poniedziałek, 31 marca 2014

Gwiazda rośnie w cieniu gwiazdy

Nie jest łatwo być dzieckiem.

Jeszcze trudniej być młodszym dzieckiem, całkowicie zapatrzonym w swój własny ideał - starsze rodzeństwo. 

Póki jeszcze jest się fąflem małym, wszystko ma swoje miejsce. Siostra jest wspaniała i Ty jesteś wspaniały. Zdaje Ci się, że jesteście równi sobie i oboje potraficie wszystko. Ale przychodzi wiek poważny, kiedy się już odfąflisz, podrośniesz, bystrym choć zaokularzonym spojrzeniem ogarniesz temat i dostrzeżesz, że nie wystarczy powiedzieć umiem, żeby umieć, nie wystarczy chcieć, żeby mieć. 

Przychodzi zwątpienie i poczucie, że do ideału nie doskoczysz. Ideał jest prawie jak mama i tata, dorosły niemal, ma lat 8, ma rozum, wiedzę i siłę, na które patrzysz z rozdziawioną buzią. Ma talent i umiejętności, o których Ty, ze swoimi nędznymi trzema czy czterema latami, póki co możesz tylko marzyć. Wtedy nie pozostaje nic innego, jak schować się w kąt i z daleka ideał podziwiać. Wysiłki i próby sensu nie mają, walka skazana jest na niepowodzenie, haniebny wiek twój oznaczać może tylko porażkę.

Krzysztof to wie, bo Krzysztof tak czuł, chował się w kącie i twierdził, że nie umie, nie chce, nie będzie, bo nie da rady tak jak Hania. Ale to było kiedyś. Bardzo dawno. Gdy był jeszcze całkiem mały. Jakiś rok temu. Teraz Krzysztof ma prawie pięć lat i to "prawie" już go nobilituje do bycia dużym. I daje mu siłę i moc wiary w siebie. Krzysztof słyszy też często, że jest świetny, fantastyczny i wyjątkowy. Wcale nie gorszy niż Hania, wcale nie szarak, zwyczajniak i nicnieumiak. I też może stać na scenie, jak Hania. I śpiewać, i tańczyć, i recytować. I mieć rzesze fanów i wielbicieli. I oklaski. Bo splendoru jest Krzysztof spragniony. I na pochwały łasy. Bo drzemie w nim lew, zwierzę sceniczne, które dopiero zbiera się do skoku.

Złożyło się tak szczęśliwie, że po wczorajszych Hanny sukcesach dziś Krzysztof wystąpił na kameralnej scenie przedszkolnej wraz z innymi przedszkolakami, a po powrocie do domu zażyczył sobie udokumentowania występu na blogu ("Mamo, zrób mi posta, zrób mi posta - tylko z filmikiem!"). Więc uległam, bo i pędrakowi należy się chwila chwały.

Artysta co prawda stał do widowni tyłem, co było stratą dla widzów wielką, ale kamera co trzeba uchwyciła. Rola zamyka się w skromnych kilkudziesięciu sekundach, jednakże uwagę zwraca brak tremy i swoboda, oraz naturalność aktora. Ponadto na oklaski zasługuje nienaganna dykcja, jaką (nieskromnie tu przyznam) może pochwalić się moje dziecię. Z logopedycznego i generalnie oratorskiego punktu widzenia Krzysztof bowiem KRÓLEM JEST, chyba nikt nie zaprzeczy ;)

Zatem na specjalne życzenie artysty - Krzysztof choć od strony zadu, za to w ramach poematu miesięczno-obuwniczego, w roli miesiąca Października:


A oto i artystyczna całość, okrągły rok, już obuty, dumny i oklaskiwany.


A żeby już dopełnić obrazu prawdziwego, młodego artysty, poniżej dowody tryumfu, nie byle jakie, prawdziwe, wręczane z fanfarami. Już wiszą na Krzysztofa osobistej tablicy sukcesów, nad łóżkiem ;)


I tą drogą, dla naszych przedszkolnych aniołów - Pani Kasi i Pani Marzenki, które wytrwale i skutecznie pomagają nam w budowaniu w Krzysztofie  poczucia własnej wartości, wiary w siebie i w to, że jest równie wspaniały jak siostra - WIELKIE, WIELKIE DZIĘKI :)





niedziela, 30 marca 2014

Solidne podstawy kariery wokalnej

Szkoła Hani jest budynkiem obszernym, rozczłonkowanym, architektonicznie zawiłym niczym potężne oświatowe zamczysko. Rozsiadła się jak ogromny bąk pośrodku jednego z największych łódzkich blokowisk. Wciąga, wsysa, pochłania co rano setki młodych dusz i mózgów w nadziei, że popołudniem wypchnie je z siebie zbrojne w nową wiedzę i doświadczenie. 

