Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziecko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziecko. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 20 maja 2014

Matka kwoka rozbija skorupkę

Jaka matka - takie dzieciństwo. Jaki ojciec - zapewne też, ale w tym zakresie moja odpowiedzialność jest mocno ograniczona. Na wychowanie go - szans już nie ma, na zmianę wyboru - za późno. Zresztą nie ma o czym gadać, tatuś jest całkiem do rzeczy i raczej z tych zaangażowanych w życie potomków. Na równi ze mną sieje i zbiera. Raz ziarno, raz pokrzywy.

Wracając do tematu matki... Czasem ogarnia mnie przerażenie, graniczące z paniką, gdy uzmysłowię sobie, jak bardzo moje poglądy, decyzje, słabości i humory wpływają na kształt dzieciństwa moich dzieci, a w dalszej perspektywie - na kształt ich osobowości, charakterów i doświadczeń. Nie sposób każdej decyzji rozważać, nie sposób każdego kroku przemyśleć. Bo wychowanie dziecka jest jak off road w czystej formie, w dodatku bez mapy i GPS-a. Logika walczy z instynktem i nigdy nie wiadomo, które rozwiązanie będzie dobre. Ale ostatecznie - nie ma matek perfekcyjnych, nie ma idealnych metod wychowawczych i nikt nie zdołał, jak dotąd, obok wzorca metra pod Paryżem, umieścić doskonałego wzorca dzieciństwa. Osobiście kieruję się trzema prostymi zasadami:

1. Dzieci się nie bije - to jasne i nie wymaga wyjaśnień. Absolutnie i bezwzględnie gardzę wymierzaniem kar cielesnych.

2. Dzieci się kocha. Mało tego - dzieciom się tę miłość okazuje. Niby
także jasne i banalne, ale ileż dzieci wychowuje się w poczuciu osamotnienia, bo to proste uczucie nie jest w dostateczny sposób manifestowane.

3. Dzieci nie wlecze się za sobą na siłę po znanych sobie ścieżkach, lecz podąża się krok za nimi, po ich własnych, bezdrożach i opłotkach. Co najwyżej można im poświecić pod nogami latarką, żeby nie wlazły w tzw. guano lub inne pułapki. Można też machnąć światłem na boki, żeby miały szanse dostrzec coś, co akurat udało im się przegapić, a warte jest uwagi.

4. Dzieci nie można stale chronić przed światem, zamykając je w klatce nadmiernej opieki i troski.

Tak to w skrócie wygląda i stanowi wynik połączenia mojego wykształcenia pedagogicznego, czystego instynktu i zbierania doświadczeń empirycznych na dwóch żywych organizmach, zwanych powszechnie potworami. Czy moje myślenie jest słuszne? Okaże się za minimum 15-20 lat i jakby co - na poprawki będzie za późno. Niestety bilet na kolejkę górską o nazwie "wychowanie dziecka" możemy kupić tylko raz. A kiedy mamy więcej dzieci - przybywa kolejek, a nie biletów. Eh, zawód - rodzic ma wiele z zawodu sapera. Tylko niewątpliwie gorzej jest opłacany.

Zatem pozwalam dzieciom iść z przodu i dorastać do kolejnych wyzwań w ich, a nie w moim, tempie. Ile mnie to kosztuje, tego ludzkie słowo opisać nie zdoła. Przykładem mogą być chociażby samodzielne powroty Hanny do domu. Otóż gnana wewnętrzną potrzebą samodzielności mała upiorzyca skończywszy lat osiem, zażyczyła sobie możliwości samodzielnych wędrówek po świecie. Wiek miał to znaczenie strategiczne, jako że po ósmych urodzinach właśnie, jej szkoła (na wniosek i za zgodą rodziców) wydaje identyfikatory - przepustki upoważniające dziecko do opuszczania szkoły bez nadzoru. Młodsze dziecko, choćby mieszkało w bloku obok, samo z placówki oświatowej nie wylezie i do domu nie wróci.

Hanna do przejechania ma 2 przystanki autobusem. Wykończona komplikacjami technicznymi związanymi ze zbieraniem rodziny do kupy w godzinach popołudniowych, uległam dziecięcemu pędowi do dorosłości. Nieco bowiem dobiły mnie pierwsze dwa lata jej szkoły, kiedy to telepałam się umiarkowanym - bo tramwajowym, pędem z pracy po małego potwora do żłobka/przedszkola, następnie z nim, deszcz nie deszcz, mróz nie mróz, autobusem po potwora większego. Zanim udawało mi się dowlec ich oboje do domu, byłam bliska zgonu, a co najmniej desperacji. Zwłaszcza, jeśli po drodze przyszło mi zaliczyć zakupy i wlec poza potworami masę innych tobołów. Stąd też straceńcza i desperacka decyzja, by dać folgę hanusinym zachciankom. Matka kwoka pomogła pisklęciu rozbić skorupkę i puściła na świat. I Hanna wraca. Za każdym razem dumna z siebie i zadowolona, ogromnie poważna i zdyscyplinowana, z niezwykłą dla niej dozą rozsądku w kieszeni. Przy czym dziecko jest zobowiązane, pod groźbą odebrania przywilejów różnorakich, do telefonowania do matki w chwili:

a) wyjścia ze szkoły,
b) dotarcia do przystanku,
c) wtargnięcia do autobusu,
d) dotarcia do domu (jeśli oczywiście nie ma w nim matki).

Całe szczęście, że mamy do siebie darmowe połączenia telefoniczne, bo przez te własne fanaberie poszłabym z torbami. Cóż w tym czasie czynię ja? Przede wszystkim siwieję ze strachu i obecnie widać to już wyraźnie. Ponadto, niczym kompletny imbecyl, wpatruję się jak sroka w gnat w wyświetlacz telefonu, bo przecie ona zaraz zadzwoni. Jeśli, w moim odczuciu, to zaraz się przedłuża, sama dzwonię do niej i gdy tylko przypadkiem nie odbiera (bo akurat wsiada, kasuje bilet czy włazi do domu), wpadam w rzetelną i niekontrolowaną panikę. Bezrozumnie i bez sensu. Dodam jeszcze, że na przestrzeni między szkołą a domem dziecko ma do pokonania z buta jedynie dwie uliczki osiedlowe. Żadnych wielkich skrzyżowań, przejść podziemnych czy innych niebezpiecznych miejsc. I tak oto ona sobie wesoło wędruje, a ja sobie siwiejąc wariuje od ponad pół roku. Na szczęście mam chwile oddechu w dniach, gdy kończy późno i ze szkoły zgarnia ją tatuś. Czy kiedyś przestanę panikować? Nie wiem. Ale dumna jestem z siebie, że jej pozwalam na te powroty, a z niej, że sobie z nimi tak doskonale radzi.

