Nie wszystkie dzieci są takie same. To jasne, oczywiste, to banał. Nie wszystkie dzieci lubią to samo. To także nie budzi wątpliwości. Dodatkowo dodałabym jeszcze stwierdzenie, że fakt iż dziecko lubi coś we wtorek, nie oznacza, że będzie lubić to w piątek. Zaś stanowcze veto z poniedziałku, może zmienić się w entuzjastyczną zgodę w sobotę. Ot, urok małolatów.
Głęboko jednakże jestem przekonana, że dziecięce wybory, poglądy i gusty należy szanować. W największym możliwym stopniu. Na ile się da. Jeśli tylko nie pozostają w sprzeczności ze zdrowym rozsądkiem i granicami naszych możliwości. Samodzielnie podejmowane decyzje nie tylko bawią i cieszą, nie tylko nobilitują dziecko w poważnym, dorosłym świecie, ale dodają wydarzeniu dostojeństwa obleczonego w ODPOWIEDZIALNOŚĆ za dokonany wybór. Z moich obserwacji i doświadczeń wynika także, że takie decyzje dłużej są przez dziecko respektowane niż te, które my - dorośli podejmujemy sami, w imię dobra potomka.
Zgodnie z powyższym, w modelu wychowania, jakiego usiłuję się trzymać pazurami i pełną mocą, jest pozwalanie dziecku na decydowanie o sobie w maksymalnym dostępnym zakresie. Wiele decyzji dzieci podejmują same, zaś te które podejmujemy my, są (w miarę możliwości) z dziećmi konsultowane. I tak, nawet słynne ograniczenie słodyczy do 2 dni tygodniowo zostało przez potwory zaakceptowane, zakontraktowane, klepnięte. W zamian otrzymały możliwość wyboru łakocia, jaki w dniu słodyczowym będą pożerać. Moim zdaniem uczciwie i z korzyścią dla obu stron.
Dlatego też chciałabym w tym miejscu podkreślić, że również kwestia niniejszego Teatrzyku, który (nie da się ukryć) upublicznia wizerunek moich dzieci, prezentując ich sukcesy i słabości, przygody, wypowiedzi i fotografie, została z dziećmi dokładnie omówiona. Uzyskałam ich zgodę na pisanie, nawet dość entuzjastyczną. Jestem jednakowoż przez bohaterów tych zapisków regularnie kontrolowana i strofowana, gdy coś im się nie podoba. Hanna czyta każdy post. Czyta sobie i Krzysiowi. Któregoś razu, przy takiej okazji, odbyłyśmy istotną strategicznie rozmowę:
- Mamo, ale trochę nas jednak przerabiasz - zarzuca mi córka podczas lektury.
- Co robię? - pytam zaskoczona.
- No zmieniasz. Tak dokładnie nie było. Wcale aż tacy nie jesteśmy - strzela krytyką między oczy.
- Ale ja was tak postrzegam - tłumaczę się niepewnie. - Poza tym wiesz, to jest teatrzyk, a nie prasa codzienna. Troszkę można was podmalować, ucharakteryzować, jak prawdziwych aktorów.
- No... chyba że tak - zgadza się po namyśle dziewczę i z zadowoleniem wraca do czytania.
Zatem uzyskałam prawo do lekkiego barwienia. Niewielkiego, tylko dla podkreślenia konturu. Opowieści na solidnych motywach - rzec by można. Bo i fikcja niepotrzebna, gdy oni sami tacy kolorowi. Jednakże oczywiście może się zdarzyć, że dana mi na czas nieokreślony zgoda, zostanie nagle cofnięta. Solidne, potężne veto, jak wypowiedzenie umowy o pracę, kopnie mnie w tyłek i będę zmuszona Teatrzyku zaniechać. Ba, może wystąpić oficjalna petycja o usunięcie go z sieci. I nie będzie innego wyjścia. Zaprzestanę lub usunę, bo przecież to ich święte prawo, aby decydować o tych publikacjach. Na szczęście tematów do pisania mam mnóstwo i pisać na inne tematy mi nie zabronią.
Wracając do tematu decyzji, dzieci podejmują je na każdym kroku, poczynając od śniadania, a kończąc na nauce. To, że mogą wybrać, co chcą zjeść na śniadanie, nie oznacza oczywiście codziennego spożywania śmieciowych, słodkich płatków czy koszmarnej buły z serem i keczupem. Tak fajnie nie jest. Ale mogę dać im wybór między dwiema czy trzema konkretnymi propozycjami w menu. Dla mnie to żaden problem, oni zadowoleni, bo sami wybrali, a dodatkowo mam broń w ręku w przypadku fochów przy stole. Bo przecież sami chcieli to, co mają przed nosem, więc niech nie grymaszą. Niekiedy zmuszeni są podjąć decyzję wspólną (co chcą na obiad, albo czy wolą do parku czy na rower). Toczące się między nimi dyskusje są dla mnie budujące. Widzę bowiem, że uczy to ich nie tylko odpowiedzialności, ale też współpracy i sztuki argumentacji.