Na pierwszym piętrze, naprzeciwko gabinetu legendarnej już niemal Pani Haliny mieści się komnata, w której Pędziwiatry o wokalnym zacięciu uczą się śpiewu. Niezaprzeczalną królową tego pomieszczenia jest Pani Marzena. Jest to postać zawierająca w sobie nieprzebrane pokłady cierpliwości do kręcących się, wiercących, skaczących, miotających się jednostek, które bardzo chcą śpiewać, ale wysiedzieć w miejscu nie potrafią. A Pani Marzena to osoba nie byle jaka. Zna ją nie tylko wszystkowiedzący Wujek Google, ale nawet Ciotka Wikipedia. Znaczy postać nietuzinkowa, znaczy fachura, znaczy szacun. Dodatkowo bogata dusza, talent i pasja. Kuje, rzeźbi i szlifuje młode głosy nie jak rzemieślnik lecz jak artysta. Stąd też uczucia o potężnej sile z dziecięcych serc ku Pani Marzenie płyną. Wystarczy rzec, że Hanna Panią Marzenę bardzo szybko przedzierzgnęła w Ciocię Marzenkę i od tego czasu darzy ją wielką estymą, jednocześnie dręcząc i wykańczając (jak mniemam) swoją niebanalną osobowością. 

Zatem jako niezmienny, zrównoważony i królujący punkt sali do śpiewu występuje Ciocia Marzenka, jako punkt silnie ruchomy, a nawet ruchliwy występuje Hanna i inne jej podobne postacie. Ponadto z elementów istotnych sala zawiera jeszcze pianino, laptop, ustrojstwo nagłaśniające wraz z mikrofonem oraz słup.

Słup jest ze wszystkich tych gadżetów najbardziej stały, rzekłabym nawet - niewzruszony, gdyż tkwi w spokoju iście stoickim od lat wielu, od kiedy go tam pobudowano. Istnieje na świecie znacznie dłużej niż którekolwiek z pojawiających się w sali i wciąż nieopierzonych elementów ruchomych.

Bez słupa nauka śpiewu nie byłaby w ogóle możliwa. Króluje on zgodnie i na równi z Ciocią Marzenką. Taka wspólna, jednoczesna władza, jak niegdyś Jagiełły i Jadwigi.
Nie, nie zwariowałam. Wiem, o czym mówię.
Słup jest nieodzowny.
Wielokrotnie widywałam Hannę w relacji ze słupem. Doświadczyłam także widoku słupa w duetach o innym składzie. Słup zawsze jest gwiazdą. Wygląda to mniej więcej tak: młody człowiek z mikrofonem w garści walczy o utrzymanie się w akceptowanej dla uszu symbiozie z podkładem muzycznym. Walka ta wymaga przeniesienia emocji ze środka na zewnątrz za pomocą wszelkich dostępnych kończyn (konkretnie trzech, gdyż czwarta kończyna twardo trzyma się mikrofonu). Emocje powodują zatem, że kończyny luźne, zwłaszcza w częściach dystalnych wiją się wokół słupa w sposób niezbyt zorganizowany, ale zgodny z rytmem muzyki. Zatem ręka dokonuje wszelkiego rodzaju opukiwania, głaskania, skrobania, dłubania, klepania w słupa część wyższą, nogi zaś słup oplatają, kopią, ocierają się oń tudzież wykonują wokół niego skomplikowane figury taneczne w części najniższej. Niejednokrotnie do akcji wkracza dziecięcy kuper, który z różną energią i siłą o środkową część słupa się ociera. W efekcie to słup jest w centrum uwagi i zdaje się być główną postacią dramatu. Bez choreograficznego udziału słupa śpiewanie wydaje się całkiem pozbawione wyrazu. 

Słup ponosi ciężkie i nieodwracalne szkody w wyniku systematycznego wykorzystywania go do tych czynności. Powycierany, poorany i gdzieniegdzie poszczerbiony, stanowi żywy, choć betonowy przykład na to, że prawdziwy artysta jest gotowy na wielkie poświęcenia dla sztuki. Choć słup akustycznie się nie udziela, choreograficznie zachwyca i stanowi całkiem solidne wsparcie dla młodego solisty.

I gdy przychodzi czas scenicznego wykonu, przed publiką tudzież konkursowym jury, brak słupa mocno doskwiera. Ileż trzeba samozaparcia, jakiż profesjonalizm trzeba z siebie wydłubać, żeby bez wiernego towarzysza się obejść. Dobrze, że w chwilach takich można liczyć na wsparcie Cioci Marzenki, która (znacznie mobilniejsza od słupa) kibicuje wyczynom muzycznym poza swoim szkolnym habitatem. Podejrzewam jednakże, że w tajemnicy, w zaciszu muzycznej komnaty, zdaje słupowi relację o wyczynach wokalistów, żeby i on był na bieżąco z ich sukcesami.

