Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gdańsk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gdańsk. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 5 maja 2014

Potwory morskie - czyli obfita relacja z majówkowej podróży

Od 2 miesięcy planowaliśmy majówkowy wyjazd do Krakowa. Zastanawialiśmy się co zwiedzić, co pokazać potworom, a z czym jeszcze zaczekać jak podrosną, gdzie ich przegonić, żeby się umęczyli, a gdzie  ich wybawić, żeby mieli radochę. Ustalaliśmy trasę wycieczki i szczegóły dotyczące noclegów. I tak oto...
...znaleźliśmy się w Gdańsku. Bowiem jak wszyscy wiedzą - Gdańsk i Kraków dwa bratanki... Zatem różnica niewielkiego kalibru. Ze smoka wawelskiego nici, ale niosła nas nadzieja, że może uda się zaliczyć kilka nadmorskich atrakcji. A już lizaki na Starym Mieście w szczególności. Koniecznie. Aby tradycji stało się zadość. 

Gdańsk bowiem nie jest dla potworów nowością. Doświadczyły go już dwa lata temu na podobnej, majówkowej wyprawie. Z tą tylko drobną różnicą, że wówczas nie pałętał się po temacie Kraków. No i potwory miały mniejsze rączki, nóżki i rozumki - przynajmniej na pierwszy rzut oka. 

Porzuciwszy bety, w skazanym na naszą sześciodniową obecność lokalu, ruszyliśmy na podbój wybrzeża. Pogoda początkowo usiłowała umówić nam, że to nie koniec kwietnia, a co najmniej czerwiec. Słonko grzało, morze jak zupa, piach lśniący, miękki i ciepły. Potwory rzuciły się w wir przygody i usiłowały maksymalnie szybko zryć całą plażę niczym małe buldożery. Zryć bez narzędzi, bo z niewiadomych przyczyn odmówiły zabrania z domu akcesoriów piaskowych. Ale od czegóż ma się szpony... Uzyskawszy zgodę na utaplanie zadnich łap do kostek, potwory poczęły doświadczać także wodowania. I wówczas ujawniła się ciekawostka anatomiczna, gdyż okazało się, że mają owe kostki mniej więcej w okolicach, gdzie standardowo się zaczyna zadek. Ofuknięte niechętnie przeniosły kostki w okolice kolan. Postanowiliśmy niedowidzieć w tym względzie, póki koszulki były w miarę suche. Nie trwało to długo. Wykopali dół tuż przy wodzie, otoczyli go potężnym wałem piachu, na którym przy pierwszej nadarzającej się okazji Krzysztof runął jak długi. W upadłym dziecku mokre były nawet okulary. Nim zaradna matka przebrała potwora w suche, starsza siostrzyczka pod pozorem mycia rąk z piasku poddała się fali i zamoczyła swą część frontową i tym samym wygenerowała konieczność przebrania drugiego potwora w suche. Wszystko wskazywało na to, że za chwilę cała zabawa powtórzy się od nowa, zatem tatuś zarządził spacer do Sopotu. Użył przy tym sprytnego kłamstewka, że na całe Trójmiasto tylko w Sopocie są gofry. W Gdańsku gofra nie uświadczysz. Potwory dały się podpuścić i przewlec plażą do sopockiego molo skromne 6 kilometrów. 

Franek
W czasie spaceru do gofrów nastąpiły dwa atrakcyjne wydarzenia. Krzysztof zarył w wodę ponownie, tym razem przełażąc przez Potok Oliwski. Otrzymał ostatni, suchy zestaw odzieży i został brutalnie poinformowany, że kolejna jego przebiórka nastąpi w hannowe, babskie łaszki. Drugą atrakcją było spotkanie ucieleśnionego, zupełnie prawdziwego Franka, który bezczelnie wyrwał Krzysztofowi z garści jego wyszukany, idealny, najlepszy na świecie patyk i pognał z nim w siną dal. Krzysztof przeraził się Franka potężnie. Hanna tymczasem Frankiem się zachwyciła i udało jej się go przekonać do oddania Krzysztofowi patyka. Franek nie był bowiem tym razem, jak zawsze, bratem-na-niby, lecz z krwi i kości psią petardą energii, młodą, przepiękną i po psiemu roześmianą. I na serio, jak bum cyk cyk miał na imię Franek.

Po pożarciu gofrów i wypapraniu nimi, przez Krzysztofa, trzeciego w tym dniu zestawu konfekcji, ruszyliśmy dziarsko w powrotne 6 kilometrów do Gdańska. I tu znów spotkały nas interesujące zjawiska, tym razem z zakresu leksykologii. Najpierw Krzysztof podejrzanym skrzekiem, z dumą oznajmił: "Mam rypę". "Rypa" okazała się prawdziwa i dość zabawna, choć już po zakątkach czaszki telepał mi się niepokój, że oto nadchodzi zapalenie gardła lub krtani. Posiadacz "rypy" wypierał się jednak dolegliwości bólowych i twardo twierdził, że to dlatego, że chodził "na boska". Fakt, po plaży latał "na boska", buciory porzuciwszy na samym wstępie. Pod koniec spaceru zaś Krzysztof dobił nas ostatecznie odbywszy ze mną taką oto rozmowę:

- Ja już nie mogę iść.
- A czemuż to synku? - spytałam z troską.
- Bo moje serce mruga nosem!