W zakresie powrotów numery odwaliła mi dwa. Pierwszy na samym początku. Wsiadła skubana do złego autobusu. Jak może porąbać się komuś 98 z 69? A jednak może. Otrzymałam wówczas zaszlochany telefon, że to autobus się pomylił i nie skręcił w lewo, tylko pojechał prosto i stoi pusty nie wiadomo gdzie. A pewnie, że stał, bo gdy wsiadała, miał już tylko jeden przystanek do krańcówki. Opanowawszy zdalnie dziecięcy szloch i wewnętrznie własną panikę, wysłałam dziecko do kierowcy, który nieświadom tragedii, cieszył się przerwą między trasami. Panienka, flikając nieco nosem, odbyła z panem pogawędkę, zapomniawszy rozłączyć mamunię, dzięki czemu usłyszałam jak kierowca elegancko wytłumaczył jej gdzie i jak ma iść, żeby dojechać pod podany przez nią adres. Bohaterka wysiadła, wykonała jakieś 30-40 kroków wstecz, po trasie autobusu i... znalazła się w miejscu znajomym, bo przejechany przystanek jest bardzo krótki. Już wyluzowana wróciła do punktu wyjścia i dalej, standardowym rytmem, przybyła do domu pełna dumy i rozchichotana. Ja, znacznie dłużej niż ona, dochodziłam do siebie po tych wstrząsających przeżyciach. 

Drugim numerem postawiła na nogi więcej osób. Otóż pewnego dnia, gdy beztrosko oddawałam się pracy zawodowej, zadzwoniła do mnie Ciocia Marzenka z pytaniem, czemuż to Hanna nie dotarła na lekcję śpiewu (ostatnią w rozkładzie szkolnego dnia). Ponieważ zmieniłam się natychmiast w wielki, spanikowany znak zapytania, Ciocia wraz z koleżanką Hani - Moniką dokonały przeszukania szkoły i odkrycia, że hannowa odzież zniknęła z szatni. Znaczy - Hanna ze szkoły wybyła. Ale jakże to wybyła? Telefonu nie było. Hanna, nie dość że nie zadzwoniła, to jeszcze nie odbierała moich natarczywych połączeń. Wyprysnęłam biegiem w kierunku domu, chrzaniąc obowiązki zawodowe. Na przystanku miotałam się jak dziki, rozjuszony bawół, w dodatku z telefonem przy uchu, bo ciągle liczyłam na to, że ona odbierze. Jak na złość ulica stała w korku. Ludzie patrzyli na mnie nieco dziwnie, ale co mnie to mogło obchodzić... Ja ZGUBIŁAM DZIECKO!!! Po nieprawdopodobnie długich trzech kwadransach, kiedy dojeżdżałam już autobusem do domu, zadzwoniła do mnie Ciocia Marzenka z informacją, że upiór koszmarny jest w domu. Zapomniała o śpiewie, zapomniała o telefonie, zapomniała o wszystkim, o czym można zapomnieć. Dobrze, że trafiła do domu, gdzie wreszcie ją olśniło i natychmiast rzuciła się telefonować do Cioci i przepraszać. Tylko do Cioci. Do matki oczywiście nie. Furia wyniosła mnie z autobusu na najbliższym przystanku. Pognałam jak wicher do przedszkola po Krzysztofa, a potem z nim na spacer. Łaziłam z godzinę, zanim uspokoiłam się jako tako na tyle, by mieć pewność, że nie wydrę się na nią od progu, tylko zdołam spokojnie z nią porozmawiać, wyjaśnić i uzmysłowić jak bardzo wystraszyła mnie i Ciocię. Straszne chwile. 

Niestety dorastania się nie zatrzyma. Trzeba będzie puszczać ją coraz dalej, coraz luźniej na smyczy, a później (o zgrozo!) pozwolić wyleźć ze skorupki także Krzysiowi. I chociaż cieszy mnie, że rosną, bywają chwile, gdy najchętniej wpakowałabym ich sobie spowrotem do brzucha. Ewentualnie w gondolę wózka.
Bo tylko wtedy miałam ich pod pełną kontrolą, tylko wtedy nie bałam się, że mi się zgubią, nie uszkodzą, nie ukrzywdzą z własnych czy cudzych rąk. Budzi się we mnie matka kwoka i muszę doprowadzać się wtedy do pionu, bo krótka pępowina to nie jest szczególnie dobry sposób na wychowanie. Może i jestem coraz bardziej siwa, ale w tej kwestii - jestem pewna, że mam rację.



sobota, 10 maja 2014

Dziecięce decyzje i wybory

Nie wszystkie dzieci są takie same. To jasne, oczywiste, to banał. Nie wszystkie dzieci lubią to samo. To także nie budzi wątpliwości. Dodatkowo dodałabym jeszcze stwierdzenie, że fakt iż dziecko lubi coś we wtorek, nie oznacza, że będzie lubić to w piątek. Zaś stanowcze veto z poniedziałku, może zmienić się w entuzjastyczną zgodę w sobotę. Ot, urok małolatów.

Głęboko jednakże jestem przekonana, że dziecięce wybory, poglądy i gusty należy szanować. W największym możliwym stopniu. Na ile się da. Jeśli tylko nie pozostają w sprzeczności ze zdrowym rozsądkiem i granicami naszych możliwości. Samodzielnie podejmowane decyzje nie tylko bawią i cieszą, nie tylko nobilitują dziecko w poważnym, dorosłym świecie, ale dodają wydarzeniu dostojeństwa obleczonego w ODPOWIEDZIALNOŚĆ za dokonany wybór. Z moich obserwacji i doświadczeń wynika także, że takie decyzje dłużej są przez dziecko respektowane niż te, które my - dorośli podejmujemy sami, w imię dobra potomka.