A będzie co jutro w szkole opowiadać. Bo oto i kolejny powrót z tarczą z wyprawy o kryptonimie "Wygraj sukces". Uczniowie Cioci Marzenki, a wśród nich Hanna, zaprezentowali się zgoła fantastycznie, mimo odczuwalnego braku słupa. Hanna zaliczywszy lekkie potknięcie tekstowe (ach, słupie gdzieżeś ty?!) brawurowo i przeponowo wlazła do półfinału konkursu, zatem duma, uciecha i wielkie lody były nam dziś towarzyszami. A teraz nie pozostaje mi nic innego, jak zaprosić serdecznie do odsłuchu i obejrzu dzisiejszych wykonów :)

Na zdjęciu, z moją osobistą artystką, zestaw Hannie najmilszy - niezastąpiona Ciocia Marzenka oraz Monika i Ola.



Tymczasem poniżej na nagraniu (jakości umiarkowanej) "Słodki strach" lekko podszyty horrorem, dedykowany wszystkim przeszłym i przyszłym chwilom rozkosznego łasuchowania :P



A na koniec piosenka potknięta - czyli "Śpiewam i tańczę". Moim skromnym i zupełnie nieobiektywnym zdaniem, mimo owego potknięcia nie ma śladu obciachu, potyczka komponuje się z teścią, jest moc, więc się chwalę i nią. A co mi tam :)






czwartek, 27 marca 2014

Pacnięcia i bipnięcia czyli uroki miejskich wędrówek

W monotonii przedszkolno-domowej codzienności przydarzają się, i to dość regularnie, chwile wielce atrakcyjne i kuszące. Są to chwile zamykające się w czasie około półgodzinnym i na przestrzeni mniej więcej 3 km oddzielających przedszkole od szkoły. 

Rzecz dzieje się zwykle w poniedziałkowe i czwartkowe popołudnia, kiedy to krzysztofowe zamiłowanie do muzyki i ruchu oraz nie mniej silna tendencja do naśladowania siostry pcha potwora ku zajęciom dla najmłodszych Pędziwiatrów. W te dni już zejście z piętra do przedszkolnej szatni odbywa się w kroku tanecznym z licznymi piruetami na każdym schodku. Patrzę na te popisy przez szybę i dziwię się, że jak dotąd uniknęliśmy potężnego zrypania się na sam dół schodów. Po brawurowym zejściu następuje równie brawurowe ubieranie się i wymarsz na świat pozaprzedszkolny. 

I tu ma miejsce sytuacja niebanalna, bowiem pojawia się konieczność skierowania kroków nie w stronę spokojnych okolic domu czy parku, lecz w stronę ruchliwego życia miejskiego. I już po kilku chwilach Krzysztof otrzymuje możliwość podjęcia dorosłej i ogromnie ważnej decyzji - jedziemy tramwajem czy autobusem. Dylemat jest duży, bo istotne strategicznie jest to, czy w danym pojeździe będzie można dosięgnąć samodzielnie do przycisku otwierania drzwi i czy lektor będzie zapowiadał kolejne przystanki. Pospieszna analiza problemu prowadzi niezmiennie do decyzji, że sprawa jest kwestią przypadku i wyboru trzeba dokonać na ślepo. Ale jest to wyłączny wybór Krzysztofa i w razie czego reklamacji na MPK nie przyjmuję.

Oczekiwanie na wybrany środek lokomocji wypełnione jest zazwyczaj analizą wiszących na przystanku plakatów reklamowych. Zabawa o różnym poziomie skomplikowania polega chociażby na komentowaniu obrazków, zliczaniu poszczególnych liter w napisach lub głośnym odczytywaniu wszelakich nadrukowanych cyfr. W przypadku braku plakatów toczy się luźna rozmowa na tematy mniej lub bardziej prywatne. Poważna impreza zaczyna się, gdy podjedzie odpowiedni pojazd komunikacji miejskiej.

Pierwszy niezaprzeczalny fart następuje już wówczas, gdy uda się potworowi nadusić samodzielnie zewnętrzny przycisk otwierania drzwi. Wtedy wiadomo, że jest szczęście i jedno spełnienie zostało zaliczone. Później następują skomplikowane trzy przystanki, podczas których w Krzysztofie walczy jednoczesna potrzeba otwierania w odpowiednim momencie drzwi poprzez pacnięcie przycisku z potrzebą siedzenia przy oknie i liczenia mijanych aut podczas jazdy. Miota się zatem dziecię w tempie przyspieszonym między oknem, a drzwiami jakby było żywcem wyjęte z filmów z Chaplinem. Jednocześnie Krzysztof usiłuje wyprzedzić lektora i samodzielnie informować współpasażerów o kolejnych przystankach. I zdarzają się chwile pięknej współpracy między Krzysztofem a towarzyszami podróży. Niejednokrotnie bowiem ktoś zaczai bazę i sam z siebie poprosi dziecko o pomoc. Krzysztof wówczas nadusza przycisk otwierania drzwi z wielkim namaszczeniem i pławi się w zachwycie nad swoją mocą sprawczą. I pęka z dumy, że taki był pomocny.