O samodzielnych decyzjach mogłabym pisać godzinami. Niekiedy zbiegają się one ze zjawiskiem buntu, barwnym i dużo bardziej atrakcyjnym. Z uwagi jednak na rozległość zagadnienia, przykłady spektakularnych awantur w tym zakresie pozostawię sobie na inną okazję. Wspomnę jedynie jeszcze, że to suwerenne decyzje dzieci zaważyły o ich dodatkowych, ale czasożernych aktywnościach. Najpierw Hanna domagała się tańca. Od zarania dziejów, jeszcze w żłobku. Tańca, z którym my osobiście nigdy nie mieliśmy nic wspólnego. Tańca, który w życiu nie przyszedłby nam do głowy. I dostała taniec w postaci zespołu "Brzdąc" w DK "Ariadna". Następne decyzje poszły lawiną, zmiana zespołu na dojrzalsze i bardziej rozśpiewane "Kukułki", potem "Pędziwiatry" i dylemat - czy puścić do szkoły 6-latkę czy też zatrzymać ją w przedszkolu. W grę wchodził także wybór: szkoła muzyczna czy pędziwiatrowa klasa artystyczna w zwykłej podstawówce. Potem mnóstwo drobniejszych decyzji w zakresie śpiewu i tańca i wreszcie wybór instrumentu w popołudniowej szkole muzycznej. We wszystkich tych kwestiach ostateczne zdanie należało do Hani, choć otrzymała od nas komplet argumentacji za i przeciw.
Można zarzucić nam oczywiście, że to za dużo na małą, kilkuletnią głowę, że to źle. Ale póki co, ten system działa, daje rezultaty i sprawdza się ku obopólnej uciesze dziecięcia i rodziców. Krzysztof także samodzielnie zadecydował o tym, że chce iść w ślady siostry. Zresztą podejmuje tę decyzję za każdym razem od nowa, gdy wychodzi z przedszkola i z jednej strony kusi go plac zabaw lub gra na konsoli, a z drugiej tańce. I różnie bywa, Krzysztof niekiedy toczy walkę sam z sobą, a mnie zdarza się wygłosić bandyckie stwierdzenie: "Dobrze, nie chcesz dziś na tańce, to pojedziemy tylko i powiemy cioci Edi, że ty już nie będziesz tańczył". I otóż okazuje się, że nie. Takie radykalne cięcie w grę nie wchodzi. Bo on chce, tylko nie teraz. Ostatnio nawet zaproponował: "Mamusiu, ja bym chciał pójść, ale jutro. Zrób tak, żeby dziś był piątek i dzień konsolowy, a jutro czwartek i dzień tańcowy". No przepraszam wielce, ale takich mocy jeszcze nie mam. Dziecko ostatecznie wybrało, poszło na tańce, choć było wielce nadęte. Boczył się do chwili, gdy nie zobaczył koleżanek ze swojej "klasy". Płeć piękna osłodziła mu ból wewnętrznego rozdarcia i z dziką radością potwór pogodził się z czwartkową rzeczywistością.
Podobne zdarzenie miało miejsce, jakiś miesiąc temu, z Hanną. Zadzwoniła do mnie ze szkoły, ogromnie zapłakana, szlochając w te słowa: "Mamo, bo tu jest wielki problem i MUSISZ go jakoś rozwiązać!" Spłoszona zaczęłam wyduszać z dziecka zeznania. Otóż okazało się, że odwołano zajęcia z tańca charakterystycznego, a kolejne zajęcia taneczne Hania ma dopiero za 2 godziny. I ja mam teraz natychmiast zrobić tak, żeby już było "za dwie godziny". Jasne. Bo ja jestem Hermiona Granger i mam zmieniacz czasu. Dziecko zostało szybciutko poinformowane, iż ma dwie opcje do wyboru: olać te drugie zajęcia i wrócić do domu albo znaleźć sobie na te 2 godziny jakąś sensowną robotę (zasugerowałam świetlicę szkolną, plac zabaw i bibliotekę). Obowiązkowa Hanna stanowczo sprzeciwiła się olaniu tańców i z chlipaniem zapowiedziała, że coś będzie organizować, acz w cierpieniu i ogólnym nieszczęściu. Bo 2 godziny to strasznie długo. Półtorej godziny później zadzwoniłam do niej na kontrolę. Siedziała wielce zadowolona w bibliotece, zaczytana we "W pustyni i w puszczy". Problem czekania przestał istnieć, spędziła czas zgodnie z własną wolą i zainteresowaniami, po czym wypoczęta i radosna pognała tańczyć. Czasem wystarczy tylko wskazać kierunek decyzji. Tak niewiele potrzeba.