Zgodnie z powyższym, w modelu wychowania, jakiego usiłuję się trzymać pazurami i pełną mocą, jest pozwalanie dziecku na decydowanie o sobie w maksymalnym dostępnym zakresie. Wiele decyzji dzieci podejmują same, zaś te które podejmujemy my, są (w miarę możliwości) z dziećmi konsultowane. I tak, nawet słynne ograniczenie słodyczy do 2 dni tygodniowo zostało przez potwory zaakceptowane, zakontraktowane, klepnięte. W zamian otrzymały możliwość wyboru łakocia, jaki w dniu słodyczowym będą pożerać. Moim zdaniem uczciwie i z korzyścią dla obu stron.

Dlatego też chciałabym w tym miejscu podkreślić, że również kwestia niniejszego Teatrzyku, który (nie da się ukryć) upublicznia wizerunek moich dzieci, prezentując ich sukcesy i słabości, przygody, wypowiedzi i fotografie, została z dziećmi dokładnie omówiona. Uzyskałam ich zgodę na pisanie, nawet dość entuzjastyczną. Jestem jednakowoż przez bohaterów tych zapisków regularnie kontrolowana i strofowana, gdy coś im się nie podoba. Hanna czyta każdy post. Czyta sobie i Krzysiowi. Któregoś razu, przy takiej okazji, odbyłyśmy istotną strategicznie rozmowę:

- Mamo, ale trochę nas jednak przerabiasz - zarzuca mi córka podczas lektury.
- Co robię? - pytam zaskoczona.
- No zmieniasz. Tak dokładnie nie było. Wcale aż tacy nie jesteśmy - strzela krytyką między oczy.
- Ale ja was tak postrzegam - tłumaczę się niepewnie. - Poza tym wiesz, to jest teatrzyk, a nie prasa codzienna. Troszkę można was podmalować, ucharakteryzować, jak prawdziwych aktorów.
- No... chyba że tak - zgadza się po namyśle dziewczę i z zadowoleniem wraca do czytania.

Zatem uzyskałam prawo do lekkiego barwienia. Niewielkiego, tylko dla podkreślenia konturu. Opowieści na solidnych motywach - rzec by można. Bo i fikcja niepotrzebna, gdy oni sami tacy kolorowi. Jednakże oczywiście może się zdarzyć, że dana mi na czas nieokreślony zgoda, zostanie nagle cofnięta. Solidne, potężne veto, jak wypowiedzenie umowy o pracę, kopnie mnie w tyłek i będę zmuszona Teatrzyku zaniechać. Ba, może wystąpić oficjalna petycja o usunięcie go z sieci. I nie będzie innego wyjścia. Zaprzestanę lub usunę, bo przecież to ich święte prawo, aby decydować o tych publikacjach. Na szczęście tematów do pisania mam mnóstwo i pisać na inne tematy mi nie zabronią.

Hanna w roli Pani Haliny
Wracając do tematu decyzji, dzieci podejmują je na każdym kroku, poczynając od śniadania, a kończąc na nauce. To, że mogą wybrać, co chcą zjeść na śniadanie, nie oznacza oczywiście codziennego spożywania śmieciowych, słodkich płatków czy koszmarnej buły z serem i keczupem. Tak fajnie nie jest. Ale mogę dać im wybór między dwiema czy trzema konkretnymi propozycjami w menu. Dla mnie to żaden problem, oni zadowoleni, bo sami wybrali, a dodatkowo mam broń w ręku w przypadku fochów przy stole. Bo przecież sami chcieli to, co mają przed nosem, więc niech nie grymaszą. Niekiedy zmuszeni są podjąć decyzję wspólną (co chcą na obiad, albo czy wolą do parku czy na rower). Toczące się między nimi dyskusje są dla mnie budujące. Widzę bowiem, że uczy to ich nie tylko odpowiedzialności, ale też współpracy i sztuki argumentacji.

O samodzielnych decyzjach mogłabym pisać godzinami. Niekiedy zbiegają się one ze zjawiskiem buntu, barwnym i dużo bardziej atrakcyjnym. Z uwagi jednak na rozległość zagadnienia, przykłady spektakularnych awantur w tym zakresie pozostawię sobie na inną okazję. Wspomnę jedynie jeszcze, że to suwerenne decyzje dzieci zaważyły o ich dodatkowych, ale czasożernych  aktywnościach. Najpierw Hanna domagała się tańca. Od zarania dziejów, jeszcze w żłobku. Tańca, z którym my osobiście nigdy nie mieliśmy nic wspólnego. Tańca, który w życiu nie przyszedłby nam do głowy. I dostała taniec w postaci zespołu "Brzdąc" w DK "Ariadna". Następne decyzje poszły lawiną, zmiana zespołu na dojrzalsze i bardziej rozśpiewane "Kukułki", potem "Pędziwiatry" i dylemat - czy puścić do szkoły 6-latkę czy też zatrzymać ją w przedszkolu. W grę wchodził także wybór: szkoła muzyczna czy pędziwiatrowa klasa artystyczna w zwykłej podstawówce. Potem mnóstwo drobniejszych decyzji w zakresie śpiewu i tańca i wreszcie wybór instrumentu w popołudniowej szkole muzycznej. We wszystkich tych kwestiach ostateczne zdanie należało do Hani, choć otrzymała od nas komplet argumentacji za i przeciw.

Krzysztof w roli kierowcy wozu strażackiego
Można zarzucić nam oczywiście, że to za dużo na małą, kilkuletnią głowę, że to źle. Ale póki co, ten system działa, daje rezultaty i sprawdza się ku obopólnej uciesze dziecięcia i rodziców. Krzysztof także samodzielnie zadecydował o tym, że chce iść w ślady siostry. Zresztą podejmuje tę decyzję za każdym razem od nowa, gdy wychodzi z przedszkola i z jednej strony kusi go plac zabaw lub gra na konsoli, a z drugiej tańce. I różnie bywa, Krzysztof niekiedy toczy walkę sam z sobą, a mnie zdarza się wygłosić bandyckie stwierdzenie: "Dobrze, nie chcesz dziś na tańce, to pojedziemy tylko i powiemy cioci Edi, że ty już nie będziesz tańczył". I otóż okazuje się, że nie. Takie radykalne cięcie w grę nie wchodzi. Bo on chce, tylko nie teraz. Ostatnio nawet zaproponował: "Mamusiu, ja bym chciał pójść, ale jutro. Zrób tak, żeby dziś był piątek i dzień konsolowy, a jutro czwartek i dzień tańcowy". No przepraszam wielce, ale takich mocy jeszcze nie mam. Dziecko ostatecznie wybrało, poszło na tańce, choć było wielce nadęte. Boczył się do chwili, gdy nie zobaczył koleżanek ze swojej "klasy". Płeć piękna osłodziła mu ból wewnętrznego rozdarcia i z dziką radością potwór pogodził się z czwartkową rzeczywistością.