Na trzecim przystanku opuszczamy pojazd i pozostaje nam ostatnia gratka. Pokonanie jezdni na światłach. Nie dość, że trzeba poczekać na zielone. Ono zielonym się nie uczyni, jeśli nie pacniesz podświetlanej łapy na słupie. I znów jasnym jest to, kto tym pacaczem być musi. A gdy nastąpi zielone, rozlegają się rytmiczne bipnięcia. Krzysztof wie, po co one i popiera zjawisko bipania. A żeby się to bipanie nie marnowało, przeczekuje czerwone z zamkniętymi oczami. Bipanie daje mu znak do marszu i otwarcia oczu. Tak oto zaliczywszy moc atrakcji, wynaciskawszy się, wypacawszy i doznawszy nausznie bipania Krzysztof dociera do szkoły, gdzie gotów jest na wyzwania zupełnie innej natury.

O ileż doświadczenia Krzysztofa stałyby się uboższe, gdybym wreszcie zrobiła prawo jazdy i woziła dziecię, jak tatuś, peugeotem lub innym ustrojstwem. Wszak nie to jest dla dziecka atrakcyjne, co wygodne. Nie to jest nawet atrakcyjne, co niecodzienne. Liczy się to, co budzi emocje, nawet jeśli nam, płytkim i nudnym dorosłym wydaje się to być błahe...



wtorek, 25 marca 2014

Pogodowej zupie mówimy nie!

Potwory stanowczo domagają się ciepła, słońca i igraszek na trawie. Domagają się także nieograniczonego dostępu do trampoliny i rowerów. A za oknem coś, co można określić jedynie słowem - porażka. 
Pokusiła słońcem wiosna skubana, pokazała co potrafi, a teraz wiatrem i zimnem po plecach. Nieładnie. Wręcz niehumanitarnie. Zimowe kurtki już wyprane. A dziś trzeba było je pościągać z urlopów i pozaprzęgać do roboty. Klęska, klops i poruta wiosno szanowna!

Zgodnie z wymaganiami potworów i głęboką ich wiarą w moce rodzicielskie, to ja mam z wiosną załatwić, żeby się ogarnęła. Co prawda Krzysztof tłumaczył rano Hani, że "to naturalne, że marzec miesza wszystkie pogody, bo gotuje pogodową zupę", ale i tak zgody na to ze strony Krzysztofa i Hanny nie ma. Pogodowej zupie mówimy nie!

A ponieważ mamusia jest w stanie wszystkie problemy rozwiązać, uściboliłam pogodowy poemacik z postulatem do wiosny. Daję jej czas do niedzieli. Ciepło ma być, bo przed nami konkursy, koncerty, popisy i lekkie kiecki sceniczne już czekają :D

Idzie wiosna przez podwórka
Machnie ręką, a tu chmurka,
Machnie drugą, a z tej chmury 
Nawałnice i wichury.

A gdy humor jej się zmienia
Słońcem grzeje od niechcenia.
Tu przysmaży, tu przypiecze
I rozdziewaj się człowiecze...

Gdy manatki zzujesz z siebie,
Znów pochmurno jest na niebie
I naprędce wdziewasz łaszki...
Takie wiosny są igraszki.

Dzisiaj ziemię ponagrzewa,
Jutro w rynny deszcze wlewa,
Porozpieszcza słonkiem wioski, 
Po czym w nocy bęc! - Przymrozki.

Teraz człapie skrajem lasu
Wlecze w worku zmianę czasu.
I się wczesnym świtem się chwali,
Byśmy długo nie pospali.

Ej, ogarnij Ty się, proszę,
Wyrzuć szalik i kalosze,
Odrzuć fochy i chimery
I zazieleń nam plenery.

Daj nadzieję i wytchnienie
Zachwyć pięknym otoczeniem,
Bądź słoneczna, ciepła, sucha,
Bo Ci nie do twarzy w pluchach!


I niech się skubana ośmieli nie dostosować do głosu ludu...
Takiej opcji nie ma, bo wiara potworów w moje moce mogłaby ulec degradacji. A tego nie chcemy ;)


poniedziałek, 24 marca 2014

Wszystko o Franku

Krzysztof ma młodszego brata. Zazwyczaj znienacka i dość różnorodnie objawia się obecność malucha, ale trzeba być na nią zawsze przygotowanym. Brat ma na imię Franek i jest strasznie, okropnie mały. Tak mały, że nie chodzi jeszcze do przedszkola. Nawet do pierwszej grupy, do maluchów.

Franek jest nieprawdopodobnie grzecznym i cichym dzieckiem. Bez problemu podporządkowuje się Krzysztofowi, który jest dla niego wielkim autorytetem. Jak każdy porządny maluch przez większą część dnia najzwyczajniej w świecie śpi. Dzieje się to zawsze wtedy, kiedy Krzysztof ma inne, ważne zajęcia. W pozostałym czasie chłopcy bawią się ze sobą. Razem budują z klocków, rysują, tańczą, czytają książeczki, skaczą na trampolinie lub oglądają bajki. Czasem także wspólnie psocą, bo zdarza im się zachlapać całą łazienkę podczas kąpieli, wysmarować pastą do zębów szafki, rozlać mleko lub rozsypać po podłodze kukurydziane płatki. Niestety sprząta potem sam Krzyś, co daje mu okazję do pobiadolenia nad ciężkim losem starszego brata.