No struchlałam. Słyszał ktoś kiedyś o takiej przypadłości medycznej? Mocno niepokojące. Objawiało się to zwieszoną głową, zgarbieniem tułowia, smętnym zwisaniem kończyn górnych i jeszcze smętniejszym powłóczeniem kończynami dolnymi. Mimo dolegliwości sercowych udało się jednak doholować Krzysztofa do miejsca odpoczynku i na tym zakończył się wyprawy dzień pierwszy.

Dzień drugi przyniósł kontynuację "rypy" i plaży, przy czym Krzysztof zrezygnował z wodowania ograniczając swawolę do latania "na boska". Hanna zapuszczała w nogach błony pławne nie wychodząc z wody po kostki (tym razem umieszczone były od razu grzecznie - koło kolan, bo było chłodniej i zerwał się wiatr). Popołudniem zaś zaatakowaliśmy Stare Miasto, począwszy od znanych gdańskich zabytków, a skończywszy na Manufakturze Słodyczy, do której ciągnęło potwory niczym magnes. Miejsce wspaniałe, bo nie dość, że można w ciućkach i lizakach wybierać i grymasić, nie dość, że kolorów i smaków tam bez liku, to jeszcze możliwym jest ujrzeć na własne oczy, jak owe słodkości powstają. A to już jest frajda ponad miarę. Wszystkie łakocie ręcznie robione. Zatem, gdy udało nam się wywlec dzieci na ulicę, byliśmy znacznie ubożsi w gotówkę i obarczeni torbą pełną ciućków. Każde z potworów dzierżyło w garści po wielkim, lśniącym lizaku. Tymczasem na ulicy Mariackiej "rypiący", tudzież (jak mówiła Hanna) "porypany" Krzysztof zażyczył sobie zatelefonować do babci. Spodziewałam się, że dzieciątko chce babuni przekazać wrażenia z wojaży. A tu niespodzianka. Rozmowę słyszałam jednostronnie, jednakże brzmiała mniej więcej tak:

- Dzień dobry babciu. Jest taka sprawa. Za dwa miesiące są moje urodziny, więc chciałbym żebyśmy sobie porozmawiali w kwestii tortu. 

Babcia, wzięta znienacka, przyjęła zamówienie na tort gitarowy. Teraz wystarczy poczekać do lipca. Krzysztof usatysfakcjonowany, istotnymi dlań ustaleniami, odmówił wkrótce marszu i doświadczył zaszczytu pójścia do tatusia na barana, który też już powłóczył nogami. Szedł niezbyt dziarsko, zatem z wysokości bystre dziecko raczyło skomentować przebijając się "rypą" przez tłum: "Patrzcie, idzie zdechły, łysy koń!". Tak właśnie kochający synuś podsumował tatusia.

Hanna na Starym Mieście popisała się tylko raz. Edukowana przez tatusia - zdechłego, łysego konia - w zakresie pochodzenia nazw okolicznych ulic, zaskoczyła nas przy ulicy Garbarskiej. Wykonawszy malownicze przodozgięcie stwierdziła, że tu mieszkali ludzie, którzy mieli garby. W sumie logicznego myślenia odmówić jej nie można. Ale ubawiła i siebie i nas.

Trzeciego dnia potwory popsuły kasy biletowe na zamku w Malborku. Skoro bowiem zaawansowani wiekiem przewodnicy twierdzili, że takiej awarii komputerów nigdy tam nie widzieli, a potwory zjawiły się w Malborku po raz pierwszy - wniosek jest prosty. A katastrofa nastąpiła natychmiast po tym, gdy ustawiliśmy się w kolejce. Władze muzeum postanowiły udostępnić turystom zamek bezpłatnie, dzięki czemu zaoszczędziwszy stówkę oddaliśmy się radośnie 3,5-godzinnemu skokowi w średniowiecze. Dzieci zniosły to mężnie. Hanna nie odstępowała pani przewodnik na krok, spijając niemal słowa z jej ust i zadając uporczywie kłopotliwe pytania o detale, które miały miejsce dwie-trzy sale wcześniej. Największym zachwytem pałała przy wystawie bursztynu. Krzysztof interesował się zabytkami napadowo, w chwilach przerwy jednak szalał umiarkowanie i szło nawet z nim wytrzymać. Jego uwagę przykuł głównie oręż: szable, miecze, arkebuzy i pistolety oraz wszelaka forsa czyli numizmaty. Za to w nosie miał detale architektury.