Podobne zdarzenie miało miejsce, jakiś miesiąc temu, z Hanną. Zadzwoniła do mnie ze szkoły, ogromnie zapłakana, szlochając w te słowa: "Mamo, bo tu jest wielki problem i MUSISZ go jakoś rozwiązać!" Spłoszona zaczęłam wyduszać z dziecka zeznania. Otóż okazało się, że odwołano zajęcia z tańca charakterystycznego, a kolejne zajęcia taneczne Hania ma dopiero za 2 godziny. I ja mam teraz natychmiast zrobić tak, żeby już było "za dwie godziny". Jasne. Bo ja jestem Hermiona Granger i mam zmieniacz czasu. Dziecko zostało szybciutko poinformowane, iż ma dwie opcje do wyboru: olać te drugie zajęcia i wrócić do domu albo znaleźć sobie na te 2 godziny jakąś sensowną robotę (zasugerowałam świetlicę szkolną, plac zabaw i bibliotekę). Obowiązkowa Hanna stanowczo sprzeciwiła się olaniu tańców i z chlipaniem zapowiedziała, że coś będzie organizować, acz w cierpieniu i ogólnym nieszczęściu. Bo 2 godziny to strasznie długo. Półtorej godziny później zadzwoniłam do niej na kontrolę. Siedziała wielce zadowolona w bibliotece, zaczytana we "W pustyni i w puszczy". Problem czekania przestał istnieć, spędziła czas zgodnie z własną wolą i zainteresowaniami, po czym wypoczęta i radosna pognała tańczyć. Czasem wystarczy tylko wskazać kierunek decyzji. Tak niewiele potrzeba.

Jakie będą ich dalsze wybory - nie wiem. Każde z nich może nagle stanąć okoniem do rzeczywistości i na przykład oświadczyć, że rzuca dotychczasowe zajęcia i od dziś będzie malować, grać w piłkę lub zgoła dziergać na drutach. I dobrze. Nam, rodzicom, nie pozostanie nic innego, jak przyjąć to grzecznie na klatę. Choć pewnie pozwolimy sobie w takiej sytuacji na rozwinięcie wachlarza argumentacji i zasugerujemy przyjęcie jakiegoś czasu na zastanowienie. Co by dziecię nie uległo chwili płochej i ulotnej i samo nie skazało się na lawinę życiowych błędów. W każdym razie, tak  czy siak, ostateczna decyzja należy do dziecka, a nam pozostaje jedynie iść za nim i towarzyszyć mu w decyzjach i tym, co przyniosą, na tyle, na ile nam pozwoli.

wtorek, 6 maja 2014

Męski folder muzyczny


Jest w domowym laptopie taki zakamarek, który należy wyłącznie do chłopaków. Opatrzony jest wszystko mówiącą nazwą: "Muzyka Pitera". Uprawnienia do korzystania z niego posiadają obaj: Piotr Tadeusz i Krzysztof Piotr, jako że obaj są Piterami. Dziewczynom od tego wara. Mogą najwyżej grzecznie poprosić, żeby któryś z Piterów coś włączył. Niniejszy post mając charakter retrospekcyjny, zawiera materiały zarówno aktualne, jak i historyczne - pozostające jednakże w ścisłym związku z tym właśnie, tajemniczym miejscem na twardym dysku.

Podstawa to dobry sprzęt
Folder "Muzyka Pitera" ma mniej więcej tyle lat, co Krzysztof Piotr. I jedną z pierwszych, opanowanych przez Krzysztofa umiejętności było dobieranie się do niego. Ćwiczył już w pieluchach. Jako 2-latek doskonale rozróżniał wszystkie piosenki po pierwszych taktach i domagał się włączania konkretnych, w określonej kolejności. Jako 3-latek sam wynajdował na liście interesujący go utwór. Jako 4-latek zaczął śpiewać niektóre z nich będąc poza zasięgiem laptopa. A tańczył do nich, odkąd opanował stanie. Jeszcze zanim zaczął porządnie chodzić. Folder ten został też, z racji poważnego uzależnienia odeń potwora, poprzenoszony na inne nośniki, aby był dostępny zawsze i wszędzie. Nawet w samochodzie. Bo nigdy nie wiadomo kiedy potrzeba muzycznego odlotu wzbierze w Krzysztofie i będzie domagała się ujścia.

I tak na przykład, nie sięgając daleko w przeszłość, w zeszły piątek, potwór ów wzbudził sensację i ogólną wesołość wśród turystów zwiedzających w Gdyni ORP "Błyskawica", gdy znienacka ryknął pełnym głosem: "It's a kind of magic, magic, magic..." Cud, że nie pospadali z pokładu w portowe wody. Innym razem powalił większość obecnych w przedszkolnej szatni rodziców, gdy sypnął z rana od progu otwierając z impetem drzwi wejściowe: "Czekam na wiatr, co rozgoni...". Zdarzyło się także mu kiedyś, w kolejce do marketowej kasy, zapodać Rammsteina intonując: "We are living in America, America, America.."

A poniżej moje ulubione, choć mocno archiwalne nagranie i prezentacją stosunku 2,5-letniego Krzysztofa do Adele i jej piosenki "Rolling in the deep" zwanej przez potwora "fotelem". Do tej pory służy mi jako antydepresant.




