej Hanny. Lauka z czasów, kiedy Dzień Matki był dla mnie jeszcze czymś więcej niż płonącym zniczem. Porażająca jakość literacka mojej ówczesnej narracji nieco mnie bawi, ale jednak i trochę rozczula, bo przecież było tak dobrze i beztrosko, jak już nigdy później.

Moje dzieciństwo skończyło się 21 lat temu. Dokładnie pamiętam ostatnie, szpitalne spotkanie z mamą. Każdą chwilę, minuta po minucie. Ale nie będę o tym pisać. Bardzo żałuję, że moje dzieci nie mogą mieć jej przy sobie, nie może być świadkiem ich dzieciństwa. Zapewne sprzeczałabym się z nią o wszystko okrutnie, ganiła by mnie za pobieżne porządki, za niedoprasowane porcięta i koszulki dzieci, za zamęt wśród garów i papierów. Sprawdzałaby Hannie zeszyty i łajała za kleksy i zagięte rogi, a Krzysiowi kazałaby układać klocki kolorami, a książki na półkach od najmniejszej do największej. Ale wniosłaby do ich dzieciństwa całą siebie i dałaby im to, czego nikt inny dać im nie może. Bo byłaby wyjątkową babcią, tak jak była wyjątkową córką, przyjaciółką, ciocią, żoną i mamą...

Z Ciotką Ulką i przyjacielem z dzieciństwa

piątek, 23 maja 2014

Pacyfikacja agresora

Trudna i nie do przyjęcia jest sytuacja, gdy nasze ukochane, najdroższe maleństwo staje się ofiarą agresji wśród rówieśników. Budzi to dylematy, co czynić i gdzie interweniować. U nauczycieli, u rodziców, czy też bezpośrednio wkroczyć między dzieci? Zagadnienie to dotykało mnie wielokrotnie, gdy jako dziecko bywałam zarówno ofiarą jak oprawcą. Teraz zaś, raz po raz ocieram się o temat w odniesieniu do własnych dzieci. Bywa, że dociera do mnie informacja o tym, że ktoś moje dziecko uderzył, ugryzł, popchnął lub dokuczał metodami słownymi. Są to jednak incydenty na tyle drobne, że można je uznać za normę. Nie da się przejść przez lata wspólnej edukacji bez doświadczenia złośliwości, uszczypliwości czy złości rówieśników. W niewielkich dawkach, takie przeżycia można nawet uznać za cenne. Mają wartość podobną do wirusów wprowadzanych do organizmu w formie szczepionki. Najlepiej przyswajamy wiedzę w sposób empiryczny, a reakcji na agresję także musimy się nauczyć. Mam na myśli oczywiście sprawy drobne i błache, które może i wywołają kilka łez, ale są ulotne i mijają bez śladu. Jako matka ofiary agresji mogę w takiej sytuacji ograniczyć działanie do:

1. Pocieszenia delikwenta, ukochania i ugłaskania (tego nigdy dość).
2. Podsunięcia mu na przyszłość adekwatnych reakcji, zgodnie z zasadami asertywności, omijając kodeks Hammurabiego szerokim łukiem.
3. Utwierdzenia go w poczuciu własnej wartości.

kopyto w kociowych getrach
Przykładem nich będzie sytuacja, w której Hanna wróciła do domu nieszczęśliwa, bo dwie koleżanki obszczekały jej nowe kociowe getry. Przyczyny nie znam, bo w Hannie getry budzą niezamienny zachwyt. Większość klasy także zwróciła na nie uwagę analizując wygląd i ilość kociąt na nogawach. Jednakowoż owe koleżanki (eh, od razu wiedziałam które, bo to nie pierwszy raz) były odmiennego zdania, uznając że to ciuch zupełnie beznadziejny, a już na pewno nie nadaje się na zajęcia taneczne i Hanna nie powinna ich na tańce nosić i w ogóle, że Hanna w nich wygląda okropnie. Ukochawszy i zdementowawszy, przekazałam zatem dziecku komunikat, iż noszone przez nią ubrania mają podobać się jej, a nie jej koleżankom, zaś atak nie miał żadnego podparcia w rzeczywistości, bo przecież innym kocury pasowały, a pani od tańców nie kwestionowała adekwatności jej ubioru. Uzyskała informację, że przy kolejnej takiej sytuacji ma przekazać, że nie życzy sobie komentowania jej stroju i że nie jest on sprawą rzeczonych koleżanek. Hanna uradowana i pełna zapału zanotowała sobie moje sugestie, by w wolnych chwilach uczyć się ich na pamięć i przy najbliższej okazji wykorzystać.

Jednak nie ta strona medalu jest podstawą moich dzisiejszych rozważań. Otóż o niebo trudniejszą i mocno konfudującą mnie sytuacją, jest postawienie mnie przez życie w roli matki agresora.

Z Hanną przypadek znamienny i potężny miał miejsce raz. W pierwszej klasie dziecko przyniosło ze szkoły uwagę, donoszącą chłodno acz uprzejmie, że dziewczę skopało kolegę na świetlicy szkolnej. Lekko mnie oszołomiła wiadomość, pobieżyłam zatem pędem wyjaśniać:

- A kogóż ty córciu skopałaś?
- Szymona - odparło beztrosko dziecko.
- Ale dlaczego? Przecież lubisz Szymona - dopytywałam. - Opowiedz jak to było.
- Mamusiu, Szymon siedział przy stole i rysował. I chciałam żeby się ze mną pobawił - wyjaśniało dziecko.
- I co było dalej? - drążyłam.
- No i on nie zwracał na mnie uwagi, bo był taki zajęty rysowaniem i wtedy go pokopałam.
- Ale dlaczego córciu? Nie mogłaś go spytać czy się z tobą pobawi?
- No nie,  bo mi się nie chciało...

Opadły mi wszystkie cztery kończyny, bo samych rąk brakło. Z trudem opanowałam rechot, mocno w tym momencie niestosowny wychowawczo, i wygłosiłam pogawędkę na temat tego, jak należy zagajać rozmowę z kolegami. No... jasny gwint! Kopać, bo jej się zapytać nie chce! Ale numer odbył się raz, został przypieczętowany skruchą, oblany łzami i więcej tak malowniczych uwag nie uświadczyłam. Uznać należy, że temat kopania kolegów jest zamknięty. Co innego grzmotnąć brata w ucho... Ale brat nie pozostaje jej dłużny i zagadnienie mam stale na oku, więc i upilnować łatwiej.

Znacznie większym wyzwaniem jest potwór mniejszy, który z zimną krwią i bez żadnych wyrzutów sumienia dokonuje czynów nagannych. Jakaś potrzeba wewnętrzna gna go w kierunku pacnięcia, grzmotnięcia, rąbnięcia, popchnięcia i tego typu beztroskiej aktywności. Widać to szczególnie w warunkach przedszkolnych. Już jako 3-latek z pierwszej grupy, dzidziuch i siusiumajtek odbywał ze mną takie pogawędki:

Ja: Krzysiu co robiłeś dziś w przedszkolu?
K:: Nie stałem w kącie.
Ja: O, to pięknie. Czyli byłeś dziś grzeczny. To co robiłeś?
K:: Siedziałem przy stoliku za karę.
Ja: Za karę? To co takiego zrobiłeś?
K: z dumą: Ubiłem Bartka.

Innym znów razem, dziecko już znacznie doroślejsze, bo po skończeniu lat 4, wziągnęło mnie w zachwycający dialog w drodze z przedszkola:

K: Mamusiu weź mnie na rączki.
Ja: No co ty, Krzysiu, przecież jesteś już duży. Na rączkach nosi się tylko dzidziusie ze żłobka.
K: Ale mnie tak nóżki bolą.
Ja: To co robiłeś w przedszkolu, że cię tak bolą?
K: Popychałem Kubę.
Ja: To bardzo nieładnie, że popychałeś. I od tego popychania cię bolą?
K: Nie, ale pani Kasia posadziła mnie za karę przy stoliku i od tego siedzenia tak mnie nóżki zabolały 

Po wnikliwej analizie tematu i zasięgnięciu języka okazało się, że nóżki bolą, bo w zimnej furii kopały stolik, przy którym przyszło łobuzowi siedzieć. Zrobiło mi się żal stolika. Dla nóżek zaś nie miałam litości i dowlokły się do domu o własnych siłach. 