Franek jest absolutnie niezwykły i wyjątkowy. Czasem jest jeszcze takim dzidziuchem, że trzeba go karmić butelką ze smoczkiem i co chwilę zmieniać mu pieluchy. Wówczas dużo czasu Franek spędza w wózku, dzięki czemu może być z Krzysiem na przykład podczas spacerów. Krzyś początkowo osobiście pcha wózek brata, ale zrzuca tę robotę na mnie, gdy pojawi się na horyzoncie plac zabaw lub inna atrakcja. 

Czasami Franek umie już chodzić i można go traktować niemal jak rówieśnika. Wtedy bywa, że ucieka, buntuje się lub psoci. A gdy jest nieposłuszny, koniecznie trzeba mu postawić wielką czerwoną kropkę na tablicy dobrego i złego zachowania (takiej samej, jaka wisi u Krzysia w przedszkolu). Krzysztof czerwonych kropek prawie wcale nie miewa i dzielnie zbiera niemal same plusy. Frankowi niestety takie czerwone kropki się zdarzają.

W domu trzeba być bardzo ostrożnym, żeby nie potrącić przypadkiem wózka, w którym śpi Franek, albo żeby na nim nie usiąść, gdy akurat grzecznie bawi się na kanapie. W samochodzie należy pamiętać, żeby przypiąć go pasem i żeby go przez zapomnienie samego nie zostawić, gdy wysiadamy. W sklepie konieczne jest uwzględnienie Franka podczas kupowania dla dzieci soczków, lodów czy ciastek.

Ostatnio Franek się zgubił.
Zgubił się całkowicie i dokumentnie.
Nie było nigdzie ani Franka ani jego wózka. Nie odpowiadał na wołania, prośby i groźby. Przeszukaliśmy niemal cały dom. Nie było go w żadnej dziurze, w żadnej szafce, w żadnym kącie. Martwili się wszyscy przeokropnie. Najbardziej oczywiście Krzyś. Jako poważny starszy brat czuł się odpowiedzialny za brzdąca. Zamieszanie trwało chyba z pół godziny. Padały już propozycje wzywania na pomoc wujka policjanta, zatrudnienia detektywa lub obudzenia w Gamzie (to nasza bokserka-staruszka) ducha psów gończych, gdy Krzyś nagle z radością oznajmił, że oto Franek się "znajdnął". Ot wlazł sobie łapserdak do pustej pralki i tam zasnął. Dlatego też i wołania nie słyszał. Okazało się wówczas, że opieka nad dzieckiem to jednak poważna sprawa i mnóstwo nerwów niekiedy kosztuje. Teraz Krzyś już to wie i stara się Franka pilnować.

Taki już jest ten nasz Franek. Jedyny, niepowtarzalny, uroczy i psotny. Wielki śpioch, gagatek i łakomczuch. Bardzo kocha starszego brata i tylko on - Krzyś jest w stanie się z nim porozumieć, tylko jego Franek słucha.
A najciekawsze jest we Franku to, że jest NIEWIDZIALNY.
Bo Franek jest bratem NA NIBY...

Teraz Franek grzecznie śpi, a tymczasem ja kombinuję sobie po cichu, że w obliczu niepermanentnej ale jednak niezmiernie częstej obecności trzeciego dziecka w naszym życiu powinniśmy się chyba postarać o tzw. Kartę Dużej Rodziny wraz ze wszystkimi jej przywilejami :P

A poniżej starsze rodzeństwo w wieku okołofrankowym. Od razu widać które jest które :)




piątek, 21 marca 2014

Filuterni fleciści

Flet to urządzenie proste. 

Zwłaszcza flet prosty ma to do siebie, że prostym być musi. 

Ot, twardy drąg z dziurami wydłubanymi ze stron wszelakich. I może służyć wielu celom. Można nim gwizdnąć komuś w ucho, gdy zalezie za skórę, albo pukać rytmicznie w stół doprowadzając tym innych do szału. Można przebiec z fletem w garści wzdłuż płotu z metalowych prętów i pobudzić tym do szczekania wszystkie psy w okolicy. Można robić dziury w cieście i piasku, można nim walczyć jak mieczem lub dźgać przeciwnika jak dzidą. Możliwości są nieograniczone. 

Ale Hania etap fletowych eksperymentów ma już dawno za sobą. 

Hania to wie - we flet należy dąć. 

W dodatku dąć nie byle jak, bez ładu i składu. Tak dąć może sobie Krzyś. Albo tatuś. Hania dmie w sposób zorganizowany. Wręcz rzec by można, że dęcie odbywa się w porządku, ładzie i starannej kolejności, jakiej trudno dopatrzeć się we wszelkich innych działaniach Hanny. Kierunek temu dęciu nadaje gromada nut osiadłych dostojnie na rozpiętych drutach pięciolinii. Jak stado wróbli siedzą i najwyraźniej do Hanny przemawiają, bo ona wie dzięki nim jak i kiedy dmuchać i które otwory fletu palcami zatykać. Ma to w sobie coś z czarów, bo ani z Krzysiem, ani z tatusiem, ani ze mną te wróbliska gadać nie chcą. Ale Hanna zna je doskonale i egzystuje z nimi w pełnej symbiozie. 

