Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koncert. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koncert. Pokaż wszystkie posty

sobota, 26 kwietnia 2014

Debiut w deszczu - czyli uroki scen plenerowych

ZAPISKI PRZED DEBIUTEM:

- Potwory, co robicie? - pytam grzecznie, zaglądając do ich pokoju.
- Bawimy się - pada enigmatyczna odpowiedź.
- To widzę. Ale w co? - dociekam, bo ciekawską mam naturę.
- W teatrzyk na dwa potwory - odpowiadają niewinne dzieciątka z uśmiechem.

Tak powstaje poplątanie fikcji z rzeczywistością, od którego można postradać zmysły.

Po wnikliwym podglądactwie mogę mniemać, że ćwiczą układy przed występem w Manufakturze. Bo oto Krzysztof staje w sobotnie przedpołudnie pierwszy raz na scenie w charakterze pędziwiatrowego debiutanta. Przed nim konieczność sprostania dwóm numerom tanecznym i presji tłumu. Sceniczne deski łódzkiej Manufaktury już na niego czekają. Zapewne niecierpliwie. A Krzysztof przeżywa.  

- Mamo, mam prawdziwy strój. Na scenę. Czy ty wiesz jakim on jest kolorem?
- Całkiem niebieskim - odpowiadam, bo osobiście wieszałam go w szafie.
- Nie mamo, to nie jest prawdą. On jest niebieski z różowym kwagratem!

No i trudno się nie zgodzić. "Kwagrat", a zasadzie prostokąt - na klacie jak byk. Durnie wyskoczyłam z tym "całkiem" niebieskim. 

Krzysztof zatem, w towarzystwie 4- i 5-latków zostanie wypędzon na scenę i zagonion do tańca. I przewiduję 3 możliwe scenariusze:

1. Zwieje ze sceny zanim dotrą do jego usząt dźwięki pierwszego numeru.
2. Zawiesi się i odstoi jak słup soli cały utwór, podczas gdy inne przedszkolaki będą tańczyć.
3. Zaskoczy mnie i dumą napełni bez miary i zatańczy jak prawdziwy sceniczny wyga.

Aż do startu imprezy gotowa jestem przyjmować zakłady w tym temacie. Osobiście mam swój typ, w zakresie rozwoju wydarzeń. Ale debiut to debiut. Każdy przez to przejść musi.

Tymczasem stara wyjadaczka scen wszelakich nie pietra się wcale, nie stresuje i w temacie manufakturowego koncertu całkiem jest wyluzowana. Bo to już jej któreś z rzędu manufakturzenie. Uodporniła się i tyle. 

Lans na rynku Manufaktury w 2012

Poranek sceniczny nie poraża pięknem. Leje. Zimno. Plucha. Listopad to czy kwiecień? Hanna przypomina, że przy ostatnim podejściu do występów na plenerowej scenie w Manufakturze mieliśmy burzę z gradobiciem i odwołano występ. Wyraża stanowcze veto przeciwko powtórce tego wydarzenia. Ale co ja mogę? Wówczas występ się nie odbył, ale pamiętam też taki ze słońcem i tłumami, 2 lata temu. Postanawiam zatem dokonać reminiscencji...

 Hanna w stroju do hip-hopa szalała po rynku Manufaktury nie mogąc doczekać się na swoje wejście na scenę. Co chwilę znikała mi z oczu w tłumie identycznie ubranych Pędziatrów. Z racji chustek na głowie roztańczone furie upodobniły się do siebie i ciężko było wyłowić własnego potwora. Więc matki jak kwoki zgarniały na kupę wszystko, co pomarańczowo-czarne i skaczące jak na sprężynach.
Słoneczna Manufaktura 2012

Tymczasem Krzysztof jako upiorny 2,5-latek robił wszystko, żeby mi uciec i się zgubić w tłumie. Na chwilę stabilizował się jedynie przy wystawie motocykli. Występy nie interesowały go wcale. Rykiem wybuchał co 5-7 minut, a portkami i koszulą wycierał trotuar rzucając się w atakach buntu ku ziemi. Dzięki czemu nie miałam najmniejszych szans obejrzenia występu pomarańczowo-czarnych, bo ganiałam za upiorem.

