Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wychowanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wychowanie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 20 maja 2014

Matka kwoka rozbija skorupkę

Jaka matka - takie dzieciństwo. Jaki ojciec - zapewne też, ale w tym zakresie moja odpowiedzialność jest mocno ograniczona. Na wychowanie go - szans już nie ma, na zmianę wyboru - za późno. Zresztą nie ma o czym gadać, tatuś jest całkiem do rzeczy i raczej z tych zaangażowanych w życie potomków. Na równi ze mną sieje i zbiera. Raz ziarno, raz pokrzywy.

Wracając do tematu matki... Czasem ogarnia mnie przerażenie, graniczące z paniką, gdy uzmysłowię sobie, jak bardzo moje poglądy, decyzje, słabości i humory wpływają na kształt dzieciństwa moich dzieci, a w dalszej perspektywie - na kształt ich osobowości, charakterów i doświadczeń. Nie sposób każdej decyzji rozważać, nie sposób każdego kroku przemyśleć. Bo wychowanie dziecka jest jak off road w czystej formie, w dodatku bez mapy i GPS-a. Logika walczy z instynktem i nigdy nie wiadomo, które rozwiązanie będzie dobre. Ale ostatecznie - nie ma matek perfekcyjnych, nie ma idealnych metod wychowawczych i nikt nie zdołał, jak dotąd, obok wzorca metra pod Paryżem, umieścić doskonałego wzorca dzieciństwa. Osobiście kieruję się trzema prostymi zasadami:

1. Dzieci się nie bije - to jasne i nie wymaga wyjaśnień. Absolutnie i bezwzględnie gardzę wymierzaniem kar cielesnych.

2. Dzieci się kocha. Mało tego - dzieciom się tę miłość okazuje. Niby
także jasne i banalne, ale ileż dzieci wychowuje się w poczuciu osamotnienia, bo to proste uczucie nie jest w dostateczny sposób manifestowane.

3. Dzieci nie wlecze się za sobą na siłę po znanych sobie ścieżkach, lecz podąża się krok za nimi, po ich własnych, bezdrożach i opłotkach. Co najwyżej można im poświecić pod nogami latarką, żeby nie wlazły w tzw. guano lub inne pułapki. Można też machnąć światłem na boki, żeby miały szanse dostrzec coś, co akurat udało im się przegapić, a warte jest uwagi.

4. Dzieci nie można stale chronić przed światem, zamykając je w klatce nadmiernej opieki i troski.

Tak to w skrócie wygląda i stanowi wynik połączenia mojego wykształcenia pedagogicznego, czystego instynktu i zbierania doświadczeń empirycznych na dwóch żywych organizmach, zwanych powszechnie potworami. Czy moje myślenie jest słuszne? Okaże się za minimum 15-20 lat i jakby co - na poprawki będzie za późno. Niestety bilet na kolejkę górską o nazwie "wychowanie dziecka" możemy kupić tylko raz. A kiedy mamy więcej dzieci - przybywa kolejek, a nie biletów. Eh, zawód - rodzic ma wiele z zawodu sapera. Tylko niewątpliwie gorzej jest opłacany.

Zatem pozwalam dzieciom iść z przodu i dorastać do kolejnych wyzwań w ich, a nie w moim, tempie. Ile mnie to kosztuje, tego ludzkie słowo opisać nie zdoła. Przykładem mogą być chociażby samodzielne powroty Hanny do domu. Otóż gnana wewnętrzną potrzebą samodzielności mała upiorzyca skończywszy lat osiem, zażyczyła sobie możliwości samodzielnych wędrówek po świecie. Wiek miał to znaczenie strategiczne, jako że po ósmych urodzinach właśnie, jej szkoła (na wniosek i za zgodą rodziców) wydaje identyfikatory - przepustki upoważniające dziecko do opuszczania szkoły bez nadzoru. Młodsze dziecko, choćby mieszkało w bloku obok, samo z placówki oświatowej nie wylezie i do domu nie wróci.

Hanna do przejechania ma 2 przystanki autobusem. Wykończona komplikacjami technicznymi związanymi ze zbieraniem rodziny do kupy w godzinach popołudniowych, uległam dziecięcemu pędowi do dorosłości. Nieco bowiem dobiły mnie pierwsze dwa lata jej szkoły, kiedy to telepałam się umiarkowanym - bo tramwajowym, pędem z pracy po małego potwora do żłobka/przedszkola, następnie z nim, deszcz nie deszcz, mróz nie mróz, autobusem po potwora większego. Zanim udawało mi się dowlec ich oboje do domu, byłam bliska zgonu, a co najmniej desperacji. Zwłaszcza, jeśli po drodze przyszło mi zaliczyć zakupy i wlec poza potworami masę innych tobołów. Stąd też straceńcza i desperacka decyzja, by dać folgę hanusinym zachciankom. Matka kwoka pomogła pisklęciu rozbić skorupkę i puściła na świat. I Hanna wraca. Za każdym razem dumna z siebie i zadowolona, ogromnie poważna i zdyscyplinowana, z niezwykłą dla niej dozą rozsądku w kieszeni. Przy czym dziecko jest zobowiązane, pod groźbą odebrania przywilejów różnorakich, do telefonowania do matki w chwili:

a) wyjścia ze szkoły,
b) dotarcia do przystanku,
c) wtargnięcia do autobusu,
d) dotarcia do domu (jeśli oczywiście nie ma w nim matki).