Z powyższych przykładów wynika zatem, że Krzysztof bija. Nie powiem, że codziennie, że notorycznie i wytrwale, lecz napadowo, z rzadka i z zaskoczenia. "Bija" zatem, a nie "bije" i pragnę fakt ten wyraźnie zaznaczyć, żeby nie czynić z własnego syna potworniejszego potwora i większej zarazy niż w rzeczywistości. Czasem trafia na równego sobie gagatka i wraca z przedszkola ze śladami ukąszeń, z wyraźnie zaznaczonymi mlecznymi zębami, z zadrapaniami lub z siniakami. KIedyś zdarzyło mu się oberwać nawet od dziewczynki i jestem przekonana, że nie bez powodu. 

Jednakże jak by nie było, interakcje z elementami bijania są tępione, pogardzane i postponowane zarówno w przedszkolu jak i w domu. Przedszkolny ostracyzm objawia się w postaci, wpominanej już parokrotnie, czerwonej kropy na tablicy zachowań. Groza to straszna, bo redukuje zdobyte plusy do zera i oddala łapserdaka od zdobycia upragninego medalu za zachowanie. Medal wręczany jest najwytrwalszym kolekcjonerom plusów, zatem kropa jest jak plama na honorze, jak cios w serce, jak zrzucenie w otchłań bezplusowego tałatajstwa.

W domu bijanie oznacza redukcję przywilejów dnia bieżącego, traktowane jest jak poważne wykroczenie zamykające aż po czas snu rozkosze obcowania z komputerem, muzyką, słodyczami czy też innymi atrakcjami przypisanymi do danego dnia tygodnia. Dodatkowo ma miejsce krótka pogawędka zakończona oczekiwaniem na skruchę i zadośćuczynienie, które przybiera różnorakie postacie: całusów, utulań, wykonania dodatkowego zlecenia domowego lub namalowania laurki przeproszeniowej. Ale celem nie jest tu czyste ukaranie bijacza, lecz wskazanie mu jasno i wyraźnie, że bijanie sensu nie posiada, zwyczajnie się nie opyla i nie warto go praktykować.
Kumple od bijania

Czasem metoda działa, niekiedy jednak wszystko bierze w łeb. I oto w maju Krzysztof objawił się światu jako posiadacz aż dwóch czerwonych kropek. Obu za bijanie. Rzec by można - rekordzista. Ale cieszyć się nie ma czym. I przyszła za tym zaduma: jak działać, co czynić, aby łobuz łobuzerki zaniechał i wiódł żywot statecznego i spacyfikowanego obywatela bez grama złości w krwiobiegu? Nie bez powodu przecież ta złość wybucha, ale skoro w dziecku tkwi, jakieś ujście znaleźć jej trzeba. Bo to nie czyste zło, tylko brak panowania nad emocjami. I tyle. Zwykła nieumiejętność kontroli nad złością, która sama w sobie jest przecież czysto ludzka i naturalna. Tak często wybacza się ją dorosłym, a tak bardzo chciałoby się odebrać do niej prawo dzieciom. Z krzywdą dla wszystkich, bo tłumiona przecież nie znika. 

I znalazłam rozwiązanie zgoła genialne...

Skoro musi, potrzebuje, chce i lubi bijać - niech bija. Niech bije nawet. Choćby codziennie. Jeśli nie jest ważnym kogo bić, byle bić - ja mu mogę obiekt do tego dostarczyć. Tak postanowiłam i tak się stało. Kumpel do bijania, rozładowywacz złości i agresji, oczyszczacz o sile karharsis poddaje się biciu dość chętnie, można go naparzać bez ustanku. Sam także potrafi oprawcę nieźle skotłować. I zadowolony. Obaj zadowoleni. Walki odbywają się regularnie już od kilku dni, w ogródku lub w domu. Nam pozostaje tylko się nimi zachwycać i czekać na efekty. Czy pomysł zadziała? Czy wystarczy, by nadmiar złości i napięć wszelakich mógł spływać z Krzysztofa bez angażowania w to niewinnych kolegów z przedszkola? Okaże się za jakiś czas, ale jesteśmy pełni nadziei :)





wtorek, 20 maja 2014

Matka kwoka rozbija skorupkę

Jaka matka - takie dzieciństwo. Jaki ojciec - zapewne też, ale w tym zakresie moja odpowiedzialność jest mocno ograniczona. Na wychowanie go - szans już nie ma, na zmianę wyboru - za późno. Zresztą nie ma o czym gadać, tatuś jest całkiem do rzeczy i raczej z tych zaangażowanych w życie potomków. Na równi ze mną sieje i zbiera. Raz ziarno, raz pokrzywy.

Wracając do tematu matki... Czasem ogarnia mnie przerażenie, graniczące z paniką, gdy uzmysłowię sobie, jak bardzo moje poglądy, decyzje, słabości i humory wpływają na kształt dzieciństwa moich dzieci, a w dalszej perspektywie - na kształt ich osobowości, charakterów i doświadczeń. Nie sposób każdej decyzji rozważać, nie sposób każdego kroku przemyśleć. Bo wychowanie dziecka jest jak off road w czystej formie, w dodatku bez mapy i GPS-a. Logika walczy z instynktem i nigdy nie wiadomo, które rozwiązanie będzie dobre. Ale ostatecznie - nie ma matek perfekcyjnych, nie ma idealnych metod wychowawczych i nikt nie zdołał, jak dotąd, obok wzorca metra pod Paryżem, umieścić doskonałego wzorca dzieciństwa. Osobiście kieruję się trzema prostymi zasadami:

1. Dzieci się nie bije - to jasne i nie wymaga wyjaśnień. Absolutnie i bezwzględnie gardzę wymierzaniem kar cielesnych.

2. Dzieci się kocha. Mało tego - dzieciom się tę miłość okazuje. Niby
także jasne i banalne, ale ileż dzieci wychowuje się w poczuciu osamotnienia, bo to proste uczucie nie jest w dostateczny sposób manifestowane.

3. Dzieci nie wlecze się za sobą na siłę po znanych sobie ścieżkach, lecz podąża się krok za nimi, po ich własnych, bezdrożach i opłotkach. Co najwyżej można im poświecić pod nogami latarką, żeby nie wlazły w tzw. guano lub inne pułapki. Można też machnąć światłem na boki, żeby miały szanse dostrzec coś, co akurat udało im się przegapić, a warte jest uwagi.

4. Dzieci nie można stale chronić przed światem, zamykając je w klatce nadmiernej opieki i troski.

Tak to w skrócie wygląda i stanowi wynik połączenia mojego wykształcenia pedagogicznego, czystego instynktu i zbierania doświadczeń empirycznych na dwóch żywych organizmach, zwanych powszechnie potworami. Czy moje myślenie jest słuszne? Okaże się za minimum 15-20 lat i jakby co - na poprawki będzie za późno. Niestety bilet na kolejkę górską o nazwie "wychowanie dziecka" możemy kupić tylko raz. A kiedy mamy więcej dzieci - przybywa kolejek, a nie biletów. Eh, zawód - rodzic ma wiele z zawodu sapera. Tylko niewątpliwie gorzej jest opłacany.

Zatem pozwalam dzieciom iść z przodu i dorastać do kolejnych wyzwań w ich, a nie w moim, tempie. Ile mnie to kosztuje, tego ludzkie słowo opisać nie zdoła. Przykładem mogą być chociażby samodzielne powroty Hanny do domu. Otóż gnana wewnętrzną potrzebą samodzielności mała upiorzyca skończywszy lat osiem, zażyczyła sobie możliwości samodzielnych wędrówek po świecie. Wiek miał to znaczenie strategiczne, jako że po ósmych urodzinach właśnie, jej szkoła (na wniosek i za zgodą rodziców) wydaje identyfikatory - przepustki upoważniające dziecko do opuszczania szkoły bez nadzoru. Młodsze dziecko, choćby mieszkało w bloku obok, samo z placówki oświatowej nie wylezie i do domu nie wróci.