Tym razem jadę pełna nadziei, że będzie lepiej. Zgodnie z tradycją baterie w aparacie padają przed wyjściem z domu. Zgodnie z  tą samą tradycją nie mamy żadnych innych i konieczne jest nabycie nowych, na biegu, gdziekolwiek, byle szybko. Eh, cali my! Potwory jednak troszkę doroślejsze i przynajmniej teoretycznie zmądrzały. A i ja rozwinęłam metodologię kontroli i perswazji. Damy radę :)

ZAPISKI PO DEBIUCIE:

Lans w domu, bo za oknem leje

W Manufakturze tłum Pędziwiatrów i motocykli. Poza tym w obfitości jedynie deszcz. Las parasoli i kurtek przeciwdeszczowych, na scenie mokra breja, pod sceną nieliczni, wytrwali widzowie pchają się jak najbliżej sceniczych desek. Węch, czuj i doświadczenie podpowiadają mi, że widownia zwiała pod dachy, a to co widzę, to w większości rodzice i dziadkowie artystów. Wskazują na to wystawiane nad głowy aparaty. Wśród tych głów błyszczy co jakiś czas łysa czaszka tatusia potworów i błyskający flesz naszego Nikona. Tatuś ma dziś zmianę reporterską, a ja ochraniarsko-porządkową.

Potwory biegają po deszczu ganiając się między barierkami. Bezskutecznie usiłuję nadążyć za nimi wzrokiem, jednocześnie nasłuchując, czy aby grupa któregoś z nich nie idzie zaraz na scenę. Zmiana butów na baletki mija się z celem, Krzysztof jednakże lata już w stroju występowym - wyfluganym i mokrym niemal od początku.

- Posypałaś mnie deszczem! - warczy z pretensją na Hankę, której woda pryska spod kopyt.

No faktycznie, jakby wcześniej nie był "posypany".

I domowa rozgrzewka...
Ale przychodzi czas i udaje mi się wepchnąć go po śliskich schodach na scenę. Wlazł, nie zleciał. Żadne z dzieci nie zleciało, co nawet mnie nieco dziwi. Po wepchnięciu go na schody, lecę na przód sceny, żeby patrzeć. Udaje mi się znaleźć kilka centymetrów kawadratowych wolnej przestrzeni, na których usiłuję osadzić swoją rozległą osobę. W ucho wbija mi się parasol sąsiada z lewej, a w oko kapie strużka z parasola faceta po prawej. Ale nic to. Patrzę, słucham, chłonę...

Krzysztof dał radę. Profilaktycznie ustawiony z tyłu, jednakże nie usiłował rozrabiać, fachura, że ho ho. Ja oczywiście wzruszona do łez, bo przecie moje maleństwo na scenie, takie dzielne i dorosłe. Ale 2 minuty mijają, wywlekam z ucha parasol sąsiada i pędzę zwlec dziecię ze sceny.

Po nim następuje dokładnie ta sama sytuacja z potworem większym i powtórka z potwora mniejszego, bo tańczy twardo dwa numery. Drugi numer Hanny zostaje odwołany z powodu nasilającego się potoku z nieba, za co odczuwam głęboką wdzięczność dla szefostwa zespołu. Zupełnie przemoknięta targam potwory do auta, ucho mi nieco nawala po kontakcie z parasolem i czuję, że w butach mi chlupie.