Całe szczęście, że mamy do siebie darmowe połączenia telefoniczne, bo przez te własne fanaberie poszłabym z torbami. Cóż w tym czasie czynię ja? Przede wszystkim siwieję ze strachu i obecnie widać to już wyraźnie. Ponadto, niczym kompletny imbecyl, wpatruję się jak sroka w gnat w wyświetlacz telefonu, bo przecie ona zaraz zadzwoni. Jeśli, w moim odczuciu, to zaraz się przedłuża, sama dzwonię do niej i gdy tylko przypadkiem nie odbiera (bo akurat wsiada, kasuje bilet czy włazi do domu), wpadam w rzetelną i niekontrolowaną panikę. Bezrozumnie i bez sensu. Dodam jeszcze, że na przestrzeni między szkołą a domem dziecko ma do pokonania z buta jedynie dwie uliczki osiedlowe. Żadnych wielkich skrzyżowań, przejść podziemnych czy innych niebezpiecznych miejsc. I tak oto ona sobie wesoło wędruje, a ja sobie siwiejąc wariuje od ponad pół roku. Na szczęście mam chwile oddechu w dniach, gdy kończy późno i ze szkoły zgarnia ją tatuś. Czy kiedyś przestanę panikować? Nie wiem. Ale dumna jestem z siebie, że jej pozwalam na te powroty, a z niej, że sobie z nimi tak doskonale radzi.

W zakresie powrotów numery odwaliła mi dwa. Pierwszy na samym początku. Wsiadła skubana do złego autobusu. Jak może porąbać się komuś 98 z 69? A jednak może. Otrzymałam wówczas zaszlochany telefon, że to autobus się pomylił i nie skręcił w lewo, tylko pojechał prosto i stoi pusty nie wiadomo gdzie. A pewnie, że stał, bo gdy wsiadała, miał już tylko jeden przystanek do krańcówki. Opanowawszy zdalnie dziecięcy szloch i wewnętrznie własną panikę, wysłałam dziecko do kierowcy, który nieświadom tragedii, cieszył się przerwą między trasami. Panienka, flikając nieco nosem, odbyła z panem pogawędkę, zapomniawszy rozłączyć mamunię, dzięki czemu usłyszałam jak kierowca elegancko wytłumaczył jej gdzie i jak ma iść, żeby dojechać pod podany przez nią adres. Bohaterka wysiadła, wykonała jakieś 30-40 kroków wstecz, po trasie autobusu i... znalazła się w miejscu znajomym, bo przejechany przystanek jest bardzo krótki. Już wyluzowana wróciła do punktu wyjścia i dalej, standardowym rytmem, przybyła do domu pełna dumy i rozchichotana. Ja, znacznie dłużej niż ona, dochodziłam do siebie po tych wstrząsających przeżyciach. 

Drugim numerem postawiła na nogi więcej osób. Otóż pewnego dnia, gdy beztrosko oddawałam się pracy zawodowej, zadzwoniła do mnie Ciocia Marzenka z pytaniem, czemuż to Hanna nie dotarła na lekcję śpiewu (ostatnią w rozkładzie szkolnego dnia). Ponieważ zmieniłam się natychmiast w wielki, spanikowany znak zapytania, Ciocia wraz z koleżanką Hani - Moniką dokonały przeszukania szkoły i odkrycia, że hannowa odzież zniknęła z szatni. Znaczy - Hanna ze szkoły wybyła. Ale jakże to wybyła? Telefonu nie było. Hanna, nie dość że nie zadzwoniła, to jeszcze nie odbierała moich natarczywych połączeń. Wyprysnęłam biegiem w kierunku domu, chrzaniąc obowiązki zawodowe. Na przystanku miotałam się jak dziki, rozjuszony bawół, w dodatku z telefonem przy uchu, bo ciągle liczyłam na to, że ona odbierze. Jak na złość ulica stała w korku. Ludzie patrzyli na mnie nieco dziwnie, ale co mnie to mogło obchodzić... Ja ZGUBIŁAM DZIECKO!!! Po nieprawdopodobnie długich trzech kwadransach, kiedy dojeżdżałam już autobusem do domu, zadzwoniła do mnie Ciocia Marzenka z informacją, że upiór koszmarny jest w domu. Zapomniała o śpiewie, zapomniała o telefonie, zapomniała o wszystkim, o czym można zapomnieć. Dobrze, że trafiła do domu, gdzie wreszcie ją olśniło i natychmiast rzuciła się telefonować do Cioci i przepraszać. Tylko do Cioci. Do matki oczywiście nie. Furia wyniosła mnie z autobusu na najbliższym przystanku. Pognałam jak wicher do przedszkola po Krzysztofa, a potem z nim na spacer. Łaziłam z godzinę, zanim uspokoiłam się jako tako na tyle, by mieć pewność, że nie wydrę się na nią od progu, tylko zdołam spokojnie z nią porozmawiać, wyjaśnić i uzmysłowić jak bardzo wystraszyła mnie i Ciocię. Straszne chwile. 

Niestety dorastania się nie zatrzyma. Trzeba będzie puszczać ją coraz dalej, coraz luźniej na smyczy, a później (o zgrozo!) pozwolić wyleźć ze skorupki także Krzysiowi. I chociaż cieszy mnie, że rosną, bywają chwile, gdy najchętniej wpakowałabym ich sobie spowrotem do brzucha. Ewentualnie w gondolę wózka.
Bo tylko wtedy miałam ich pod pełną kontrolą, tylko wtedy nie bałam się, że mi się zgubią, nie uszkodzą, nie ukrzywdzą z własnych czy cudzych rąk. Budzi się we mnie matka kwoka i muszę doprowadzać się wtedy do pionu, bo krótka pępowina to nie jest szczególnie dobry sposób na wychowanie. Może i jestem coraz bardziej siwa, ale w tej kwestii - jestem pewna, że mam rację.



sobota, 10 maja 2014

Dziecięce decyzje i wybory

Nie wszystkie dzieci są takie same. To jasne, oczywiste, to banał. Nie wszystkie dzieci lubią to samo. To także nie budzi wątpliwości. Dodatkowo dodałabym jeszcze stwierdzenie, że fakt iż dziecko lubi coś we wtorek, nie oznacza, że będzie lubić to w piątek. Zaś stanowcze veto z poniedziałku, może zmienić się w entuzjastyczną zgodę w sobotę. Ot, urok małolatów.