Hanna do przejechania ma 2 przystanki autobusem. Wykończona komplikacjami technicznymi związanymi ze zbieraniem rodziny do kupy w godzinach popołudniowych, uległam dziecięcemu pędowi do dorosłości. Nieco bowiem dobiły mnie pierwsze dwa lata jej szkoły, kiedy to telepałam się umiarkowanym - bo tramwajowym, pędem z pracy po małego potwora do żłobka/przedszkola, następnie z nim, deszcz nie deszcz, mróz nie mróz, autobusem po potwora większego. Zanim udawało mi się dowlec ich oboje do domu, byłam bliska zgonu, a co najmniej desperacji. Zwłaszcza, jeśli po drodze przyszło mi zaliczyć zakupy i wlec poza potworami masę innych tobołów. Stąd też straceńcza i desperacka decyzja, by dać folgę hanusinym zachciankom. Matka kwoka pomogła pisklęciu rozbić skorupkę i puściła na świat. I Hanna wraca. Za każdym razem dumna z siebie i zadowolona, ogromnie poważna i zdyscyplinowana, z niezwykłą dla niej dozą rozsądku w kieszeni. Przy czym dziecko jest zobowiązane, pod groźbą odebrania przywilejów różnorakich, do telefonowania do matki w chwili:

a) wyjścia ze szkoły,
b) dotarcia do przystanku,
c) wtargnięcia do autobusu,
d) dotarcia do domu (jeśli oczywiście nie ma w nim matki).

Całe szczęście, że mamy do siebie darmowe połączenia telefoniczne, bo przez te własne fanaberie poszłabym z torbami. Cóż w tym czasie czynię ja? Przede wszystkim siwieję ze strachu i obecnie widać to już wyraźnie. Ponadto, niczym kompletny imbecyl, wpatruję się jak sroka w gnat w wyświetlacz telefonu, bo przecie ona zaraz zadzwoni. Jeśli, w moim odczuciu, to zaraz się przedłuża, sama dzwonię do niej i gdy tylko przypadkiem nie odbiera (bo akurat wsiada, kasuje bilet czy włazi do domu), wpadam w rzetelną i niekontrolowaną panikę. Bezrozumnie i bez sensu. Dodam jeszcze, że na przestrzeni między szkołą a domem dziecko ma do pokonania z buta jedynie dwie uliczki osiedlowe. Żadnych wielkich skrzyżowań, przejść podziemnych czy innych niebezpiecznych miejsc. I tak oto ona sobie wesoło wędruje, a ja sobie siwiejąc wariuje od ponad pół roku. Na szczęście mam chwile oddechu w dniach, gdy kończy późno i ze szkoły zgarnia ją tatuś. Czy kiedyś przestanę panikować? Nie wiem. Ale dumna jestem z siebie, że jej pozwalam na te powroty, a z niej, że sobie z nimi tak doskonale radzi.

W zakresie powrotów numery odwaliła mi dwa. Pierwszy na samym początku. Wsiadła skubana do złego autobusu. Jak może porąbać się komuś 98 z 69? A jednak może. Otrzymałam wówczas zaszlochany telefon, że to autobus się pomylił i nie skręcił w lewo, tylko pojechał prosto i stoi pusty nie wiadomo gdzie. A pewnie, że stał, bo gdy wsiadała, miał już tylko jeden przystanek do krańcówki. Opanowawszy zdalnie dziecięcy szloch i wewnętrznie własną panikę, wysłałam dziecko do kierowcy, który nieświadom tragedii, cieszył się przerwą między trasami. Panienka, flikając nieco nosem, odbyła z panem pogawędkę, zapomniawszy rozłączyć mamunię, dzięki czemu usłyszałam jak kierowca elegancko wytłumaczył jej gdzie i jak ma iść, żeby dojechać pod podany przez nią adres. Bohaterka wysiadła, wykonała jakieś 30-40 kroków wstecz, po trasie autobusu i... znalazła się w miejscu znajomym, bo przejechany przystanek jest bardzo krótki. Już wyluzowana wróciła do punktu wyjścia i dalej, standardowym rytmem, przybyła do domu pełna dumy i rozchichotana. Ja, znacznie dłużej niż ona, dochodziłam do siebie po tych wstrząsających przeżyciach. 

Drugim numerem postawiła na nogi więcej osób. Otóż pewnego dnia, gdy beztrosko oddawałam się pracy zawodowej, zadzwoniła do mnie Ciocia Marzenka z pytaniem, czemuż to Hanna nie dotarła na lekcję śpiewu (ostatnią w rozkładzie szkolnego dnia). Ponieważ zmieniłam się natychmiast w wielki, spanikowany znak zapytania, Ciocia wraz z koleżanką Hani - Moniką dokonały przeszukania szkoły i odkrycia, że hannowa odzież zniknęła z szatni. Znaczy - Hanna ze szkoły wybyła. Ale jakże to wybyła? Telefonu nie było. Hanna, nie dość że nie zadzwoniła, to jeszcze nie odbierała moich natarczywych połączeń. Wyprysnęłam biegiem w kierunku domu, chrzaniąc obowiązki zawodowe. Na przystanku miotałam się jak dziki, rozjuszony bawół, w dodatku z telefonem przy uchu, bo ciągle liczyłam na to, że ona odbierze. Jak na złość ulica stała w korku. Ludzie patrzyli na mnie nieco dziwnie, ale co mnie to mogło obchodzić... Ja ZGUBIŁAM DZIECKO!!! Po nieprawdopodobnie długich trzech kwadransach, kiedy dojeżdżałam już autobusem do domu, zadzwoniła do mnie Ciocia Marzenka z informacją, że upiór koszmarny jest w domu. Zapomniała o śpiewie, zapomniała o telefonie, zapomniała o wszystkim, o czym można zapomnieć. Dobrze, że trafiła do domu, gdzie wreszcie ją olśniło i natychmiast rzuciła się telefonować do Cioci i przepraszać. Tylko do Cioci. Do matki oczywiście nie. Furia wyniosła mnie z autobusu na najbliższym przystanku. Pognałam jak wicher do przedszkola po Krzysztofa, a potem z nim na spacer. Łaziłam z godzinę, zanim uspokoiłam się jako tako na tyle, by mieć pewność, że nie wydrę się na nią od progu, tylko zdołam spokojnie z nią porozmawiać, wyjaśnić i uzmysłowić jak bardzo wystraszyła mnie i Ciocię. Straszne chwile. 

Niestety dorastania się nie zatrzyma. Trzeba będzie puszczać ją coraz dalej, coraz luźniej na smyczy, a później (o zgrozo!) pozwolić wyleźć ze skorupki także Krzysiowi. I chociaż cieszy mnie, że rosną, bywają chwile, gdy najchętniej wpakowałabym ich sobie spowrotem do brzucha. Ewentualnie w gondolę wózka.
Bo tylko wtedy miałam ich pod pełną kontrolą, tylko wtedy nie bałam się, że mi się zgubią, nie uszkodzą, nie ukrzywdzą z własnych czy cudzych rąk. Budzi się we mnie matka kwoka i muszę doprowadzać się wtedy do pionu, bo krótka pępowina to nie jest szczególnie dobry sposób na wychowanie. Może i jestem coraz bardziej siwa, ale w tej kwestii - jestem pewna, że mam rację.



środa, 14 maja 2014

Czy łóżko szpitalne gryzie? - czyli Hanna w szponach służby zdrowia

Ponieważ życiowych doświadczeń nigdy nie dość, świat w wydaniu majowym postanowił ukazać nam rąbek innej rzeczywistości. Tym samym stało się faktem zupełnie nowe, odmienne i niecodzienne wydanie Hanny - w odsłonie hospitalizacyjnej. W perspektywę życia szpitalnego niespodziewanie zapędził Hannę wtorkowy poranek. Hanna niepewnie acz spokojnie, pod czujnym okiem tatusia, poddawała się zabiegom medycznym, mamunia zaś, uwięziona w okowach zajęć służbowych, odchodziła od zmysłów z niepokoju. 

Hanna szpitalna tworzy historyjki o kotku
Szpitalny budynek, odremontowany, pachnący nowością, nie budził niepokoju. Hannę zalogowano na jasnej, ciepłej sali, tuż obok dziewczynki, która okazała się być jej rówieśnicą. Hanna zapakowana do łóżka i obdarzona kroplówką, pogoniła tatusia precz, do domu po niezbędne dla niej klamoty i utensylia higieniczno-rozrywkowe. Zapowiedziała, że będzie czytać i zaszyła się w książkę.