Dzięki tej muzycznej wiedzy tajemnej zdarzają się w życiu Hanny dni fletowego koncertowania. Stan to niezwykły i niecodzienny. Oto Hanna, w wielkiej gromadzie dojrzałych jak ona flecistów, stoi i z powagą godną zawodowego instrumentalisty uprawia szlachetną sztukę muzykowania. Podkreślam - stoi. Spokojnie. Nie biega, nie skacze, nie kręci się, nie podskakuje, nie wiruje, nie tańczy. Trwa niemal w bezruchu, jeśli nie liczyć przebierania palcami po otworach fletu, wodzenia oczami po nutach i dęcia. I inni fleciści też stoją i dmą. I dęcie to niezwykle jest miłe dla ucha i budzi aplauz i podziw. Przyjemne to bardzo uczucie i nic dziwnego, że fleciści dmą z wielkim zapałem. Ciężko uwierzyć, że to te same szalone głowy, filuty i gagatki, które na co dzień zumbują, twistują i rock&roll'ują, pędzą z wiatrem i w miejscu nie usiedzą dłużej niż wymaga tego nabranie dwóch czy trzech oddechów. To magia czyniona niewidzialną różdżką Pani Janiny, że stado ruchliwych Pędziwiatrów zmienia się w stonowany i poważny Zespół Muzyki Dawnej. Na krótko. Na moment, trzy kwadranse lub godzinkę. Potem szaleństwo wraca i znów wiatr ich pędzi. Ale warto uchwycić tę chwilę, bo jest wyjątkowa :) 

Każdego kto czuje się gotów, by naocznie i nausznie doświadczyć tych czarów zapraszam już w niedzielę 23 marca ok. godziny 9:40 do kościoła św. Rafała Kalinowskiego w Wiskitnie :).



Wiosenne rewolucje

I wreszcie ciepłem powiało. Kominek i termofory idą w odstawkę. Grzejemy się w słonku. Kot pchał się na parapet w pokoju dzieci już od świtu. Tylko tam daje się złapać poranne promyki, bo tylko tamto okno patrzy na wschód.

Tatuś zarządził do wiosennego śniadania sałatę z pomidorami. Sałata lodowa - więc smakuje jak lody. Nikt zatem nie powinien wybrzydzać. Krzysztof miał poważne wątpliwości czy pomysł z sałatą ma sens, ale tatuś zaargrumentował, że od takiej sałaty bardzo szybko się rośnie. A że ojcu wierzy się na ślepo, więc dziecię wrąbało całą michę latając po każdej łyżce do lustra i sprawdzając czy już widać efekty. Na koniec z zadowoleniem stwierdził, że teraz to on już wygląda jak pięciolatek, a nie jak czterolatek i w zasadzie to już niedługo będzie mógł chodzić do szkoły.


Urósłszy odpowiednio po sałacie, Krzysztof się zazielenił. Dziś w przedszkolu dzieci witają wiosnę, strój w odpowiednich barwach jest zatem obowiązkowy. Lekki zgrzyt napotkałam przy spodniach, bo zielone tylko lampasy. Szczęśliwie udało się go przekonać, że nawet drzewo nie jest całe zielone, przecież  pień i korzenie ma brązowe. I Krzysztof jest dziś drzewem. A na drzewo wlazł pies, bo na zielonej bluzce ulokowana jest pomarańczowa psia morda. Tu, o dziwo, zastrzeżeń nie było. Z tajemniczych względów pies na drzewie nie obudził zdziwienia.

Z ulgą zarządziłam wrzucenie zimowej kurtki do prania. Drzewo samodzielnie upchnęło ją w pralce z dużą przyjemnością i dołożyło samo z siebie czapkę i szalik. Zimo precz! Tymczasem przedmiotem rozważań i dyskusji stał się dylemat obuwniczy. Otóż Krzysztof dysponuję jedynym, wyciochranym i kontrastującym z wymogami estetyki obuwiem wiosennym, noszonym już od zeszłego roku. Obów ten był niegdyś elegancką parą brązowych butów, takich co to i do garniaka i do dżinów się nada. Jednakże użytkowany w sposób intensywny zmienił się w masakryczną parę powycieranych rozkłapów, które co prawda trzymają się jeszcze kupy, ale zalatują obciachem. A Krzysztof zmianie obuwia stawia stanowcze veto. Kocha on te buciska uczuciem wielkim, bywało że spać chciał z nimi i pokusom nowości nie zamierza ulegać. A kuszę już od dni kilku wytaczając coraz poważniejsze wirtualne działa: czerwone adidasy z Zygzakem McQueen’em, niebieskie na srebrny rzep z samolotami,a nawet super bajeranckie, co to mrugają światełkami podczas chodzenia. Przecież każdy chciałby takie mieć, a Krzysztof woli swoje rozkłapy.