Głęboko jednakże jestem przekonana, że dziecięce wybory, poglądy i gusty należy szanować. W największym możliwym stopniu. Na ile się da. Jeśli tylko nie pozostają w sprzeczności ze zdrowym rozsądkiem i granicami naszych możliwości. Samodzielnie podejmowane decyzje nie tylko bawią i cieszą, nie tylko nobilitują dziecko w poważnym, dorosłym świecie, ale dodają wydarzeniu dostojeństwa obleczonego w ODPOWIEDZIALNOŚĆ za dokonany wybór. Z moich obserwacji i doświadczeń wynika także, że takie decyzje dłużej są przez dziecko respektowane niż te, które my - dorośli podejmujemy sami, w imię dobra potomka.

Zgodnie z powyższym, w modelu wychowania, jakiego usiłuję się trzymać pazurami i pełną mocą, jest pozwalanie dziecku na decydowanie o sobie w maksymalnym dostępnym zakresie. Wiele decyzji dzieci podejmują same, zaś te które podejmujemy my, są (w miarę możliwości) z dziećmi konsultowane. I tak, nawet słynne ograniczenie słodyczy do 2 dni tygodniowo zostało przez potwory zaakceptowane, zakontraktowane, klepnięte. W zamian otrzymały możliwość wyboru łakocia, jaki w dniu słodyczowym będą pożerać. Moim zdaniem uczciwie i z korzyścią dla obu stron.

Dlatego też chciałabym w tym miejscu podkreślić, że również kwestia niniejszego Teatrzyku, który (nie da się ukryć) upublicznia wizerunek moich dzieci, prezentując ich sukcesy i słabości, przygody, wypowiedzi i fotografie, została z dziećmi dokładnie omówiona. Uzyskałam ich zgodę na pisanie, nawet dość entuzjastyczną. Jestem jednakowoż przez bohaterów tych zapisków regularnie kontrolowana i strofowana, gdy coś im się nie podoba. Hanna czyta każdy post. Czyta sobie i Krzysiowi. Któregoś razu, przy takiej okazji, odbyłyśmy istotną strategicznie rozmowę:

- Mamo, ale trochę nas jednak przerabiasz - zarzuca mi córka podczas lektury.
- Co robię? - pytam zaskoczona.
- No zmieniasz. Tak dokładnie nie było. Wcale aż tacy nie jesteśmy - strzela krytyką między oczy.
- Ale ja was tak postrzegam - tłumaczę się niepewnie. - Poza tym wiesz, to jest teatrzyk, a nie prasa codzienna. Troszkę można was podmalować, ucharakteryzować, jak prawdziwych aktorów.
- No... chyba że tak - zgadza się po namyśle dziewczę i z zadowoleniem wraca do czytania.

Zatem uzyskałam prawo do lekkiego barwienia. Niewielkiego, tylko dla podkreślenia konturu. Opowieści na solidnych motywach - rzec by można. Bo i fikcja niepotrzebna, gdy oni sami tacy kolorowi. Jednakże oczywiście może się zdarzyć, że dana mi na czas nieokreślony zgoda, zostanie nagle cofnięta. Solidne, potężne veto, jak wypowiedzenie umowy o pracę, kopnie mnie w tyłek i będę zmuszona Teatrzyku zaniechać. Ba, może wystąpić oficjalna petycja o usunięcie go z sieci. I nie będzie innego wyjścia. Zaprzestanę lub usunę, bo przecież to ich święte prawo, aby decydować o tych publikacjach. Na szczęście tematów do pisania mam mnóstwo i pisać na inne tematy mi nie zabronią.

Hanna w roli Pani Haliny
Wracając do tematu decyzji, dzieci podejmują je na każdym kroku, poczynając od śniadania, a kończąc na nauce. To, że mogą wybrać, co chcą zjeść na śniadanie, nie oznacza oczywiście codziennego spożywania śmieciowych, słodkich płatków czy koszmarnej buły z serem i keczupem. Tak fajnie nie jest. Ale mogę dać im wybór między dwiema czy trzema konkretnymi propozycjami w menu. Dla mnie to żaden problem, oni zadowoleni, bo sami wybrali, a dodatkowo mam broń w ręku w przypadku fochów przy stole. Bo przecież sami chcieli to, co mają przed nosem, więc niech nie grymaszą. Niekiedy zmuszeni są podjąć decyzję wspólną (co chcą na obiad, albo czy wolą do parku czy na rower). Toczące się między nimi dyskusje są dla mnie budujące. Widzę bowiem, że uczy to ich nie tylko odpowiedzialności, ale też współpracy i sztuki argumentacji.