Tatuś precz poszedł, a gdy wrócił obarczon zamówionymi przedmiotami, dziecko jawiło się już w postaci bohatera. Bowiem pod jego nieobecność pobierano Hannie krew, która nie chciała płynąć i Hanna PRAWIE ZEMDLAŁA. Nie wiadomo z jakiego powodu, zdarzenie to prezentowane było przez nią jako wyjątkowo atrakcyjne. Może to z powodu tej wielkiej, dorosłej i jakże straceńczej odwagi. Bo przecież wydarzenie, nie przypieczętowane ani jedną łzą, nastąpiło pod nieobecność rodziców. W każdym razie Hanna z personelem medycznym zawarła sztamę i najwyraźniej jest z nim za pan brat. Dziś o poranku zasłyszałam nawet, jak przemiła salowa zza wschodniej granicy, śpiewną mową i łamaną polszczyzną udzielała Hannie porad ortograficznych podczas odrabiania zadań z języka polskiego. 

Zatem szpital okazał się nie być niczym strasznym. Hanna uparcie nazywała go "Hotelem" i trwała w postanowieniu traktowania tego czasu niczym wakacji. Takie kolonie, tylko zaburzone nieco zbyt częstymi wizytami rodziców, którzy zupełnie niepotrzebnie donosili lekcje do odrabiania. Koleżanka z sąsiedniego łóżka okazała się być równiachą, zatem w pełnej przyjaźni harcowały wspólnie po pokoju, w miejscu nie usiedziały ni chwili, urządzając konkursy śpiewu, tańca i rysowania. Nawet pod kroplówką nie zaprzestawały wędrówek, telepiąc się powoli w towarzystwie stojaka z całym oprzyrządowaniem. Hanna stanowczo odmówiła nocowania z nią w szpitalu, bo przecież będzie spać i o co w ogóle chodzi. Podgrandziła mi tylko telefon, bo w moim jest więcej gier i You Tube. A w szpitalu dostępna jest nawet sieć z Wi-fi. W korytarzu stała zaś magiczna szafa pełna gier, puzzli i wszelakich układanek, które zajmowały Hannie i jej towarzyszce całe godziny. Takie są bowiem teraz udogodnienia szpitalne dla chorych pędraków.

Ptak - aktor i jego twórczyni
Gdzież temu pobytowi do czasu sprzed ośmiu lat, gdy z rozdartym non stop roczniakiem, przyszło mi spędzić, w tym samym szpitalu, koszmarne dziesięć dni. W ciemnej, małej izolatce, nudzące się potwornie i ryczące na widok białego fartucha dziecko i okropnie zmęczona, śpiąca pod łóżeczkiem na podłodze, sfrustrowana i udręczona matka. I te czarowne chwile, kiedy wymieniano dziecku wenflon i 3 pielęgniarki nie dawały sobie rady. Dopiero dokooptowawszy dwóch rosłych studentów do pomocy, były w stanie opanować i unieruchomić potwora na tyle, by dobrać się do żyłki w pulchnej łapinie. A wrzaski drobnej dzieciny niosły się aż do zbiegu ulic marszałków, hen za szpitalnymi murami. 

A teraz? Cisza, opanowanie, bohaterstwo i pełna współpraca. Studenci owszem, też są. Zapewne już nie ci sami, ale niezwykle szarmanccy. Jeden z nich wparował na moich oczach do sali i przywitawszy się grzecznie, zadał elegancko pytanie: "I jak się panienki dzisiaj czują?". Panienki natychmiast rzuciły to, co je zajmowało i prężąc pierś i zarzucając kudłami elegancko i z wdziękiem odpowiadały, że dobrze, że wspaniale, że w zasadzie to nic im nie jest i czują się wyśmienicie. Po krótkiej pogawędce student grzecznie się pożegnał życząc im zdrowia i wyszedł z sali, zaś panienki usatysfakcjonowane tym urozmaiceniem, powróciły do swoich zajęć. Pełen szał i wersal.

Wycinek z przygód kota Feselka
Popołudniem, drugiego dnia szpitalnego, odwiedził wraz z nami Hannę stroskany i stęskniony brat. Mocno niepokoiła go istniejąca sytuacja, bo szpital zdawał mu się miejscem dość nieprzyjaznym. Tymczasem wparował w sam środek przygotowań do przedstawienia teatralnego o temacie ornitologicznym. Dziewczyny przygotowywały malowane ptaki - kukiełki, które miały pełnić rolę aktorów. Krzysztof chętnie dołączył się do prac plastycznych, malując dzieło zatytułowane: "Kuwetka dla kici". Rola jego pracy w przedstawieniu pozostała dotąd nieznana, wiemy jednak, że była ona nieodzowna. Dodatkowo, w antraktach ptasiego przedstawienia odbywała się twórczość literacka w postaci bazgranych w zeszycie historyjek o kocie Feselku (przykład na zdjęciu) i poezji trącającej horrorem o porażającej treści typu:

Kopernik
to był stary piernik.
Mieszkał w Toruniu
i miał kuku na muniu. 
Chrup, chrup, chrup
Teraz z niego trup.

Naszych wizyt, podobnie jak odwiedzin dziadków, Hanna prawie nie zauważa. Zajęta robotą, ledwo rzuca luźne cześć, w którym najważniejsze jest pytające spojrzenie: "Czy przynieśliście mi kisiel w termosie?". Bowiem właśnie kisielu, domowego, aksamitnego, słodkiego, najbardziej brakuje jej w tymczasowym miejscu pobytu. Gdy kisiel przynosimy, podczas audiencji panienka patrzy na nas nawet dość przychylnie, acz bez większego zainteresowania. Twardo odmawia wspólnego odrabiania lekcji, odkładając naukę na niewiadome później. W końcu najważniejsza jest sztuka, nawet jeśli przejawia się w postaci papierowego, ptasiego przedstawienia. I tylko jeden, niewielki i krótki epizod ze łzami i tulańcami w tle pozwala nam mniemać, że jednak wolałaby do domu. Dziś wieczorem, podczas obchodu, przemiły pan doktor oznajmił, że jeszcze dzień-dwa i ją wypisze. Pielęgniarki skwapliwie potwierdziły tę możliwość, donosząc doktorowi pospiesznie, że ta panna tańczy i śpiewa od rana do nocy, więc źle z nią nie jest. Jutro przed nami szpitalny dzień trzeci. Czy będzie równie aktywny jak dwa poprzednie? Tego nie wiem. Trzymamy się jednak tego doktorowego "dzień-dwa" i może jakoś wytrzymamy. Stanowczo i zdecydowanie wolę mieć ją w domu.


poniedziałek, 12 maja 2014

Teatrzyk na Facebooku

Od pewnego czasu gniecie mnie w różne części ciała myśl, że przecież nie każdy musi lubić nasz Teatrzyk. A skoro tak, to po co narzucać się z nim nachalnie i bez litości, pchać między oczy kolejne odsłony. Kto lubi - ten czyta, kto chce znaleźć - ten znajdzie. Dlatego postanowiłam odciąć pępowinę i od dziś Teatrzyk ma swoją własną, prywatną stronę na Facebooku. To za jej pośrednictwem będzie można śledzić kolejne wyzwania, jakie życie stawia dzieciom, a mnie stawiają dzieci. Zapraszam serdecznie ja i łase na publikę potwory :)

Jesteśmy tutaj: https://www.facebook.com/teatrzyknadwapotwory

Liczę po cichu, że dzięki temu nie uniknę miana naczelnego spamera wśród facebookowych znajomych. W końcu nie każdy lubi dziecięce klimaty. A nawet jak lubi, nie musi podobać mu się na naszej scenie. To oczywiste. 

Zatem potwory pakują manatki i wynoszą się z klockami, książkami, pluszakami i innymi rupieciami na inną przestrzeń wirtualną. Idą do swojego pokoju. Niech rezydują u siebie, choć wdzięczne miano Administratora wciąż piastuje i dzierży mamunia. I z łap nie wypuści, nie ma obawy. 