Krzysztof z ulubioną zabawką

"Muzyka Pitera" zawiera bowiem utwory w różnym stylu i języku, zamykające się we wszystko mówiącym określeniu "dziu, dziu, dziu", jakim mianował je Krzysztof, w zaraniu swojej elokwencji. Potwór słuchając ich i poddając się ich dźwiękom, rwie się nie tylko do tańca i śpiewu, ale także do grania. Przy czym instrumentarium ma od lat wybrane i niezmienne. Najpiękniejszym uzupełnieniem "Muzyki Pitera" jest bowiem gitara. Prawdziwa, zabawkowa, wyimaginowana lub stworzona z patyka, łopatki, miecza czy widelca. Grunt by szarpać druty i miotać rozwianymi kudłami. U tatusia daje się dostrzec podobne syndromy, z wyłączeniem miotania kudłami, z racji ich braku. Może właśnie dlatego wypadły, że niegdyś miotał. 


Absolutnie prawdziwa
Obaj, w drodze wyjątku, zgadzają się jedynie na wymianę gitary na gary, gdyż walenie w perkusję też jest super. I znów może być prawdziwa lub wyimaginowana, stworzona chociażby na wodzie (przykłady po bokach).
Wodna perkusja

Krzysztofa zaangażowanie w "Muzykę Pitera" z przyległościami oddaje barwny pogląd, który wygłosił kilka miesięcy temu, iż najfajniejsza bajka to koncert Pearl Jam-u. Bo Krzysztof odda wszystkie kreskówki świata za porządne, ostre "dziu, dziu, dziu". Inna muzyka jest wg Krzysztofa "rolmalnie słaba", choć ostatnio łamie się i zaczyna słuchać pędziwiatrowych hiciorów z koncertowych płyt. Ale grać coś musi zawsze. Ostatecznie, w chwilach izolacji od laptopa, Krzysztof akceptuje haniowego boomboxa lub zgoła telefon. Byle grało. Z telefonem właśnie zwykł chodzić na trampolinę, gdzie urządzają sobie z siostrą koncerty. Na szczęście mam cierpliwych sąsiadów i znoszą ze spokojem ich ryki.

Krzysztof marzy o własnym, nie dzielonym z innymi, dostawcy błogich dźwięków. Krzysztof chciałby posiadać swój sprzęt, który pozwoli na słuchanie muzyki. Aby nie trzeba było się prosić, aby nikt nie mógł mu odmówić, albo go zganić za zbyt uporczywe burzenie przestrzeni akustycznej. Choćby na słuchawkach, choćby po cichu, ale nic nie może się równać z osobnym, prywatnym "dziu, dziu, dziu". I zbliżające się, poważne i bardzo dorosłe piąte urodziny Krzysztofa, skłaniają mnie do rozważenia czy nie warto by tym marzeniom ulec. Może zyskałby na tym nie tylko on, ale i ja. Chwile absolutnej ciszy w naszym pokoju, gdy on u siebie, na swoich słuchawkach...

A żeby zaburzyć równowagę i spokój niniejszego posta, absolutnie aktualny i świeży zapis z ilustracji choreograficznej zaprezentowanej wczoraj przez Krzysztofa do "Love me tender". Mimo słabej jakości dźwięku, poraża dynamika tancerza. Wyraźnie widzę tu także naleciałości pędziwiatrowe :)


W odniesieniu do powyższego nagrania najlepsze okazały się odczucia, bezdzietnego jak dotąd, wujka - Adama G., który po dokonaniu oglądnięcia wydał z siebie 3 rzeczowe komentarze:

1) zmęczyłem się oglądając wygibasy.
2) Lepsze niż step up.
3) O.O czym się ładuje dzieci? Kokainą?

Dodam, że Krzysztof wuja serdecznie pozdrawia ;)

Szczęśliwie udało mi się wydrzeć laptopa ze szponów dwóch Piterów - syna i tatusia, dzięki czemu mogłam z wielką przyjemnością obsmarować zagadnienie muzyczne i dokończyć post. "Muzyki Pitera" nie tknęłam przy tym ani razu. W końcu ja nie Piter i nie "dziu dziu dziu" mi w głowie. Ja wolę to, co według Krzysztofa jest "rolmalnie słabe" lub "rolmalnie nuuuuuda". Męski folder pozostaje zatem matczyną uwagą nieskażony :)

I wspomniana, wirtualna gitara...

poniedziałek, 5 maja 2014

Potwory morskie - czyli obfita relacja z majówkowej podróży

Od 2 miesięcy planowaliśmy majówkowy wyjazd do Krakowa. Zastanawialiśmy się co zwiedzić, co pokazać potworom, a z czym jeszcze zaczekać jak podrosną, gdzie ich przegonić, żeby się umęczyli, a gdzie  ich wybawić, żeby mieli radochę. Ustalaliśmy trasę wycieczki i szczegóły dotyczące noclegów. I tak oto...
...znaleźliśmy się w Gdańsku. Bowiem jak wszyscy wiedzą - Gdańsk i Kraków dwa bratanki... Zatem różnica niewielkiego kalibru. Ze smoka wawelskiego nici, ale niosła nas nadzieja, że może uda się zaliczyć kilka nadmorskich atrakcji. A już lizaki na Starym Mieście w szczególności. Koniecznie. Aby tradycji stało się zadość. 

Gdańsk bowiem nie jest dla potworów nowością. Doświadczyły go już dwa lata temu na podobnej, majówkowej wyprawie. Z tą tylko drobną różnicą, że wówczas nie pałętał się po temacie Kraków. No i potwory miały mniejsze rączki, nóżki i rozumki - przynajmniej na pierwszy rzut oka. 

Porzuciwszy bety, w skazanym na naszą sześciodniową obecność lokalu, ruszyliśmy na podbój wybrzeża. Pogoda początkowo usiłowała umówić nam, że to nie koniec kwietnia, a co najmniej czerwiec. Słonko grzało, morze jak zupa, piach lśniący, miękki i ciepły. Potwory rzuciły się w wir przygody i usiłowały maksymalnie szybko zryć całą plażę niczym małe buldożery. Zryć bez narzędzi, bo z niewiadomych przyczyn odmówiły zabrania z domu akcesoriów piaskowych. Ale od czegóż ma się szpony... Uzyskawszy zgodę na utaplanie zadnich łap do kostek, potwory poczęły doświadczać także wodowania. I wówczas ujawniła się ciekawostka anatomiczna, gdyż okazało się, że mają owe kostki mniej więcej w okolicach, gdzie standardowo się zaczyna zadek. Ofuknięte niechętnie przeniosły kostki w okolice kolan. Postanowiliśmy niedowidzieć w tym względzie, póki koszulki były w miarę suche. Nie trwało to długo. Wykopali dół tuż przy wodzie, otoczyli go potężnym wałem piachu, na którym przy pierwszej nadarzającej się okazji Krzysztof runął jak długi. W upadłym dziecku mokre były nawet okulary. Nim zaradna matka przebrała potwora w suche, starsza siostrzyczka pod pozorem mycia rąk z piasku poddała się fali i zamoczyła swą część frontową i tym samym wygenerowała konieczność przebrania drugiego potwora w suche. Wszystko wskazywało na to, że za chwilę cała zabawa powtórzy się od nowa, zatem tatuś zarządził spacer do Sopotu. Użył przy tym sprytnego kłamstewka, że na całe Trójmiasto tylko w Sopocie są gofry. W Gdańsku gofra nie uświadczysz. Potwory dały się podpuścić i przewlec plażą do sopockiego molo skromne 6 kilometrów. 