O samodzielnych decyzjach mogłabym pisać godzinami. Niekiedy zbiegają się one ze zjawiskiem buntu, barwnym i dużo bardziej atrakcyjnym. Z uwagi jednak na rozległość zagadnienia, przykłady spektakularnych awantur w tym zakresie pozostawię sobie na inną okazję. Wspomnę jedynie jeszcze, że to suwerenne decyzje dzieci zaważyły o ich dodatkowych, ale czasożernych  aktywnościach. Najpierw Hanna domagała się tańca. Od zarania dziejów, jeszcze w żłobku. Tańca, z którym my osobiście nigdy nie mieliśmy nic wspólnego. Tańca, który w życiu nie przyszedłby nam do głowy. I dostała taniec w postaci zespołu "Brzdąc" w DK "Ariadna". Następne decyzje poszły lawiną, zmiana zespołu na dojrzalsze i bardziej rozśpiewane "Kukułki", potem "Pędziwiatry" i dylemat - czy puścić do szkoły 6-latkę czy też zatrzymać ją w przedszkolu. W grę wchodził także wybór: szkoła muzyczna czy pędziwiatrowa klasa artystyczna w zwykłej podstawówce. Potem mnóstwo drobniejszych decyzji w zakresie śpiewu i tańca i wreszcie wybór instrumentu w popołudniowej szkole muzycznej. We wszystkich tych kwestiach ostateczne zdanie należało do Hani, choć otrzymała od nas komplet argumentacji za i przeciw.

Krzysztof w roli kierowcy wozu strażackiego
Można zarzucić nam oczywiście, że to za dużo na małą, kilkuletnią głowę, że to źle. Ale póki co, ten system działa, daje rezultaty i sprawdza się ku obopólnej uciesze dziecięcia i rodziców. Krzysztof także samodzielnie zadecydował o tym, że chce iść w ślady siostry. Zresztą podejmuje tę decyzję za każdym razem od nowa, gdy wychodzi z przedszkola i z jednej strony kusi go plac zabaw lub gra na konsoli, a z drugiej tańce. I różnie bywa, Krzysztof niekiedy toczy walkę sam z sobą, a mnie zdarza się wygłosić bandyckie stwierdzenie: "Dobrze, nie chcesz dziś na tańce, to pojedziemy tylko i powiemy cioci Edi, że ty już nie będziesz tańczył". I otóż okazuje się, że nie. Takie radykalne cięcie w grę nie wchodzi. Bo on chce, tylko nie teraz. Ostatnio nawet zaproponował: "Mamusiu, ja bym chciał pójść, ale jutro. Zrób tak, żeby dziś był piątek i dzień konsolowy, a jutro czwartek i dzień tańcowy". No przepraszam wielce, ale takich mocy jeszcze nie mam. Dziecko ostatecznie wybrało, poszło na tańce, choć było wielce nadęte. Boczył się do chwili, gdy nie zobaczył koleżanek ze swojej "klasy". Płeć piękna osłodziła mu ból wewnętrznego rozdarcia i z dziką radością potwór pogodził się z czwartkową rzeczywistością.

Podobne zdarzenie miało miejsce, jakiś miesiąc temu, z Hanną. Zadzwoniła do mnie ze szkoły, ogromnie zapłakana, szlochając w te słowa: "Mamo, bo tu jest wielki problem i MUSISZ go jakoś rozwiązać!" Spłoszona zaczęłam wyduszać z dziecka zeznania. Otóż okazało się, że odwołano zajęcia z tańca charakterystycznego, a kolejne zajęcia taneczne Hania ma dopiero za 2 godziny. I ja mam teraz natychmiast zrobić tak, żeby już było "za dwie godziny". Jasne. Bo ja jestem Hermiona Granger i mam zmieniacz czasu. Dziecko zostało szybciutko poinformowane, iż ma dwie opcje do wyboru: olać te drugie zajęcia i wrócić do domu albo znaleźć sobie na te 2 godziny jakąś sensowną robotę (zasugerowałam świetlicę szkolną, plac zabaw i bibliotekę). Obowiązkowa Hanna stanowczo sprzeciwiła się olaniu tańców i z chlipaniem zapowiedziała, że coś będzie organizować, acz w cierpieniu i ogólnym nieszczęściu. Bo 2 godziny to strasznie długo. Półtorej godziny później zadzwoniłam do niej na kontrolę. Siedziała wielce zadowolona w bibliotece, zaczytana we "W pustyni i w puszczy". Problem czekania przestał istnieć, spędziła czas zgodnie z własną wolą i zainteresowaniami, po czym wypoczęta i radosna pognała tańczyć. Czasem wystarczy tylko wskazać kierunek decyzji. Tak niewiele potrzeba.

Jakie będą ich dalsze wybory - nie wiem. Każde z nich może nagle stanąć okoniem do rzeczywistości i na przykład oświadczyć, że rzuca dotychczasowe zajęcia i od dziś będzie malować, grać w piłkę lub zgoła dziergać na drutach. I dobrze. Nam, rodzicom, nie pozostanie nic innego, jak przyjąć to grzecznie na klatę. Choć pewnie pozwolimy sobie w takiej sytuacji na rozwinięcie wachlarza argumentacji i zasugerujemy przyjęcie jakiegoś czasu na zastanowienie. Co by dziecię nie uległo chwili płochej i ulotnej i samo nie skazało się na lawinę życiowych błędów. W każdym razie, tak  czy siak, ostateczna decyzja należy do dziecka, a nam pozostaje jedynie iść za nim i towarzyszyć mu w decyzjach i tym, co przyniosą, na tyle, na ile nam pozwoli.

niedziela, 6 kwietnia 2014

Salta i skoki kontra furia

Złość jest rzeczą ludzką.