Na dziś tylko tyle. Przeprowadzka to moc roboty, jeszcze kilka pudeł zostało do zapakowania. A na świeżutko, do posłuchania i koniecznie do pochwalenia - wyśpiewane przez Hannę wczorajsze wyróżnienie w kwalifikacjach regionalnych Wygraj Sukces. W moich, zupełnie nieobiektywnych, oczach i uszach, mega postęp w porównaniu z nagraniami z marca (http://teatrzyknadwapotwory.blogspot.com/2014/03/solidne-podstawy-kariery-wokalnej.html). Coraz lepiej panienka radzi sobie bez słupa. Jeszcze trochę i będzie można skubańca w sali do śpiewu wyburzyć. Chociaż nie, on chyba jeszcze posiada moc nośną. Chyba nie tylko dla wokalistów go zbudowano ;).

Nie wiem czemu, ale ja jednak wolę Hannę, niż wszechobecną w necie kobietę z brodą :P

Słodki strach


Śpiewam i tańczę



sobota, 10 maja 2014

Dziecięce decyzje i wybory

Nie wszystkie dzieci są takie same. To jasne, oczywiste, to banał. Nie wszystkie dzieci lubią to samo. To także nie budzi wątpliwości. Dodatkowo dodałabym jeszcze stwierdzenie, że fakt iż dziecko lubi coś we wtorek, nie oznacza, że będzie lubić to w piątek. Zaś stanowcze veto z poniedziałku, może zmienić się w entuzjastyczną zgodę w sobotę. Ot, urok małolatów.

Głęboko jednakże jestem przekonana, że dziecięce wybory, poglądy i gusty należy szanować. W największym możliwym stopniu. Na ile się da. Jeśli tylko nie pozostają w sprzeczności ze zdrowym rozsądkiem i granicami naszych możliwości. Samodzielnie podejmowane decyzje nie tylko bawią i cieszą, nie tylko nobilitują dziecko w poważnym, dorosłym świecie, ale dodają wydarzeniu dostojeństwa obleczonego w ODPOWIEDZIALNOŚĆ za dokonany wybór. Z moich obserwacji i doświadczeń wynika także, że takie decyzje dłużej są przez dziecko respektowane niż te, które my - dorośli podejmujemy sami, w imię dobra potomka.

Zgodnie z powyższym, w modelu wychowania, jakiego usiłuję się trzymać pazurami i pełną mocą, jest pozwalanie dziecku na decydowanie o sobie w maksymalnym dostępnym zakresie. Wiele decyzji dzieci podejmują same, zaś te które podejmujemy my, są (w miarę możliwości) z dziećmi konsultowane. I tak, nawet słynne ograniczenie słodyczy do 2 dni tygodniowo zostało przez potwory zaakceptowane, zakontraktowane, klepnięte. W zamian otrzymały możliwość wyboru łakocia, jaki w dniu słodyczowym będą pożerać. Moim zdaniem uczciwie i z korzyścią dla obu stron.

Dlatego też chciałabym w tym miejscu podkreślić, że również kwestia niniejszego Teatrzyku, który (nie da się ukryć) upublicznia wizerunek moich dzieci, prezentując ich sukcesy i słabości, przygody, wypowiedzi i fotografie, została z dziećmi dokładnie omówiona. Uzyskałam ich zgodę na pisanie, nawet dość entuzjastyczną. Jestem jednakowoż przez bohaterów tych zapisków regularnie kontrolowana i strofowana, gdy coś im się nie podoba. Hanna czyta każdy post. Czyta sobie i Krzysiowi. Któregoś razu, przy takiej okazji, odbyłyśmy istotną strategicznie rozmowę:

- Mamo, ale trochę nas jednak przerabiasz - zarzuca mi córka podczas lektury.
- Co robię? - pytam zaskoczona.
- No zmieniasz. Tak dokładnie nie było. Wcale aż tacy nie jesteśmy - strzela krytyką między oczy.
- Ale ja was tak postrzegam - tłumaczę się niepewnie. - Poza tym wiesz, to jest teatrzyk, a nie prasa codzienna. Troszkę można was podmalować, ucharakteryzować, jak prawdziwych aktorów.
- No... chyba że tak - zgadza się po namyśle dziewczę i z zadowoleniem wraca do czytania.

Zatem uzyskałam prawo do lekkiego barwienia. Niewielkiego, tylko dla podkreślenia konturu. Opowieści na solidnych motywach - rzec by można. Bo i fikcja niepotrzebna, gdy oni sami tacy kolorowi. Jednakże oczywiście może się zdarzyć, że dana mi na czas nieokreślony zgoda, zostanie nagle cofnięta. Solidne, potężne veto, jak wypowiedzenie umowy o pracę, kopnie mnie w tyłek i będę zmuszona Teatrzyku zaniechać. Ba, może wystąpić oficjalna petycja o usunięcie go z sieci. I nie będzie innego wyjścia. Zaprzestanę lub usunę, bo przecież to ich święte prawo, aby decydować o tych publikacjach. Na szczęście tematów do pisania mam mnóstwo i pisać na inne tematy mi nie zabronią.

Hanna w roli Pani Haliny
Wracając do tematu decyzji, dzieci podejmują je na każdym kroku, poczynając od śniadania, a kończąc na nauce. To, że mogą wybrać, co chcą zjeść na śniadanie, nie oznacza oczywiście codziennego spożywania śmieciowych, słodkich płatków czy koszmarnej buły z serem i keczupem. Tak fajnie nie jest. Ale mogę dać im wybór między dwiema czy trzema konkretnymi propozycjami w menu. Dla mnie to żaden problem, oni zadowoleni, bo sami wybrali, a dodatkowo mam broń w ręku w przypadku fochów przy stole. Bo przecież sami chcieli to, co mają przed nosem, więc niech nie grymaszą. Niekiedy zmuszeni są podjąć decyzję wspólną (co chcą na obiad, albo czy wolą do parku czy na rower). Toczące się między nimi dyskusje są dla mnie budujące. Widzę bowiem, że uczy to ich nie tylko odpowiedzialności, ale też współpracy i sztuki argumentacji.

O samodzielnych decyzjach mogłabym pisać godzinami. Niekiedy zbiegają się one ze zjawiskiem buntu, barwnym i dużo bardziej atrakcyjnym. Z uwagi jednak na rozległość zagadnienia, przykłady spektakularnych awantur w tym zakresie pozostawię sobie na inną okazję. Wspomnę jedynie jeszcze, że to suwerenne decyzje dzieci zaważyły o ich dodatkowych, ale czasożernych  aktywnościach. Najpierw Hanna domagała się tańca. Od zarania dziejów, jeszcze w żłobku. Tańca, z którym my osobiście nigdy nie mieliśmy nic wspólnego. Tańca, który w życiu nie przyszedłby nam do głowy. I dostała taniec w postaci zespołu "Brzdąc" w DK "Ariadna". Następne decyzje poszły lawiną, zmiana zespołu na dojrzalsze i bardziej rozśpiewane "Kukułki", potem "Pędziwiatry" i dylemat - czy puścić do szkoły 6-latkę czy też zatrzymać ją w przedszkolu. W grę wchodził także wybór: szkoła muzyczna czy pędziwiatrowa klasa artystyczna w zwykłej podstawówce. Potem mnóstwo drobniejszych decyzji w zakresie śpiewu i tańca i wreszcie wybór instrumentu w popołudniowej szkole muzycznej. We wszystkich tych kwestiach ostateczne zdanie należało do Hani, choć otrzymała od nas komplet argumentacji za i przeciw.

Krzysztof w roli kierowcy wozu strażackiego
Można zarzucić nam oczywiście, że to za dużo na małą, kilkuletnią głowę, że to źle. Ale póki co, ten system działa, daje rezultaty i sprawdza się ku obopólnej uciesze dziecięcia i rodziców. Krzysztof także samodzielnie zadecydował o tym, że chce iść w ślady siostry. Zresztą podejmuje tę decyzję za każdym razem od nowa, gdy wychodzi z przedszkola i z jednej strony kusi go plac zabaw lub gra na konsoli, a z drugiej tańce. I różnie bywa, Krzysztof niekiedy toczy walkę sam z sobą, a mnie zdarza się wygłosić bandyckie stwierdzenie: "Dobrze, nie chcesz dziś na tańce, to pojedziemy tylko i powiemy cioci Edi, że ty już nie będziesz tańczył". I otóż okazuje się, że nie. Takie radykalne cięcie w grę nie wchodzi. Bo on chce, tylko nie teraz. Ostatnio nawet zaproponował: "Mamusiu, ja bym chciał pójść, ale jutro. Zrób tak, żeby dziś był piątek i dzień konsolowy, a jutro czwartek i dzień tańcowy". No przepraszam wielce, ale takich mocy jeszcze nie mam. Dziecko ostatecznie wybrało, poszło na tańce, choć było wielce nadęte. Boczył się do chwili, gdy nie zobaczył koleżanek ze swojej "klasy". Płeć piękna osłodziła mu ból wewnętrznego rozdarcia i z dziką radością potwór pogodził się z czwartkową rzeczywistością.