Ale warto było. Sama nie wiem czemu, ale warto. Chociaż w nosie mnie kręci i podejrzewam, że nadchodzi kichanie. Widzę jednak, że potworzyska zadowolone. Żłopią gorące kakao na rozgrzewkę, tatuś napalił w kominku i popija herbatkę z prądem. Może unikniemy kataru, a debiut stał się faktem. Mamy go za sobą i Krzysztof może się uważać za Pędziwiatra pełną (choć nieco mokrą) gębą ;)

2012
2014


Poniżej dokumentacja debiutu, okrojona z racji deszczu i konieczności ochrony Nikona, który nie kocha takiej aury. Potwór z tyłu, ale jest, daje czadu i (zwłaszcza pod koniec) dla spostrzegawczych - daje się zauważyć :P




piątek, 21 marca 2014

Filuterni fleciści

Flet to urządzenie proste. 

Zwłaszcza flet prosty ma to do siebie, że prostym być musi. 

Ot, twardy drąg z dziurami wydłubanymi ze stron wszelakich. I może służyć wielu celom. Można nim gwizdnąć komuś w ucho, gdy zalezie za skórę, albo pukać rytmicznie w stół doprowadzając tym innych do szału. Można przebiec z fletem w garści wzdłuż płotu z metalowych prętów i pobudzić tym do szczekania wszystkie psy w okolicy. Można robić dziury w cieście i piasku, można nim walczyć jak mieczem lub dźgać przeciwnika jak dzidą. Możliwości są nieograniczone. 

Ale Hania etap fletowych eksperymentów ma już dawno za sobą. 

Hania to wie - we flet należy dąć. 

W dodatku dąć nie byle jak, bez ładu i składu. Tak dąć może sobie Krzyś. Albo tatuś. Hania dmie w sposób zorganizowany. Wręcz rzec by można, że dęcie odbywa się w porządku, ładzie i starannej kolejności, jakiej trudno dopatrzeć się we wszelkich innych działaniach Hanny. Kierunek temu dęciu nadaje gromada nut osiadłych dostojnie na rozpiętych drutach pięciolinii. Jak stado wróbli siedzą i najwyraźniej do Hanny przemawiają, bo ona wie dzięki nim jak i kiedy dmuchać i które otwory fletu palcami zatykać. Ma to w sobie coś z czarów, bo ani z Krzysiem, ani z tatusiem, ani ze mną te wróbliska gadać nie chcą. Ale Hanna zna je doskonale i egzystuje z nimi w pełnej symbiozie. 

Dzięki tej muzycznej wiedzy tajemnej zdarzają się w życiu Hanny dni fletowego koncertowania. Stan to niezwykły i niecodzienny. Oto Hanna, w wielkiej gromadzie dojrzałych jak ona flecistów, stoi i z powagą godną zawodowego instrumentalisty uprawia szlachetną sztukę muzykowania. Podkreślam - stoi. Spokojnie. Nie biega, nie skacze, nie kręci się, nie podskakuje, nie wiruje, nie tańczy. Trwa niemal w bezruchu, jeśli nie liczyć przebierania palcami po otworach fletu, wodzenia oczami po nutach i dęcia. I inni fleciści też stoją i dmą. I dęcie to niezwykle jest miłe dla ucha i budzi aplauz i podziw. Przyjemne to bardzo uczucie i nic dziwnego, że fleciści dmą z wielkim zapałem. Ciężko uwierzyć, że to te same szalone głowy, filuty i gagatki, które na co dzień zumbują, twistują i rock&roll'ują, pędzą z wiatrem i w miejscu nie usiedzą dłużej niż wymaga tego nabranie dwóch czy trzech oddechów. To magia czyniona niewidzialną różdżką Pani Janiny, że stado ruchliwych Pędziwiatrów zmienia się w stonowany i poważny Zespół Muzyki Dawnej. Na krótko. Na moment, trzy kwadranse lub godzinkę. Potem szaleństwo wraca i znów wiatr ich pędzi. Ale warto uchwycić tę chwilę, bo jest wyjątkowa :) 

Każdego kto czuje się gotów, by naocznie i nausznie doświadczyć tych czarów zapraszam już w niedzielę 23 marca ok. godziny 9:40 do kościoła św. Rafała Kalinowskiego w Wiskitnie :).