Gniew, wściekłość, furia i poczucie, że jest się Etną przed wybuchem nie jest wyłączną domeną dorosłych. Dotyczy także (a może nawet jeszcze bardziej) dzieci. Powoduje, że nadmiar emocji wędruje na zewnątrz delikwenta i z siłą wulkanu uderza w to, co akurat napotka na drodze. 

Najczęściej w rodziców lub dziadków. Chyba, że antenaci będą mieli fart i się napatoczy coś innego. Zabawka, drzewo, koleżanka, krzesło itd. Ryknięcie, grzmotnięcie w coś pięścią, trzaśnięcie drzwiami lub kopnięcie daje efekt katharsis i człowiek ze spokojem wraca do chłodnej analizy sytuacji. Łapie dystans.

A kryzysy zdarzają się niemal codziennie. Bo oto chociażby jest niedzielny poranek, a podła matka zapodaje potworowi nr 1 do rozwiązania przykładowy test przed czwartkowym egzaminem dla trzecioklasistów. No wściec się można. I człowiek głęboko rozżalony, siedząc półdupkiem na krześle i zerkając do chwilę za okno stara się odwalić raz-dwa przykry obowiązek. Po czym dowiaduje się, że niestarannie, byle jak i (o zgrozo, to już przeginka!) to najdłuższe, ostatnie zadanie TEŻ!!! A pewność niemal była, że tego najdłuższego da się uniknąć. Jest dramat, wapory rosną w siłę. Nic nie daje udawanie, że się tego nie umie. Wredna matka wie, że to nie jest trudne, tylko się nie chce. Szlag by to, aż chce się rzec "Do ogona! Do ogona! Do ogona!" (bo "do dupy" jest przecież brzydko).

Potwór nr 2 tuli pada do łona. Albowiem niedziela jest tym dniem cudownym, kiedy wolno trochę pograć na konsoli. Zatem potwór chce chłonąć, ponapawać się, pozagłębiać w tę rozkosz aż do brutalnej chwili odcięcia. Potwór zatem gra. Już zdążył się obrazić, gdy przegrał wspólne wyścigi. Przecież mieliśmy wygrywać na zmianę, a tu zła rodzicielka ośmieliła się dwie trasy przejechać pierwsza. Niesprawiedliwie go ograła i podle. Nie fair. Przy okazji następuje znamienny dla okoliczności dialog:

Potwór nr 2: Jak wygrasz, to nie będę cię całował!
Zła matka: Będziesz, będziesz, bo i tak mnie kochasz.
Potwór nr 2: To się jeszcze okaże!

Potwór zatem gra sam. Stwierdza, że będzie kochać i całować, jak tylko skończy kolejny poziom. I między levelami kocha i całuje. Aż do chwili, gdy słyszy, że ten level jest już ostatni i kończymy. Potwór czuje, że to nie jest w porządku. Póki ostatni level trwa, da się tę perspektywę jakoś znieść, ale później następuje brutalne użycie przycisku On/Off. No żesz ty. "Kurda jasna" - mawiał potwór we wczesnym pacholęctwie. Teraz cedzi jedynie przez zęby: "Nie fair! Nie fair!" I znów grozi brakiem całowania. Niepocieszony siada z kredkami i mazakami do swoich książeczek i malowanek z zastrzeżeniem, że będzie rysować szlaczki NIE DLA MAMY! No trudno, muszę to jakoś znieść.

W międzyczasie obrażony potwór nr 1 kończy test razem z tym ostatnim zadaniem, które "TEŻ"!!! Okazuje się, że udało się je zrobić całkiem nieźle (jeśli pominąć stopień zabazgrolenia kartek).

Dowody rzeczowe. Nic nie ściemniam ;)

I to jest właśnie ten moment. Towarzystwo pełne żalu do świata i rodzicieli zostaje wypędzone z domu na przestrzeń otwartą i skierowane na ulubione urządzenie ogródkowe - trampolinę. A tam następuje cud nad cudy. Jakby różdżką machnąć i przekreślić niedawne bolesne przeżycia. Jakby przeskanować, odwirusować, usunąć z dzieciątek niechciane, złe oprogramowanie. Wystarczy kilka minut, a kwękające, nieszczęśliwe, obrażone i zaryczane potwory zmieniają się w radosne, pełne energii i wigoru, strzelające w świat optymizmem i uśmiechami dzieciątka. I zanim zlezą skubane z trampoliny zapomną o złości i furii, o tym że miały nie kochać i nie całować i że zła matka to ja.

A ja sobie spokojnie czekam. Kawkę sobie robię. Patrzę na piruety, salta i skoki. I spokojnie dochodzę do wniosku, że może jednak troszkę ich lubię :)

Potwór nr 1 przepoczwarza się w kochaną córeczkę
Potwór nr 2 przepoczwarza się w kochanego synka



poniedziałek, 24 marca 2014

Wszystko o Franku

Krzysztof ma młodszego brata. Zazwyczaj znienacka i dość różnorodnie objawia się obecność malucha, ale trzeba być na nią zawsze przygotowanym. Brat ma na imię Franek i jest strasznie, okropnie mały. Tak mały, że nie chodzi jeszcze do przedszkola. Nawet do pierwszej grupy, do maluchów.

Franek jest nieprawdopodobnie grzecznym i cichym dzieckiem. Bez problemu podporządkowuje się Krzysztofowi, który jest dla niego wielkim autorytetem. Jak każdy porządny maluch przez większą część dnia najzwyczajniej w świecie śpi. Dzieje się to zawsze wtedy, kiedy Krzysztof ma inne, ważne zajęcia. W pozostałym czasie chłopcy bawią się ze sobą. Razem budują z klocków, rysują, tańczą, czytają książeczki, skaczą na trampolinie lub oglądają bajki. Czasem także wspólnie psocą, bo zdarza im się zachlapać całą łazienkę podczas kąpieli, wysmarować pastą do zębów szafki, rozlać mleko lub rozsypać po podłodze kukurydziane płatki. Niestety sprząta potem sam Krzyś, co daje mu okazję do pobiadolenia nad ciężkim losem starszego brata.