Podobne zdarzenie miało miejsce, jakiś miesiąc temu, z Hanną. Zadzwoniła do mnie ze szkoły, ogromnie zapłakana, szlochając w te słowa: "Mamo, bo tu jest wielki problem i MUSISZ go jakoś rozwiązać!" Spłoszona zaczęłam wyduszać z dziecka zeznania. Otóż okazało się, że odwołano zajęcia z tańca charakterystycznego, a kolejne zajęcia taneczne Hania ma dopiero za 2 godziny. I ja mam teraz natychmiast zrobić tak, żeby już było "za dwie godziny". Jasne. Bo ja jestem Hermiona Granger i mam zmieniacz czasu. Dziecko zostało szybciutko poinformowane, iż ma dwie opcje do wyboru: olać te drugie zajęcia i wrócić do domu albo znaleźć sobie na te 2 godziny jakąś sensowną robotę (zasugerowałam świetlicę szkolną, plac zabaw i bibliotekę). Obowiązkowa Hanna stanowczo sprzeciwiła się olaniu tańców i z chlipaniem zapowiedziała, że coś będzie organizować, acz w cierpieniu i ogólnym nieszczęściu. Bo 2 godziny to strasznie długo. Półtorej godziny później zadzwoniłam do niej na kontrolę. Siedziała wielce zadowolona w bibliotece, zaczytana we "W pustyni i w puszczy". Problem czekania przestał istnieć, spędziła czas zgodnie z własną wolą i zainteresowaniami, po czym wypoczęta i radosna pognała tańczyć. Czasem wystarczy tylko wskazać kierunek decyzji. Tak niewiele potrzeba.

Jakie będą ich dalsze wybory - nie wiem. Każde z nich może nagle stanąć okoniem do rzeczywistości i na przykład oświadczyć, że rzuca dotychczasowe zajęcia i od dziś będzie malować, grać w piłkę lub zgoła dziergać na drutach. I dobrze. Nam, rodzicom, nie pozostanie nic innego, jak przyjąć to grzecznie na klatę. Choć pewnie pozwolimy sobie w takiej sytuacji na rozwinięcie wachlarza argumentacji i zasugerujemy przyjęcie jakiegoś czasu na zastanowienie. Co by dziecię nie uległo chwili płochej i ulotnej i samo nie skazało się na lawinę życiowych błędów. W każdym razie, tak  czy siak, ostateczna decyzja należy do dziecka, a nam pozostaje jedynie iść za nim i towarzyszyć mu w decyzjach i tym, co przyniosą, na tyle, na ile nam pozwoli.

wtorek, 6 maja 2014

Męski folder muzyczny


Jest w domowym laptopie taki zakamarek, który należy wyłącznie do chłopaków. Opatrzony jest wszystko mówiącą nazwą: "Muzyka Pitera". Uprawnienia do korzystania z niego posiadają obaj: Piotr Tadeusz i Krzysztof Piotr, jako że obaj są Piterami. Dziewczynom od tego wara. Mogą najwyżej grzecznie poprosić, żeby któryś z Piterów coś włączył. Niniejszy post mając charakter retrospekcyjny, zawiera materiały zarówno aktualne, jak i historyczne - pozostające jednakże w ścisłym związku z tym właśnie, tajemniczym miejscem na twardym dysku.

Podstawa to dobry sprzęt
Folder "Muzyka Pitera" ma mniej więcej tyle lat, co Krzysztof Piotr. I jedną z pierwszych, opanowanych przez Krzysztofa umiejętności było dobieranie się do niego. Ćwiczył już w pieluchach. Jako 2-latek doskonale rozróżniał wszystkie piosenki po pierwszych taktach i domagał się włączania konkretnych, w określonej kolejności. Jako 3-latek sam wynajdował na liście interesujący go utwór. Jako 4-latek zaczął śpiewać niektóre z nich będąc poza zasięgiem laptopa. A tańczył do nich, odkąd opanował stanie. Jeszcze zanim zaczął porządnie chodzić. Folder ten został też, z racji poważnego uzależnienia odeń potwora, poprzenoszony na inne nośniki, aby był dostępny zawsze i wszędzie. Nawet w samochodzie. Bo nigdy nie wiadomo kiedy potrzeba muzycznego odlotu wzbierze w Krzysztofie i będzie domagała się ujścia.

I tak na przykład, nie sięgając daleko w przeszłość, w zeszły piątek, potwór ów wzbudził sensację i ogólną wesołość wśród turystów zwiedzających w Gdyni ORP "Błyskawica", gdy znienacka ryknął pełnym głosem: "It's a kind of magic, magic, magic..." Cud, że nie pospadali z pokładu w portowe wody. Innym razem powalił większość obecnych w przedszkolnej szatni rodziców, gdy sypnął z rana od progu otwierając z impetem drzwi wejściowe: "Czekam na wiatr, co rozgoni...". Zdarzyło się także mu kiedyś, w kolejce do marketowej kasy, zapodać Rammsteina intonując: "We are living in America, America, America.."

A poniżej moje ulubione, choć mocno archiwalne nagranie i prezentacją stosunku 2,5-letniego Krzysztofa do Adele i jej piosenki "Rolling in the deep" zwanej przez potwora "fotelem". Do tej pory służy mi jako antydepresant.




Krzysztof z ulubioną zabawką

"Muzyka Pitera" zawiera bowiem utwory w różnym stylu i języku, zamykające się we wszystko mówiącym określeniu "dziu, dziu, dziu", jakim mianował je Krzysztof, w zaraniu swojej elokwencji. Potwór słuchając ich i poddając się ich dźwiękom, rwie się nie tylko do tańca i śpiewu, ale także do grania. Przy czym instrumentarium ma od lat wybrane i niezmienne. Najpiękniejszym uzupełnieniem "Muzyki Pitera" jest bowiem gitara. Prawdziwa, zabawkowa, wyimaginowana lub stworzona z patyka, łopatki, miecza czy widelca. Grunt by szarpać druty i miotać rozwianymi kudłami. U tatusia daje się dostrzec podobne syndromy, z wyłączeniem miotania kudłami, z racji ich braku. Może właśnie dlatego wypadły, że niegdyś miotał. 


Absolutnie prawdziwa
Obaj, w drodze wyjątku, zgadzają się jedynie na wymianę gitary na gary, gdyż walenie w perkusję też jest super. I znów może być prawdziwa lub wyimaginowana, stworzona chociażby na wodzie (przykłady po bokach).
Wodna perkusja

Krzysztofa zaangażowanie w "Muzykę Pitera" z przyległościami oddaje barwny pogląd, który wygłosił kilka miesięcy temu, iż najfajniejsza bajka to koncert Pearl Jam-u. Bo Krzysztof odda wszystkie kreskówki świata za porządne, ostre "dziu, dziu, dziu". Inna muzyka jest wg Krzysztofa "rolmalnie słaba", choć ostatnio łamie się i zaczyna słuchać pędziwiatrowych hiciorów z koncertowych płyt. Ale grać coś musi zawsze. Ostatecznie, w chwilach izolacji od laptopa, Krzysztof akceptuje haniowego boomboxa lub zgoła telefon. Byle grało. Z telefonem właśnie zwykł chodzić na trampolinę, gdzie urządzają sobie z siostrą koncerty. Na szczęście mam cierpliwych sąsiadów i znoszą ze spokojem ich ryki.

Krzysztof marzy o własnym, nie dzielonym z innymi, dostawcy błogich dźwięków. Krzysztof chciałby posiadać swój sprzęt, który pozwoli na słuchanie muzyki. Aby nie trzeba było się prosić, aby nikt nie mógł mu odmówić, albo go zganić za zbyt uporczywe burzenie przestrzeni akustycznej. Choćby na słuchawkach, choćby po cichu, ale nic nie może się równać z osobnym, prywatnym "dziu, dziu, dziu". I zbliżające się, poważne i bardzo dorosłe piąte urodziny Krzysztofa, skłaniają mnie do rozważenia czy nie warto by tym marzeniom ulec. Może zyskałby na tym nie tylko on, ale i ja. Chwile absolutnej ciszy w naszym pokoju, gdy on u siebie, na swoich słuchawkach...