Franek
W czasie spaceru do gofrów nastąpiły dwa atrakcyjne wydarzenia. Krzysztof zarył w wodę ponownie, tym razem przełażąc przez Potok Oliwski. Otrzymał ostatni, suchy zestaw odzieży i został brutalnie poinformowany, że kolejna jego przebiórka nastąpi w hannowe, babskie łaszki. Drugą atrakcją było spotkanie ucieleśnionego, zupełnie prawdziwego Franka, który bezczelnie wyrwał Krzysztofowi z garści jego wyszukany, idealny, najlepszy na świecie patyk i pognał z nim w siną dal. Krzysztof przeraził się Franka potężnie. Hanna tymczasem Frankiem się zachwyciła i udało jej się go przekonać do oddania Krzysztofowi patyka. Franek nie był bowiem tym razem, jak zawsze, bratem-na-niby, lecz z krwi i kości psią petardą energii, młodą, przepiękną i po psiemu roześmianą. I na serio, jak bum cyk cyk miał na imię Franek.

Po pożarciu gofrów i wypapraniu nimi, przez Krzysztofa, trzeciego w tym dniu zestawu konfekcji, ruszyliśmy dziarsko w powrotne 6 kilometrów do Gdańska. I tu znów spotkały nas interesujące zjawiska, tym razem z zakresu leksykologii. Najpierw Krzysztof podejrzanym skrzekiem, z dumą oznajmił: "Mam rypę". "Rypa" okazała się prawdziwa i dość zabawna, choć już po zakątkach czaszki telepał mi się niepokój, że oto nadchodzi zapalenie gardła lub krtani. Posiadacz "rypy" wypierał się jednak dolegliwości bólowych i twardo twierdził, że to dlatego, że chodził "na boska". Fakt, po plaży latał "na boska", buciory porzuciwszy na samym wstępie. Pod koniec spaceru zaś Krzysztof dobił nas ostatecznie odbywszy ze mną taką oto rozmowę:

- Ja już nie mogę iść.
- A czemuż to synku? - spytałam z troską.
- Bo moje serce mruga nosem!

No struchlałam. Słyszał ktoś kiedyś o takiej przypadłości medycznej? Mocno niepokojące. Objawiało się to zwieszoną głową, zgarbieniem tułowia, smętnym zwisaniem kończyn górnych i jeszcze smętniejszym powłóczeniem kończynami dolnymi. Mimo dolegliwości sercowych udało się jednak doholować Krzysztofa do miejsca odpoczynku i na tym zakończył się wyprawy dzień pierwszy.

Dzień drugi przyniósł kontynuację "rypy" i plaży, przy czym Krzysztof zrezygnował z wodowania ograniczając swawolę do latania "na boska". Hanna zapuszczała w nogach błony pławne nie wychodząc z wody po kostki (tym razem umieszczone były od razu grzecznie - koło kolan, bo było chłodniej i zerwał się wiatr). Popołudniem zaś zaatakowaliśmy Stare Miasto, począwszy od znanych gdańskich zabytków, a skończywszy na Manufakturze Słodyczy, do której ciągnęło potwory niczym magnes. Miejsce wspaniałe, bo nie dość, że można w ciućkach i lizakach wybierać i grymasić, nie dość, że kolorów i smaków tam bez liku, to jeszcze możliwym jest ujrzeć na własne oczy, jak owe słodkości powstają. A to już jest frajda ponad miarę. Wszystkie łakocie ręcznie robione. Zatem, gdy udało nam się wywlec dzieci na ulicę, byliśmy znacznie ubożsi w gotówkę i obarczeni torbą pełną ciućków. Każde z potworów dzierżyło w garści po wielkim, lśniącym lizaku. Tymczasem na ulicy Mariackiej "rypiący", tudzież (jak mówiła Hanna) "porypany" Krzysztof zażyczył sobie zatelefonować do babci. Spodziewałam się, że dzieciątko chce babuni przekazać wrażenia z wojaży. A tu niespodzianka. Rozmowę słyszałam jednostronnie, jednakże brzmiała mniej więcej tak:

- Dzień dobry babciu. Jest taka sprawa. Za dwa miesiące są moje urodziny, więc chciałbym żebyśmy sobie porozmawiali w kwestii tortu. 

Babcia, wzięta znienacka, przyjęła zamówienie na tort gitarowy. Teraz wystarczy poczekać do lipca. Krzysztof usatysfakcjonowany, istotnymi dlań ustaleniami, odmówił wkrótce marszu i doświadczył zaszczytu pójścia do tatusia na barana, który też już powłóczył nogami. Szedł niezbyt dziarsko, zatem z wysokości bystre dziecko raczyło skomentować przebijając się "rypą" przez tłum: "Patrzcie, idzie zdechły, łysy koń!". Tak właśnie kochający synuś podsumował tatusia.

Hanna na Starym Mieście popisała się tylko raz. Edukowana przez tatusia - zdechłego, łysego konia - w zakresie pochodzenia nazw okolicznych ulic, zaskoczyła nas przy ulicy Garbarskiej. Wykonawszy malownicze przodozgięcie stwierdziła, że tu mieszkali ludzie, którzy mieli garby. W sumie logicznego myślenia odmówić jej nie można. Ale ubawiła i siebie i nas.