Franek jest absolutnie niezwykły i wyjątkowy. Czasem jest jeszcze takim dzidziuchem, że trzeba go karmić butelką ze smoczkiem i co chwilę zmieniać mu pieluchy. Wówczas dużo czasu Franek spędza w wózku, dzięki czemu może być z Krzysiem na przykład podczas spacerów. Krzyś początkowo osobiście pcha wózek brata, ale zrzuca tę robotę na mnie, gdy pojawi się na horyzoncie plac zabaw lub inna atrakcja. 

Czasami Franek umie już chodzić i można go traktować niemal jak rówieśnika. Wtedy bywa, że ucieka, buntuje się lub psoci. A gdy jest nieposłuszny, koniecznie trzeba mu postawić wielką czerwoną kropkę na tablicy dobrego i złego zachowania (takiej samej, jaka wisi u Krzysia w przedszkolu). Krzysztof czerwonych kropek prawie wcale nie miewa i dzielnie zbiera niemal same plusy. Frankowi niestety takie czerwone kropki się zdarzają.

W domu trzeba być bardzo ostrożnym, żeby nie potrącić przypadkiem wózka, w którym śpi Franek, albo żeby na nim nie usiąść, gdy akurat grzecznie bawi się na kanapie. W samochodzie należy pamiętać, żeby przypiąć go pasem i żeby go przez zapomnienie samego nie zostawić, gdy wysiadamy. W sklepie konieczne jest uwzględnienie Franka podczas kupowania dla dzieci soczków, lodów czy ciastek.

Ostatnio Franek się zgubił.
Zgubił się całkowicie i dokumentnie.
Nie było nigdzie ani Franka ani jego wózka. Nie odpowiadał na wołania, prośby i groźby. Przeszukaliśmy niemal cały dom. Nie było go w żadnej dziurze, w żadnej szafce, w żadnym kącie. Martwili się wszyscy przeokropnie. Najbardziej oczywiście Krzyś. Jako poważny starszy brat czuł się odpowiedzialny za brzdąca. Zamieszanie trwało chyba z pół godziny. Padały już propozycje wzywania na pomoc wujka policjanta, zatrudnienia detektywa lub obudzenia w Gamzie (to nasza bokserka-staruszka) ducha psów gończych, gdy Krzyś nagle z radością oznajmił, że oto Franek się "znajdnął". Ot wlazł sobie łapserdak do pustej pralki i tam zasnął. Dlatego też i wołania nie słyszał. Okazało się wówczas, że opieka nad dzieckiem to jednak poważna sprawa i mnóstwo nerwów niekiedy kosztuje. Teraz Krzyś już to wie i stara się Franka pilnować.

Taki już jest ten nasz Franek. Jedyny, niepowtarzalny, uroczy i psotny. Wielki śpioch, gagatek i łakomczuch. Bardzo kocha starszego brata i tylko on - Krzyś jest w stanie się z nim porozumieć, tylko jego Franek słucha.
A najciekawsze jest we Franku to, że jest NIEWIDZIALNY.
Bo Franek jest bratem NA NIBY...

Teraz Franek grzecznie śpi, a tymczasem ja kombinuję sobie po cichu, że w obliczu niepermanentnej ale jednak niezmiernie częstej obecności trzeciego dziecka w naszym życiu powinniśmy się chyba postarać o tzw. Kartę Dużej Rodziny wraz ze wszystkimi jej przywilejami :P

A poniżej starsze rodzeństwo w wieku okołofrankowym. Od razu widać które jest które :)




piątek, 21 marca 2014

Wiosenne rewolucje

I wreszcie ciepłem powiało. Kominek i termofory idą w odstawkę. Grzejemy się w słonku. Kot pchał się na parapet w pokoju dzieci już od świtu. Tylko tam daje się złapać poranne promyki, bo tylko tamto okno patrzy na wschód.

Tatuś zarządził do wiosennego śniadania sałatę z pomidorami. Sałata lodowa - więc smakuje jak lody. Nikt zatem nie powinien wybrzydzać. Krzysztof miał poważne wątpliwości czy pomysł z sałatą ma sens, ale tatuś zaargrumentował, że od takiej sałaty bardzo szybko się rośnie. A że ojcu wierzy się na ślepo, więc dziecię wrąbało całą michę latając po każdej łyżce do lustra i sprawdzając czy już widać efekty. Na koniec z zadowoleniem stwierdził, że teraz to on już wygląda jak pięciolatek, a nie jak czterolatek i w zasadzie to już niedługo będzie mógł chodzić do szkoły.


Urósłszy odpowiednio po sałacie, Krzysztof się zazielenił. Dziś w przedszkolu dzieci witają wiosnę, strój w odpowiednich barwach jest zatem obowiązkowy. Lekki zgrzyt napotkałam przy spodniach, bo zielone tylko lampasy. Szczęśliwie udało się go przekonać, że nawet drzewo nie jest całe zielone, przecież  pień i korzenie ma brązowe. I Krzysztof jest dziś drzewem. A na drzewo wlazł pies, bo na zielonej bluzce ulokowana jest pomarańczowa psia morda. Tu, o dziwo, zastrzeżeń nie było. Z tajemniczych względów pies na drzewie nie obudził zdziwienia.