A żeby zaburzyć równowagę i spokój niniejszego posta, absolutnie aktualny i świeży zapis z ilustracji choreograficznej zaprezentowanej wczoraj przez Krzysztofa do "Love me tender". Mimo słabej jakości dźwięku, poraża dynamika tancerza. Wyraźnie widzę tu także naleciałości pędziwiatrowe :)


W odniesieniu do powyższego nagrania najlepsze okazały się odczucia, bezdzietnego jak dotąd, wujka - Adama G., który po dokonaniu oglądnięcia wydał z siebie 3 rzeczowe komentarze:

1) zmęczyłem się oglądając wygibasy.
2) Lepsze niż step up.
3) O.O czym się ładuje dzieci? Kokainą?

Dodam, że Krzysztof wuja serdecznie pozdrawia ;)

Szczęśliwie udało mi się wydrzeć laptopa ze szponów dwóch Piterów - syna i tatusia, dzięki czemu mogłam z wielką przyjemnością obsmarować zagadnienie muzyczne i dokończyć post. "Muzyki Pitera" nie tknęłam przy tym ani razu. W końcu ja nie Piter i nie "dziu dziu dziu" mi w głowie. Ja wolę to, co według Krzysztofa jest "rolmalnie słabe" lub "rolmalnie nuuuuuda". Męski folder pozostaje zatem matczyną uwagą nieskażony :)

I wspomniana, wirtualna gitara...

poniedziałek, 5 maja 2014

Potwory morskie - czyli obfita relacja z majówkowej podróży

Od 2 miesięcy planowaliśmy majówkowy wyjazd do Krakowa. Zastanawialiśmy się co zwiedzić, co pokazać potworom, a z czym jeszcze zaczekać jak podrosną, gdzie ich przegonić, żeby się umęczyli, a gdzie  ich wybawić, żeby mieli radochę. Ustalaliśmy trasę wycieczki i szczegóły dotyczące noclegów. I tak oto...
...znaleźliśmy się w Gdańsku. Bowiem jak wszyscy wiedzą - Gdańsk i Kraków dwa bratanki... Zatem różnica niewielkiego kalibru. Ze smoka wawelskiego nici, ale niosła nas nadzieja, że może uda się zaliczyć kilka nadmorskich atrakcji. A już lizaki na Starym Mieście w szczególności. Koniecznie. Aby tradycji stało się zadość. 

Gdańsk bowiem nie jest dla potworów nowością. Doświadczyły go już dwa lata temu na podobnej, majówkowej wyprawie. Z tą tylko drobną różnicą, że wówczas nie pałętał się po temacie Kraków. No i potwory miały mniejsze rączki, nóżki i rozumki - przynajmniej na pierwszy rzut oka. 

Porzuciwszy bety, w skazanym na naszą sześciodniową obecność lokalu, ruszyliśmy na podbój wybrzeża. Pogoda początkowo usiłowała umówić nam, że to nie koniec kwietnia, a co najmniej czerwiec. Słonko grzało, morze jak zupa, piach lśniący, miękki i ciepły. Potwory rzuciły się w wir przygody i usiłowały maksymalnie szybko zryć całą plażę niczym małe buldożery. Zryć bez narzędzi, bo z niewiadomych przyczyn odmówiły zabrania z domu akcesoriów piaskowych. Ale od czegóż ma się szpony... Uzyskawszy zgodę na utaplanie zadnich łap do kostek, potwory poczęły doświadczać także wodowania. I wówczas ujawniła się ciekawostka anatomiczna, gdyż okazało się, że mają owe kostki mniej więcej w okolicach, gdzie standardowo się zaczyna zadek. Ofuknięte niechętnie przeniosły kostki w okolice kolan. Postanowiliśmy niedowidzieć w tym względzie, póki koszulki były w miarę suche. Nie trwało to długo. Wykopali dół tuż przy wodzie, otoczyli go potężnym wałem piachu, na którym przy pierwszej nadarzającej się okazji Krzysztof runął jak długi. W upadłym dziecku mokre były nawet okulary. Nim zaradna matka przebrała potwora w suche, starsza siostrzyczka pod pozorem mycia rąk z piasku poddała się fali i zamoczyła swą część frontową i tym samym wygenerowała konieczność przebrania drugiego potwora w suche. Wszystko wskazywało na to, że za chwilę cała zabawa powtórzy się od nowa, zatem tatuś zarządził spacer do Sopotu. Użył przy tym sprytnego kłamstewka, że na całe Trójmiasto tylko w Sopocie są gofry. W Gdańsku gofra nie uświadczysz. Potwory dały się podpuścić i przewlec plażą do sopockiego molo skromne 6 kilometrów. 

Franek
W czasie spaceru do gofrów nastąpiły dwa atrakcyjne wydarzenia. Krzysztof zarył w wodę ponownie, tym razem przełażąc przez Potok Oliwski. Otrzymał ostatni, suchy zestaw odzieży i został brutalnie poinformowany, że kolejna jego przebiórka nastąpi w hannowe, babskie łaszki. Drugą atrakcją było spotkanie ucieleśnionego, zupełnie prawdziwego Franka, który bezczelnie wyrwał Krzysztofowi z garści jego wyszukany, idealny, najlepszy na świecie patyk i pognał z nim w siną dal. Krzysztof przeraził się Franka potężnie. Hanna tymczasem Frankiem się zachwyciła i udało jej się go przekonać do oddania Krzysztofowi patyka. Franek nie był bowiem tym razem, jak zawsze, bratem-na-niby, lecz z krwi i kości psią petardą energii, młodą, przepiękną i po psiemu roześmianą. I na serio, jak bum cyk cyk miał na imię Franek.

Po pożarciu gofrów i wypapraniu nimi, przez Krzysztofa, trzeciego w tym dniu zestawu konfekcji, ruszyliśmy dziarsko w powrotne 6 kilometrów do Gdańska. I tu znów spotkały nas interesujące zjawiska, tym razem z zakresu leksykologii. Najpierw Krzysztof podejrzanym skrzekiem, z dumą oznajmił: "Mam rypę". "Rypa" okazała się prawdziwa i dość zabawna, choć już po zakątkach czaszki telepał mi się niepokój, że oto nadchodzi zapalenie gardła lub krtani. Posiadacz "rypy" wypierał się jednak dolegliwości bólowych i twardo twierdził, że to dlatego, że chodził "na boska". Fakt, po plaży latał "na boska", buciory porzuciwszy na samym wstępie. Pod koniec spaceru zaś Krzysztof dobił nas ostatecznie odbywszy ze mną taką oto rozmowę:

- Ja już nie mogę iść.
- A czemuż to synku? - spytałam z troską.
- Bo moje serce mruga nosem!

No struchlałam. Słyszał ktoś kiedyś o takiej przypadłości medycznej? Mocno niepokojące. Objawiało się to zwieszoną głową, zgarbieniem tułowia, smętnym zwisaniem kończyn górnych i jeszcze smętniejszym powłóczeniem kończynami dolnymi. Mimo dolegliwości sercowych udało się jednak doholować Krzysztofa do miejsca odpoczynku i na tym zakończył się wyprawy dzień pierwszy.