Trzeciego dnia potwory popsuły kasy biletowe na zamku w Malborku. Skoro bowiem zaawansowani wiekiem przewodnicy twierdzili, że takiej awarii komputerów nigdy tam nie widzieli, a potwory zjawiły się w Malborku po raz pierwszy - wniosek jest prosty. A katastrofa nastąpiła natychmiast po tym, gdy ustawiliśmy się w kolejce. Władze muzeum postanowiły udostępnić turystom zamek bezpłatnie, dzięki czemu zaoszczędziwszy stówkę oddaliśmy się radośnie 3,5-godzinnemu skokowi w średniowiecze. Dzieci zniosły to mężnie. Hanna nie odstępowała pani przewodnik na krok, spijając niemal słowa z jej ust i zadając uporczywie kłopotliwe pytania o detale, które miały miejsce dwie-trzy sale wcześniej. Największym zachwytem pałała przy wystawie bursztynu. Krzysztof interesował się zabytkami napadowo, w chwilach przerwy jednak szalał umiarkowanie i szło nawet z nim wytrzymać. Jego uwagę przykuł głównie oręż: szable, miecze, arkebuzy i pistolety oraz wszelaka forsa czyli numizmaty. Za to w nosie miał detale architektury.

Po zwiedzaniu nastąpiła dzika awantura o pamiątki. Żadne nie potrafiło się zdecydować, co chciałoby kupić: łuk, szablę, hełm czy coś jeszcze innego. Gdy zawężono zainteresowanie do mieczy, potwory usiłowały nabyć wielkie katowskie klabzdrony, których nie były w stanie utrzymać w ręku. Dopiero wyjaśnienie, że porządnemu rycerzowi miecz sięga nie wyżej niż do pępka, rozwiązało sprawę. Mierzyli do pępków, twardo zadzierając koszulki i bawiąc tym wszystkich dookoła. Hanna weszła w posiadanie miecza polskiego, zaś Krzysztof - krzyżackiego i od tej chwili, aż do powrotu do domu, toczyła się zażarta bitwa pod Grunwaldem. W antraktach, między kolejnymi starciami, rozgrywano przedstawienie o "Dwóch Śmiesznych Mieczykach" lub też przekształcano oręż w instrumenty muzyczne: gitary, skrzypce, pałki od perkusji. Bywały też miecze bronią palną, a nawet małymi, uroczymi kotkami. Obłęd po prostu.



Sam Malbork zaś zaznaczył się dodatkową dawką emocji w postaci parku ruchomych dinozaurów, które Krzyś uporczywie nazywa "dinożarłami". Same dinożarły były rewelacyjne, bo nie tylko się ruszały, ale i mruczały złowieszczo (wg Krzysztofa - "ryczyły"). Niby się wiedziało, że nie są prawdziwe, ale... ale... Krzysztof wolał nie dotykać. Za to plac zabaw w parku - to jeden z najlepszych jakie widziałam. Godziny rozrywki murowane.



Z atrakcji turystycznych, w kolejnych dniach, potwory odwiedziły jeszcze port w Gdyni, a w nim Akwarium i ORP "Błyskawica". Walory edukacyjne, zarówno historyczne, jak i zoologiczne, zostały przez rodzicieli w stosownych dawkach wtłoczone do ich rozumów. Ciekawe jak długo tam pozostaną. Potężny wicher i dość sztormowa pogoda ograniczyły szaleństwa plenerowe i pchały nas do pomieszczeń.


Dodatkowo w Gdyni na pierwszy plan wybił się problem z Glutem. Dzieci obdarzone własną gotówką dokonywały bowiem samodzielnych, nie zawsze rozsądnych zakupów. I tak Hanna, w ramach pamiątki, z niewiadomych przyczyn, nabyła fioletowego Gluta. Był on mazią przebrzydłą, chłodną i wilgotną, którą z lubością ugniatała i międliła z niezrozumiałych celach. Krzysztof, nabywszy coś innego, ogromnie jej owego cudu zazdrościł. Tajemnicze przeznaczenie Gluta pozostało dla nas do końca nieznane, choć niepokój wzbudził, zauważony przez rodzicieli, napis na opakowaniu: "Masa pierdząca". Właścicielka Gluta napisu przed nabyciem oczywiście nie przeczytała, ale zupełnie nie zraziła jej tematyka. Glut stał się na następne 2 dni najpiękniejszą zabawką świata... do czasu, gdy nie wkleił się samoczynnie w ręcznik, Hanny torebkę i porzucone w niej luzem 10 zł oraz materac, na którym Hanna spała. Sam się wkleił, innych winnych nie wykryto. Hanna zmuszona do prania i czyszczenia straciła serce do Gluta i tylko kilka łez uroniła, gdy tatuś uroczyście wywalił badziewie do śmieci.



Nie sposób nie wspomnieć na koniec o akcji zbierania bursztynów na Wyspie Sobieszewskiej. Przy okazji zaznaczam, że Hanna nie chciała wierzyć, że to wyspa i trzeba było w tej sprawie podeprzeć się autorytetem mapy. Bursztyn lśnił wśród morskiego bałaganu posztormowego i kusił. Łup zbieraczy został dokładnie udokumentowany. Stosowano podczas pracy różne techniki: tradycyjne grzebanie w nadmorskich śmietkach, jak i skomplikowane figury gimnastyczne podszyte nadzieją, że bursztyn sam wejdzie w ręce. W każdym razie plażę opuszczono z lśniącym miodowo łupem i to się liczy.




Powrót do domu uczczony został dwoma godzinnymi korkami na autostradzie, podczas których jedno dziecię pilnowało mapy, zaś drugie napawało się dźwiękami Pearl Jam-u aż do zupełnego odlotu. Wyprawę zaliczono do udanych. Mówi się, że podróże kształcą. Nie mówi się jednak, co kształcą. W dzieciach zapewne kształcą wrażliwość na sztukę, historię, przyrodę oraz generują rozwój metodologii naciągactwa przy budkach z goframi i stoiskach pamiątkarskich. W rodzicach podróże kształcą nieprzebrane masy cierpliwości i zmysł szybkiego wyławiania z tłumu i nieznanego otoczenia własnych, osobistych potworów. Ale uff... Udało się ich nie pogubić, nie uszkodzić, a może nawet czegoś nauczyć. Wracamy do codzienności odliczając dni do wakacji i kolejnych wędrówek :)


poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Czeladnicy pizzermana

Lata mijają beztrosko, ale im człowiek starszy, tym bardziej powinien myśleć o przyszłości. Ścieżka kariery zaczyna się często jeszcze w pacholęcych latach. Czasy są niepewne i nigdy nie wiadomo, w jaką stronę pogna nas rozwój zawodowy - im więcej fachów w rękach - tym lepiej.
Dlatego też skierowałam potwory do pracy czaladniczej w branży gastronomicznej. A żeby nie było tak jawnie widoczne, że wypycham maleństwa do roboty, uczyniłam to pod kryptonimem imprezy urodzinowej, uzupełniwszy grupę szkoleniową dziesięcioma innymi czeladnikami wybranymi spośród licznych znajomych Hanny.