Po zwiedzaniu nastąpiła dzika awantura o pamiątki. Żadne nie potrafiło się zdecydować, co chciałoby kupić: łuk, szablę, hełm czy coś jeszcze innego. Gdy zawężono zainteresowanie do mieczy, potwory usiłowały nabyć wielkie katowskie klabzdrony, których nie były w stanie utrzymać w ręku. Dopiero wyjaśnienie, że porządnemu rycerzowi miecz sięga nie wyżej niż do pępka, rozwiązało sprawę. Mierzyli do pępków, twardo zadzierając koszulki i bawiąc tym wszystkich dookoła. Hanna weszła w posiadanie miecza polskiego, zaś Krzysztof - krzyżackiego i od tej chwili, aż do powrotu do domu, toczyła się zażarta bitwa pod Grunwaldem. W antraktach, między kolejnymi starciami, rozgrywano przedstawienie o "Dwóch Śmiesznych Mieczykach" lub też przekształcano oręż w instrumenty muzyczne: gitary, skrzypce, pałki od perkusji. Bywały też miecze bronią palną, a nawet małymi, uroczymi kotkami. Obłęd po prostu.



Sam Malbork zaś zaznaczył się dodatkową dawką emocji w postaci parku ruchomych dinozaurów, które Krzyś uporczywie nazywa "dinożarłami". Same dinożarły były rewelacyjne, bo nie tylko się ruszały, ale i mruczały złowieszczo (wg Krzysztofa - "ryczyły"). Niby się wiedziało, że nie są prawdziwe, ale... ale... Krzysztof wolał nie dotykać. Za to plac zabaw w parku - to jeden z najlepszych jakie widziałam. Godziny rozrywki murowane.



Z atrakcji turystycznych, w kolejnych dniach, potwory odwiedziły jeszcze port w Gdyni, a w nim Akwarium i ORP "Błyskawica". Walory edukacyjne, zarówno historyczne, jak i zoologiczne, zostały przez rodzicieli w stosownych dawkach wtłoczone do ich rozumów. Ciekawe jak długo tam pozostaną. Potężny wicher i dość sztormowa pogoda ograniczyły szaleństwa plenerowe i pchały nas do pomieszczeń.


Dodatkowo w Gdyni na pierwszy plan wybił się problem z Glutem. Dzieci obdarzone własną gotówką dokonywały bowiem samodzielnych, nie zawsze rozsądnych zakupów. I tak Hanna, w ramach pamiątki, z niewiadomych przyczyn, nabyła fioletowego Gluta. Był on mazią przebrzydłą, chłodną i wilgotną, którą z lubością ugniatała i międliła z niezrozumiałych celach. Krzysztof, nabywszy coś innego, ogromnie jej owego cudu zazdrościł. Tajemnicze przeznaczenie Gluta pozostało dla nas do końca nieznane, choć niepokój wzbudził, zauważony przez rodzicieli, napis na opakowaniu: "Masa pierdząca". Właścicielka Gluta napisu przed nabyciem oczywiście nie przeczytała, ale zupełnie nie zraziła jej tematyka. Glut stał się na następne 2 dni najpiękniejszą zabawką świata... do czasu, gdy nie wkleił się samoczynnie w ręcznik, Hanny torebkę i porzucone w niej luzem 10 zł oraz materac, na którym Hanna spała. Sam się wkleił, innych winnych nie wykryto. Hanna zmuszona do prania i czyszczenia straciła serce do Gluta i tylko kilka łez uroniła, gdy tatuś uroczyście wywalił badziewie do śmieci.



Nie sposób nie wspomnieć na koniec o akcji zbierania bursztynów na Wyspie Sobieszewskiej. Przy okazji zaznaczam, że Hanna nie chciała wierzyć, że to wyspa i trzeba było w tej sprawie podeprzeć się autorytetem mapy. Bursztyn lśnił wśród morskiego bałaganu posztormowego i kusił. Łup zbieraczy został dokładnie udokumentowany. Stosowano podczas pracy różne techniki: tradycyjne grzebanie w nadmorskich śmietkach, jak i skomplikowane figury gimnastyczne podszyte nadzieją, że bursztyn sam wejdzie w ręce. W każdym razie plażę opuszczono z lśniącym miodowo łupem i to się liczy.




Powrót do domu uczczony został dwoma godzinnymi korkami na autostradzie, podczas których jedno dziecię pilnowało mapy, zaś drugie napawało się dźwiękami Pearl Jam-u aż do zupełnego odlotu. Wyprawę zaliczono do udanych. Mówi się, że podróże kształcą. Nie mówi się jednak, co kształcą. W dzieciach zapewne kształcą wrażliwość na sztukę, historię, przyrodę oraz generują rozwój metodologii naciągactwa przy budkach z goframi i stoiskach pamiątkarskich. W rodzicach podróże kształcą nieprzebrane masy cierpliwości i zmysł szybkiego wyławiania z tłumu i nieznanego otoczenia własnych, osobistych potworów. Ale uff... Udało się ich nie pogubić, nie uszkodzić, a może nawet czegoś nauczyć. Wracamy do codzienności odliczając dni do wakacji i kolejnych wędrówek :)