Z ulgą zarządziłam wrzucenie zimowej kurtki do prania. Drzewo samodzielnie upchnęło ją w pralce z dużą przyjemnością i dołożyło samo z siebie czapkę i szalik. Zimo precz! Tymczasem przedmiotem rozważań i dyskusji stał się dylemat obuwniczy. Otóż Krzysztof dysponuję jedynym, wyciochranym i kontrastującym z wymogami estetyki obuwiem wiosennym, noszonym już od zeszłego roku. Obów ten był niegdyś elegancką parą brązowych butów, takich co to i do garniaka i do dżinów się nada. Jednakże użytkowany w sposób intensywny zmienił się w masakryczną parę powycieranych rozkłapów, które co prawda trzymają się jeszcze kupy, ale zalatują obciachem. A Krzysztof zmianie obuwia stawia stanowcze veto. Kocha on te buciska uczuciem wielkim, bywało że spać chciał z nimi i pokusom nowości nie zamierza ulegać. A kuszę już od dni kilku wytaczając coraz poważniejsze wirtualne działa: czerwone adidasy z Zygzakem McQueen’em, niebieskie na srebrny rzep z samolotami,a nawet super bajeranckie, co to mrugają światełkami podczas chodzenia. Przecież każdy chciałby takie mieć, a Krzysztof woli swoje rozkłapy.

Dziś jednak nastąpi atak frontalny. Postanowienie mam bowiem głębokie, by zamiast pokazywać mu szalone możliwości obuwnicze w internecie, zawlec go po prostu do sklepu. Niech potwór sam sobie coś wybierze, bo dłużej stóp tak obutych nie zdzierżę! Jeśli tylko plan się powiedzie, rozpoczniemy wiosnę od rewolucji obuwniczej zakończonej, mam nadzieję, empirycznym doświadczeniem porównawczym w nowych butach na placu zabaw.

Oby się sprawdziły :)

czwartek, 20 marca 2014

Czasu kurczenie poranne

Niezależnie od tego jak bardzo człowiek by chciał wcześnie wstać, jaka nie goniłaby go motywacja i ile pokładów samozaparcia by z siebie nie wygrzebał, wstanie przed 6:30 to rzecz niemożliwa. Może inni to potrafią, bohaterskie ich dusze zbrojne w budzik sukces odnoszą i pokusom porannego czarta - Morfeusza oprzeć się potrafią. My nie bardzo :/

I kiedy w bolesnym kwadransie zamykającym się gdzieś między 6:30, a 6:45 udaje się nam stoczyć z legowiska i zabrać do pospiesznej porannej krzątaniny staje przed nami najpoważniejsze wyzwanie poranka - zwlec z wyrek potwory.

Sposobów jest kilka i nigdy nie wiadomo, który danego poranka okaże się być trafionym. Nie pozostaje zatem nic innego jak wyciągnąć zza pazuchy listę patentów i atakować nimi po kolei. Któryś zadziała. Spektrum jest szerokie - od łagodnej perswazji, przez łaskotki, puszczanie głośnej muzyki, kuszenie płatkami z mlekiem, budzenie ducha rywalizacji, aż po groźbę zablokowania przez tatę dostępu do siusialni i zawleczenie potworów do placówek oświatowych prosto z betów - w piżamach.

Ok. 6:45 - Krzysztof łamie się pierwszy. Tupta osowiale do łazienki, jak nocna mara, ze spuszczoną głową i ramionami. Po 2 minutach wraca w podskokach, już nie ten sam, gotów do nowych wyzwań, niekoniecznie ukierunkowanych na ubieranie się.

Hanna nadal nie wstaje.

6:50 - Krzysia brzuszek chciałby coś pojeść. Brzuszek dostaje to, co mu się należy w trybie pilnym, bo to jedyny sposób żeby paszcza zamilkła choć na chwilę.

Hanna zostaje zdrowo ofuknięta i poderwana do pionu. Dołącza niemrawo do Krzysztofa przy śniadaniu.

7:00 - Krzysztofa zadowolony brzuszek pozwala przyoblec się w łaszki. Tymczasem jego paszcza nie przestaje komentować najdrobniejszych elementów stroju. Dziś jest czym się ekscytować. Dysponuje bowiem nową koszulką z piratem. Niebieską i w dodatku z krótkim rękawem, bo idzie wiosna.. Bluzeczka nowiusia. Można gadać bez końca. Po chwili Krzysztof jest całkowicie ubrany, zaokularzony i z zapałem oddaje się samodzielnemu czesaniu.

Hanna bohatersko założyła jedną skarpetkę. W ramach odpoczynku leniwie głaszcze kota.

7:15 - Tatuś wchodzi na wyższy poziom furii i miota się po domu jak dziki. Jeszcze chwila i będzie ubrany prawie tak porządnie jak syn. Hanna zakłada drugą skarpetkę i przypomina sobie, że koniecznie potrzebuje, żeby jej kupić na dzisiaj cyrkiel do szkoły. Krzysztof peroruje na tematy różne, pies plącze się pod nogami, bo chce wyjść.

7:25 - Tata usiłuje wyjechać autem przed bramę rzucając Hannie groźbę, że będzie biegła za peugeotem, jak nie zdąży wsiąść. Krzysztof przemawia nadal, już w aucie. Hanna prawie ubrana wymyśla maksymalnie skomplikowaną fryzurę.