Dziś jednak nastąpi atak frontalny. Postanowienie mam bowiem głębokie, by zamiast pokazywać mu szalone możliwości obuwnicze w internecie, zawlec go po prostu do sklepu. Niech potwór sam sobie coś wybierze, bo dłużej stóp tak obutych nie zdzierżę! Jeśli tylko plan się powiedzie, rozpoczniemy wiosnę od rewolucji obuwniczej zakończonej, mam nadzieję, empirycznym doświadczeniem porównawczym w nowych butach na placu zabaw.

Oby się sprawdziły :)

czwartek, 20 marca 2014

Czasu kurczenie poranne

Niezależnie od tego jak bardzo człowiek by chciał wcześnie wstać, jaka nie goniłaby go motywacja i ile pokładów samozaparcia by z siebie nie wygrzebał, wstanie przed 6:30 to rzecz niemożliwa. Może inni to potrafią, bohaterskie ich dusze zbrojne w budzik sukces odnoszą i pokusom porannego czarta - Morfeusza oprzeć się potrafią. My nie bardzo :/

I kiedy w bolesnym kwadransie zamykającym się gdzieś między 6:30, a 6:45 udaje się nam stoczyć z legowiska i zabrać do pospiesznej porannej krzątaniny staje przed nami najpoważniejsze wyzwanie poranka - zwlec z wyrek potwory.

Sposobów jest kilka i nigdy nie wiadomo, który danego poranka okaże się być trafionym. Nie pozostaje zatem nic innego jak wyciągnąć zza pazuchy listę patentów i atakować nimi po kolei. Któryś zadziała. Spektrum jest szerokie - od łagodnej perswazji, przez łaskotki, puszczanie głośnej muzyki, kuszenie płatkami z mlekiem, budzenie ducha rywalizacji, aż po groźbę zablokowania przez tatę dostępu do siusialni i zawleczenie potworów do placówek oświatowych prosto z betów - w piżamach.

Ok. 6:45 - Krzysztof łamie się pierwszy. Tupta osowiale do łazienki, jak nocna mara, ze spuszczoną głową i ramionami. Po 2 minutach wraca w podskokach, już nie ten sam, gotów do nowych wyzwań, niekoniecznie ukierunkowanych na ubieranie się.

Hanna nadal nie wstaje.

6:50 - Krzysia brzuszek chciałby coś pojeść. Brzuszek dostaje to, co mu się należy w trybie pilnym, bo to jedyny sposób żeby paszcza zamilkła choć na chwilę.

Hanna zostaje zdrowo ofuknięta i poderwana do pionu. Dołącza niemrawo do Krzysztofa przy śniadaniu.

7:00 - Krzysztofa zadowolony brzuszek pozwala przyoblec się w łaszki. Tymczasem jego paszcza nie przestaje komentować najdrobniejszych elementów stroju. Dziś jest czym się ekscytować. Dysponuje bowiem nową koszulką z piratem. Niebieską i w dodatku z krótkim rękawem, bo idzie wiosna.. Bluzeczka nowiusia. Można gadać bez końca. Po chwili Krzysztof jest całkowicie ubrany, zaokularzony i z zapałem oddaje się samodzielnemu czesaniu.

Hanna bohatersko założyła jedną skarpetkę. W ramach odpoczynku leniwie głaszcze kota.

7:15 - Tatuś wchodzi na wyższy poziom furii i miota się po domu jak dziki. Jeszcze chwila i będzie ubrany prawie tak porządnie jak syn. Hanna zakłada drugą skarpetkę i przypomina sobie, że koniecznie potrzebuje, żeby jej kupić na dzisiaj cyrkiel do szkoły. Krzysztof peroruje na tematy różne, pies plącze się pod nogami, bo chce wyjść.

7:25 - Tata usiłuje wyjechać autem przed bramę rzucając Hannie groźbę, że będzie biegła za peugeotem, jak nie zdąży wsiąść. Krzysztof przemawia nadal, już w aucie. Hanna prawie ubrana wymyśla maksymalnie skomplikowaną fryzurę.

7:27 - Kolejny raz ofuknięta Hanna wsiada do auta. Nieszczęśliwa, bo uczesana w zwykły koński ogon. Wypadam za nią i zamykam dom. Po czym znów go otwieram, bo Hanna wraca do domu po zapomniany zeszyt od polskiego.

7:30 - Potwory w nastroju sielskim śpiewają w aucie "Radość o poranku". My już wiemy, że dotarcie do pracy na 8:00 jest mżonką. Twardo postanawiamy wstać jutro pół godziny wcześniej...