Cała akcja odbyła się 27 kwietnia w lokalu pizzerii Ferio, w malowniczej widzewskiej okolicy. Już w fazie wstępnej 2 szklanki soku samodzielnie (bo samo się to zrobiło!) uległy rozbiciu o ziemię i bezczelnie ochlapały dwoje najmłodszych uczestników spotkania. Przez myśl przemknęło mi pytanie, czy zdołam uniknąć rachunków za pralnię od rodziców obecnych na sali dzieci. Na moje szczęście jednym z ochlapanych był mój osobisty Krzysztof, więc machnęłam ręką na jego portki i koszulkę. Zbite szklanki zostały uzupełnione przez plastikowe kubeczki, co przyjęłam entuzjastycznie, gdyż już dostrzegałam w pozostałych szklankach potencjał kolejnych strat. Czeladnicy zostali chmarą pogonieni przez mistrza prowadzącego do łazienki, celem umycia rąk. Część raczyła wyrazić głębokie zdziwienie i niezadowolenie z konieczności dokonania ablucji, jednakże presja tłumu zadziałała i wszystkie garście zostały wyszorowane.

12 par silnych dłoni przystąpiło do walenia z całej siły w kulki ciasta, co było dość ucieszne, a następnie  do ugniatania i rozciągania własnych placków. Tu miało miejsce niejakie zaskoczenie, bo okazało się, że nie jest to takie proste. W plackach z uporem czyniły się dziury, a zbyt długie zgniatanie i molestowanie placków spotykało się z krytycznym wzrokiem mistrza sztuki pizzowej. Raz po raz zmarnowany placek wędrował do kosza zwiększając bilans strat, a czeladnik zaczynał robotę od początku. O dziwo, ta galernicza i iście syzyfowa praca nawet ich bawiła, zatem dramatu nie było. Mieliśmy do czynienia jedynie z marnotrawstwem placków. Ale od lat wiadomo, że sztuka i nauka wymagają poświęceń.

Po wymuskaniu, wygłaskaniu, wygnieceniu doskonałych, cienkich krążków stanowiących podstawę posiłku, dzielna młodzież przystąpiła do smarowania ciasta sosem. Szło znacznie szybciej niż gniecenie i dość barwnie, bo część sosu lądowała na plackach, a część na stole, podłodze i odzieży. Wizja rachunków za pralnię zaczęła mi się wydawać coraz bardziej nieuniknioną. Po sosie przyszedł czas na układanie dowolnych dodatków, według własnej artystycznej wizji. Ilu czeladników, tyle było pizzowych kreacji, a każda zachwycała feerią barw i smaków. Fascynowało mnie to do tego stopnia, że zasugerowałam mistrzowi prowadzącemu szkolenie, by dokonał zmiany menu w oparciu o to co widzi. Poważnie rozważał, równie ujęty widokiem.

Ponumerowane pizze powędrowały do pieca. Czeladnicy, już wytresowani, bez najmniejszego zaskoczenia, wyszorowali ręce i zasiedli do stołu. Po stłuczeniu kolejnej szklanki i rozchlapaniu soku, wytwory sztuki kulinarnej, lśniące i wypieczone zaczęły objawiać się naszym oczom na kolejnych talerzach. Nadworny fotograf - tatuś wytrwale uwieczniał dzieła wraz z twórcami, w przekonaniu, że ma na to jedyną i krótkotrwałą szansę. Nad ostatnią pizzą - dziełem czeladnika Maksa, zawisło fatum. Z przyczyn nieznanych grzmotnęła z hukiem o ziemię wraz z talerzem i pechowiec musiał wykonać pracę po raz wtóry. Dzięki temu stał się bohaterem popołudnia, a wszyscy pozostali odczuwali delikatne drgnienie zawiści - "On to ma fajnie, bo może drugi raz!". Konsumowanie pizzy dało chwilę ciszy i przekonania, że rachunki za pralnię mam jak w banku. Bowiem jak tu jeść pizzę nie wyflugawszy się od góry do dołu? Ale za to, dla odmiany, reszta szklanek została w całości. Ku mojemu zachwytowi młodzi ludzie okazali się być osobami nie tylko utalentowanymi kulinarnie, ale i nieziemsko szlachetnymi. Zapadła bowiem grupowa decyzja zostawienia po kawałku pizzy dla rodziców. Otrzymali na ten cel stosowne opakowania, które zostały napełnione kuszącą zawartością, elegancko podpisane i ozdobione. 




W końcowym etapie, uwieńczeniem pracowitego popołudnia stał się akcent urodzinowy jednego z uczestników, uroczyste śpiewanie, dmuchanie i dopychanie się tortem, przy którym machnęłam już ręką na zagadnienie pralni. Czeladnicy otrzymali dyplomy, które mogą stanowić doskonałe uzupełnienie interesującego i godnego uwagi CV. Każdy z nich mógł przy tym śmiało powiedzieć, że fach ma w rękach... i na ubraniu.


Mam nadzieję, że wszyscy obecni ubawili się przynajmniej w tym stopniu, w jakim się wypaprali. Rodzice mogą bez obaw oczekiwać samodzielnych prac kulinarnych w domach. Zaś w kwestii rachunków za pralnię - uprzejmie proszę kierować je drogą elektroniczną na mój adres mailowy lub przez FB. Obiecuję, że zniosę to dzielnie :)

Dokumentacja

P.S. Bezinteresownie i całkiem obiektywnie polecam urodziny w Fiero! Pyszna zabawa :)