Dzień drugi przyniósł kontynuację "rypy" i plaży, przy czym Krzysztof zrezygnował z wodowania ograniczając swawolę do latania "na boska". Hanna zapuszczała w nogach błony pławne nie wychodząc z wody po kostki (tym razem umieszczone były od razu grzecznie - koło kolan, bo było chłodniej i zerwał się wiatr). Popołudniem zaś zaatakowaliśmy Stare Miasto, począwszy od znanych gdańskich zabytków, a skończywszy na Manufakturze Słodyczy, do której ciągnęło potwory niczym magnes. Miejsce wspaniałe, bo nie dość, że można w ciućkach i lizakach wybierać i grymasić, nie dość, że kolorów i smaków tam bez liku, to jeszcze możliwym jest ujrzeć na własne oczy, jak owe słodkości powstają. A to już jest frajda ponad miarę. Wszystkie łakocie ręcznie robione. Zatem, gdy udało nam się wywlec dzieci na ulicę, byliśmy znacznie ubożsi w gotówkę i obarczeni torbą pełną ciućków. Każde z potworów dzierżyło w garści po wielkim, lśniącym lizaku. Tymczasem na ulicy Mariackiej "rypiący", tudzież (jak mówiła Hanna) "porypany" Krzysztof zażyczył sobie zatelefonować do babci. Spodziewałam się, że dzieciątko chce babuni przekazać wrażenia z wojaży. A tu niespodzianka. Rozmowę słyszałam jednostronnie, jednakże brzmiała mniej więcej tak:

- Dzień dobry babciu. Jest taka sprawa. Za dwa miesiące są moje urodziny, więc chciałbym żebyśmy sobie porozmawiali w kwestii tortu. 

Babcia, wzięta znienacka, przyjęła zamówienie na tort gitarowy. Teraz wystarczy poczekać do lipca. Krzysztof usatysfakcjonowany, istotnymi dlań ustaleniami, odmówił wkrótce marszu i doświadczył zaszczytu pójścia do tatusia na barana, który też już powłóczył nogami. Szedł niezbyt dziarsko, zatem z wysokości bystre dziecko raczyło skomentować przebijając się "rypą" przez tłum: "Patrzcie, idzie zdechły, łysy koń!". Tak właśnie kochający synuś podsumował tatusia.

Hanna na Starym Mieście popisała się tylko raz. Edukowana przez tatusia - zdechłego, łysego konia - w zakresie pochodzenia nazw okolicznych ulic, zaskoczyła nas przy ulicy Garbarskiej. Wykonawszy malownicze przodozgięcie stwierdziła, że tu mieszkali ludzie, którzy mieli garby. W sumie logicznego myślenia odmówić jej nie można. Ale ubawiła i siebie i nas.

Trzeciego dnia potwory popsuły kasy biletowe na zamku w Malborku. Skoro bowiem zaawansowani wiekiem przewodnicy twierdzili, że takiej awarii komputerów nigdy tam nie widzieli, a potwory zjawiły się w Malborku po raz pierwszy - wniosek jest prosty. A katastrofa nastąpiła natychmiast po tym, gdy ustawiliśmy się w kolejce. Władze muzeum postanowiły udostępnić turystom zamek bezpłatnie, dzięki czemu zaoszczędziwszy stówkę oddaliśmy się radośnie 3,5-godzinnemu skokowi w średniowiecze. Dzieci zniosły to mężnie. Hanna nie odstępowała pani przewodnik na krok, spijając niemal słowa z jej ust i zadając uporczywie kłopotliwe pytania o detale, które miały miejsce dwie-trzy sale wcześniej. Największym zachwytem pałała przy wystawie bursztynu. Krzysztof interesował się zabytkami napadowo, w chwilach przerwy jednak szalał umiarkowanie i szło nawet z nim wytrzymać. Jego uwagę przykuł głównie oręż: szable, miecze, arkebuzy i pistolety oraz wszelaka forsa czyli numizmaty. Za to w nosie miał detale architektury.

Po zwiedzaniu nastąpiła dzika awantura o pamiątki. Żadne nie potrafiło się zdecydować, co chciałoby kupić: łuk, szablę, hełm czy coś jeszcze innego. Gdy zawężono zainteresowanie do mieczy, potwory usiłowały nabyć wielkie katowskie klabzdrony, których nie były w stanie utrzymać w ręku. Dopiero wyjaśnienie, że porządnemu rycerzowi miecz sięga nie wyżej niż do pępka, rozwiązało sprawę. Mierzyli do pępków, twardo zadzierając koszulki i bawiąc tym wszystkich dookoła. Hanna weszła w posiadanie miecza polskiego, zaś Krzysztof - krzyżackiego i od tej chwili, aż do powrotu do domu, toczyła się zażarta bitwa pod Grunwaldem. W antraktach, między kolejnymi starciami, rozgrywano przedstawienie o "Dwóch Śmiesznych Mieczykach" lub też przekształcano oręż w instrumenty muzyczne: gitary, skrzypce, pałki od perkusji. Bywały też miecze bronią palną, a nawet małymi, uroczymi kotkami. Obłęd po prostu.



Sam Malbork zaś zaznaczył się dodatkową dawką emocji w postaci parku ruchomych dinozaurów, które Krzyś uporczywie nazywa "dinożarłami". Same dinożarły były rewelacyjne, bo nie tylko się ruszały, ale i mruczały złowieszczo (wg Krzysztofa - "ryczyły"). Niby się wiedziało, że nie są prawdziwe, ale... ale... Krzysztof wolał nie dotykać. Za to plac zabaw w parku - to jeden z najlepszych jakie widziałam. Godziny rozrywki murowane.



Z atrakcji turystycznych, w kolejnych dniach, potwory odwiedziły jeszcze port w Gdyni, a w nim Akwarium i ORP "Błyskawica". Walory edukacyjne, zarówno historyczne, jak i zoologiczne, zostały przez rodzicieli w stosownych dawkach wtłoczone do ich rozumów. Ciekawe jak długo tam pozostaną. Potężny wicher i dość sztormowa pogoda ograniczyły szaleństwa plenerowe i pchały nas do pomieszczeń.


Dodatkowo w Gdyni na pierwszy plan wybił się problem z Glutem. Dzieci obdarzone własną gotówką dokonywały bowiem samodzielnych, nie zawsze rozsądnych zakupów. I tak Hanna, w ramach pamiątki, z niewiadomych przyczyn, nabyła fioletowego Gluta. Był on mazią przebrzydłą, chłodną i wilgotną, którą z lubością ugniatała i międliła z niezrozumiałych celach. Krzysztof, nabywszy coś innego, ogromnie jej owego cudu zazdrościł. Tajemnicze przeznaczenie Gluta pozostało dla nas do końca nieznane, choć niepokój wzbudził, zauważony przez rodzicieli, napis na opakowaniu: "Masa pierdząca". Właścicielka Gluta napisu przed nabyciem oczywiście nie przeczytała, ale zupełnie nie zraziła jej tematyka. Glut stał się na następne 2 dni najpiękniejszą zabawką świata... do czasu, gdy nie wkleił się samoczynnie w ręcznik, Hanny torebkę i porzucone w niej luzem 10 zł oraz materac, na którym Hanna spała. Sam się wkleił, innych winnych nie wykryto. Hanna zmuszona do prania i czyszczenia straciła serce do Gluta i tylko kilka łez uroniła, gdy tatuś uroczyście wywalił badziewie do śmieci.



Nie sposób nie wspomnieć na koniec o akcji zbierania bursztynów na Wyspie Sobieszewskiej. Przy okazji zaznaczam, że Hanna nie chciała wierzyć, że to wyspa i trzeba było w tej sprawie podeprzeć się autorytetem mapy. Bursztyn lśnił wśród morskiego bałaganu posztormowego i kusił. Łup zbieraczy został dokładnie udokumentowany. Stosowano podczas pracy różne techniki: tradycyjne grzebanie w nadmorskich śmietkach, jak i skomplikowane figury gimnastyczne podszyte nadzieją, że bursztyn sam wejdzie w ręce. W każdym razie plażę opuszczono z lśniącym miodowo łupem i to się liczy.




Powrót do domu uczczony został dwoma godzinnymi korkami na autostradzie, podczas których jedno dziecię pilnowało mapy, zaś drugie napawało się dźwiękami Pearl Jam-u aż do zupełnego odlotu. Wyprawę zaliczono do udanych. Mówi się, że podróże kształcą. Nie mówi się jednak, co kształcą. W dzieciach zapewne kształcą wrażliwość na sztukę, historię, przyrodę oraz generują rozwój metodologii naciągactwa przy budkach z goframi i stoiskach pamiątkarskich. W rodzicach podróże kształcą nieprzebrane masy cierpliwości i zmysł szybkiego wyławiania z tłumu i nieznanego otoczenia własnych, osobistych potworów. Ale uff... Udało się ich nie pogubić, nie uszkodzić, a może nawet czegoś nauczyć. Wracamy do codzienności odliczając dni do wakacji i kolejnych wędrówek :)