I tak co rano. Może kiedyś się uda :)




środa, 19 marca 2014

Dramatis personæ - czyli o kim rzecz ta cała

Serdecznie witam w przedwiosenny wieczór. Tu oto, na niewielkich teatrzyku deskach pragnę przedstawić, zaprezentować, ukazać rys postaci, które wdarłszy się dość brutalnie w moją codzienność, już w niej pozostały. I, przyznać trzeba, mieszają w niej niewąsko.

Oto Hanna. Hanna wita się dość śmiało. Zamieni słów kilka i do spraw swych bieży. Bo roboty huk. Nieuporządkowanej, chaotycznej, ale roboty. Pod prąd, bo z nurtem nudno. Motorem Hanny jest ruch. Ruch płynny, w sobie tylko znanym kierunku, za to w przyjaznym dla ucha rytmie. Hanny miło słuchać, miło patrzeć na Hannę, ale otoczka Hanny procesów twórczych trudna jest do zgryzienia. Jej artystyczna dusza unosi się na dźwiękach muzyki wszelakiej i na szczyty sztuki się pnie, więc banałów nie zauważa. Cóż jej skarpety rzucone pod łóżko, cóż jej niedogryzione kanapki i stosy papierów na biurku. Marność to przecież i plebsu godne zajęcie, żeby to układać, przekładać i porządkować. Marność też pamiętać o kapciach na w-f, o farbach na plastykę, o tabliczce mnożenia. Phi. Tu Terpsychora na lirze jej gra, Hanna tańczy, Hanna śpiewa i aplauz ma być. Pokaże nam Hanna co potrafi, zachwyci i zalezie za skórę, a póki co pięknie się kłania. ORKIESTRA TUSZ!



Za Hanną pędzi wicher, huragan, tajfun. Co tam Ksawery i poprzednicy jego. To zefirki ledwo i niemrawe powiewy. Oto pędzi witać się Krzyś. Podbiega i milknie. Nie zna przeciwnika, więc słowa w sobie dusi. Ale to chwila, kilka oddechów jedynie i już słów potok mknie i w wodospad się zmienia. Krzysztof mówi, referuje, pyta, komentuje. Czy ktoś słucha czy nie - oracje trwają i nawet nocą cichną niechętnie. Gdy Krzysztof nie mówi, to śpiewa. I tylko magiczne pigułki słodyczy z łakociowej szuflady są w stanie od czasu do czasu (w środę i w sobotę) pogrążyć dom w chwilowym błogostanie ciszy. Bo już Katon mawiał "Mówca to człowiek prawy". Krzysztof lewy być nie chce, więc przemawia.
Choć w odróżnieniu od Hanny, której piastować przyszło funkcję prototypu wśród potomków naszych, Krzyś jeszcze dzieciak i szczawik, siłę przebicia ma i moc w nim drzemie niemała. A gdy rytm właściwy uszy mu smagać zaczyna Krzyś Krzysztofem się staje i porwany muzyki siłą uderza w tańce, hulanki, swawole. I całkiem się jak u wieszcza dzieje, że "ledwo karczmy nie rozwalą". A ulubienicą Krzysztofa jest gitara. I z każdego patyka, łopatki, kija Krzysztof potrafi wyczarować gitarę. I grać.
Krzysztof się ukłoni albo też nie. Nigdy nie wiadomo. Bo Krzysztof to zagadka. Ale na aplauz jak siostra łasy, więc po raz wtóry brawa i ORKIESTRA TUSZ!




Teraz szczęśliwie śpią i króluje cisza. Przy krzysiowej kołysance życzę dobrej nocy :)

NOCKA

Nocka niebem kroczy,
Zasypiają oczy…
I powieka niczym brama
Już zamyka nam się sama.
Pod nią sen – jak barwna rzeka,
Obok łódź z poduszki czeka.
Więc się rzućmy w nurt wydarzeń
Po krainie sennych marzeń…

Nocka niebem sunie
Najwolniej jak umie…
Aby dzieci i dorośli
Mogli sny do końca dośnić,
Zanim bezlitosny budzik
Wczesnym rankiem zerwie ludzi
I zagoni w dzienny kierat,
Lecz nie myślmy o tym teraz…

Nocka niebem człapie,
Księżyc cicho chrapie…
Gwiazdy nucą kołysanki
Dla rodziców i dla Hanki,
Tylko Krzysio wciąż nie ziewa
I z gwiazdkami cicho śpiewa.
Szkoda czasu mu na spanie,
Gdy zabawa, śpiew i taniec…

Nocka Krzysia beszta:
„Zaśnij tak jak reszta”…
Śpi już Hania, śpią rodzice,
Wtul w poduszkę swój policzek,
Śpi pluszowy kot i foka,
A Ty bujasz wciąż w obłokach,
Śpią na półkach klocki rzędem,
A Ty tylko: „Nie, nie będę”…

Nocka szepce z cicha:
„Już ja uśpię Krzycha”…
Choć tu, jeśliś tak odważny,
Będziesz ze mną liczyć gwiazdy,
Tylko połóż się kolego,
By swobodnie patrzeć w niebo.
Krzysio liczy, mruży oko,
Lecz nim skończył – śpi głęboko…