7:27 - Kolejny raz ofuknięta Hanna wsiada do auta. Nieszczęśliwa, bo uczesana w zwykły koński ogon. Wypadam za nią i zamykam dom. Po czym znów go otwieram, bo Hanna wraca do domu po zapomniany zeszyt od polskiego.

7:30 - Potwory w nastroju sielskim śpiewają w aucie "Radość o poranku". My już wiemy, że dotarcie do pracy na 8:00 jest mżonką. Twardo postanawiamy wstać jutro pół godziny wcześniej...

I tak co rano. Może kiedyś się uda :)




środa, 19 marca 2014

Dramatis personæ - czyli o kim rzecz ta cała

Serdecznie witam w przedwiosenny wieczór. Tu oto, na niewielkich teatrzyku deskach pragnę przedstawić, zaprezentować, ukazać rys postaci, które wdarłszy się dość brutalnie w moją codzienność, już w niej pozostały. I, przyznać trzeba, mieszają w niej niewąsko.

Oto Hanna. Hanna wita się dość śmiało. Zamieni słów kilka i do spraw swych bieży. Bo roboty huk. Nieuporządkowanej, chaotycznej, ale roboty. Pod prąd, bo z nurtem nudno. Motorem Hanny jest ruch. Ruch płynny, w sobie tylko znanym kierunku, za to w przyjaznym dla ucha rytmie. Hanny miło słuchać, miło patrzeć na Hannę, ale otoczka Hanny procesów twórczych trudna jest do zgryzienia. Jej artystyczna dusza unosi się na dźwiękach muzyki wszelakiej i na szczyty sztuki się pnie, więc banałów nie zauważa. Cóż jej skarpety rzucone pod łóżko, cóż jej niedogryzione kanapki i stosy papierów na biurku. Marność to przecież i plebsu godne zajęcie, żeby to układać, przekładać i porządkować. Marność też pamiętać o kapciach na w-f, o farbach na plastykę, o tabliczce mnożenia. Phi. Tu Terpsychora na lirze jej gra, Hanna tańczy, Hanna śpiewa i aplauz ma być. Pokaże nam Hanna co potrafi, zachwyci i zalezie za skórę, a póki co pięknie się kłania. ORKIESTRA TUSZ!



Za Hanną pędzi wicher, huragan, tajfun. Co tam Ksawery i poprzednicy jego. To zefirki ledwo i niemrawe powiewy. Oto pędzi witać się Krzyś. Podbiega i milknie. Nie zna przeciwnika, więc słowa w sobie dusi. Ale to chwila, kilka oddechów jedynie i już słów potok mknie i w wodospad się zmienia. Krzysztof mówi, referuje, pyta, komentuje. Czy ktoś słucha czy nie - oracje trwają i nawet nocą cichną niechętnie. Gdy Krzysztof nie mówi, to śpiewa. I tylko magiczne pigułki słodyczy z łakociowej szuflady są w stanie od czasu do czasu (w środę i w sobotę) pogrążyć dom w chwilowym błogostanie ciszy. Bo już Katon mawiał "Mówca to człowiek prawy". Krzysztof lewy być nie chce, więc przemawia.
Choć w odróżnieniu od Hanny, której piastować przyszło funkcję prototypu wśród potomków naszych, Krzyś jeszcze dzieciak i szczawik, siłę przebicia ma i moc w nim drzemie niemała. A gdy rytm właściwy uszy mu smagać zaczyna Krzyś Krzysztofem się staje i porwany muzyki siłą uderza w tańce, hulanki, swawole. I całkiem się jak u wieszcza dzieje, że "ledwo karczmy nie rozwalą". A ulubienicą Krzysztofa jest gitara. I z każdego patyka, łopatki, kija Krzysztof potrafi wyczarować gitarę. I grać.
Krzysztof się ukłoni albo też nie. Nigdy nie wiadomo. Bo Krzysztof to zagadka. Ale na aplauz jak siostra łasy, więc po raz wtóry brawa i ORKIESTRA TUSZ!




Teraz szczęśliwie śpią i króluje cisza. Przy krzysiowej kołysance życzę dobrej nocy :)

NOCKA

Nocka niebem kroczy,
Zasypiają oczy…
I powieka niczym brama
Już zamyka nam się sama.
Pod nią sen – jak barwna rzeka,
Obok łódź z poduszki czeka.
Więc się rzućmy w nurt wydarzeń
Po krainie sennych marzeń…

Nocka niebem sunie
Najwolniej jak umie…
Aby dzieci i dorośli
Mogli sny do końca dośnić,
Zanim bezlitosny budzik
Wczesnym rankiem zerwie ludzi
I zagoni w dzienny kierat,
Lecz nie myślmy o tym teraz…

Nocka niebem człapie,
Księżyc cicho chrapie…
Gwiazdy nucą kołysanki
Dla rodziców i dla Hanki,
Tylko Krzysio wciąż nie ziewa
I z gwiazdkami cicho śpiewa.
Szkoda czasu mu na spanie,
Gdy zabawa, śpiew i taniec…

Nocka Krzysia beszta:
„Zaśnij tak jak reszta”…
Śpi już Hania, śpią rodzice,
Wtul w poduszkę swój policzek,
Śpi pluszowy kot i foka,
A Ty bujasz wciąż w obłokach,
Śpią na półkach klocki rzędem,
A Ty tylko: „Nie, nie będę”…

Nocka szepce z cicha:
„Już ja uśpię Krzycha”…
Choć tu, jeśliś tak odważny,
Będziesz ze mną liczyć gwiazdy,
Tylko połóż się kolego,
By swobodnie patrzeć w niebo.
Krzysio liczy, mruży oko,
Lecz nim skończył – śpi głęboko…