Jakie będą ich dalsze wybory - nie wiem. Każde z nich może nagle stanąć okoniem do rzeczywistości i na przykład oświadczyć, że rzuca dotychczasowe zajęcia i od dziś będzie malować, grać w piłkę lub zgoła dziergać na drutach. I dobrze. Nam, rodzicom, nie pozostanie nic innego, jak przyjąć to grzecznie na klatę. Choć pewnie pozwolimy sobie w takiej sytuacji na rozwinięcie wachlarza argumentacji i zasugerujemy przyjęcie jakiegoś czasu na zastanowienie. Co by dziecię nie uległo chwili płochej i ulotnej i samo nie skazało się na lawinę życiowych błędów. W każdym razie, tak czy siak, ostateczna decyzja należy do dziecka, a nam pozostaje jedynie iść za nim i towarzyszyć mu w decyzjach i tym, co przyniosą, na tyle, na ile nam pozwoli.
![]() |
| Hanna w roli Pani Haliny |
O samodzielnych decyzjach mogłabym pisać godzinami. Niekiedy zbiegają się one ze zjawiskiem buntu, barwnym i dużo bardziej atrakcyjnym. Z uwagi jednak na rozległość zagadnienia, przykłady spektakularnych awantur w tym zakresie pozostawię sobie na inną okazję. Wspomnę jedynie jeszcze, że to suwerenne decyzje dzieci zaważyły o ich dodatkowych, ale czasożernych aktywnościach. Najpierw Hanna domagała się tańca. Od zarania dziejów, jeszcze w żłobku. Tańca, z którym my osobiście nigdy nie mieliśmy nic wspólnego. Tańca, który w życiu nie przyszedłby nam do głowy. I dostała taniec w postaci zespołu "Brzdąc" w DK "Ariadna". Następne decyzje poszły lawiną, zmiana zespołu na dojrzalsze i bardziej rozśpiewane "Kukułki", potem "Pędziwiatry" i dylemat - czy puścić do szkoły 6-latkę czy też zatrzymać ją w przedszkolu. W grę wchodził także wybór: szkoła muzyczna czy pędziwiatrowa klasa artystyczna w zwykłej podstawówce. Potem mnóstwo drobniejszych decyzji w zakresie śpiewu i tańca i wreszcie wybór instrumentu w popołudniowej szkole muzycznej. We wszystkich tych kwestiach ostateczne zdanie należało do Hani, choć otrzymała od nas komplet argumentacji za i przeciw.
| Krzysztof w roli kierowcy wozu strażackiego |
Podobne zdarzenie miało miejsce, jakiś miesiąc temu, z Hanną. Zadzwoniła do mnie ze szkoły, ogromnie zapłakana, szlochając w te słowa: "Mamo, bo tu jest wielki problem i MUSISZ go jakoś rozwiązać!" Spłoszona zaczęłam wyduszać z dziecka zeznania. Otóż okazało się, że odwołano zajęcia z tańca charakterystycznego, a kolejne zajęcia taneczne Hania ma dopiero za 2 godziny. I ja mam teraz natychmiast zrobić tak, żeby już było "za dwie godziny". Jasne. Bo ja jestem Hermiona Granger i mam zmieniacz czasu. Dziecko zostało szybciutko poinformowane, iż ma dwie opcje do wyboru: olać te drugie zajęcia i wrócić do domu albo znaleźć sobie na te 2 godziny jakąś sensowną robotę (zasugerowałam świetlicę szkolną, plac zabaw i bibliotekę). Obowiązkowa Hanna stanowczo sprzeciwiła się olaniu tańców i z chlipaniem zapowiedziała, że coś będzie organizować, acz w cierpieniu i ogólnym nieszczęściu. Bo 2 godziny to strasznie długo. Półtorej godziny później zadzwoniłam do niej na kontrolę. Siedziała wielce zadowolona w bibliotece, zaczytana we "W pustyni i w puszczy". Problem czekania przestał istnieć, spędziła czas zgodnie z własną wolą i zainteresowaniami, po czym wypoczęta i radosna pognała tańczyć. Czasem wystarczy tylko wskazać kierunek decyzji. Tak niewiele potrzeba.
Jakie będą ich dalsze wybory - nie wiem. Każde z nich może nagle stanąć okoniem do rzeczywistości i na przykład oświadczyć, że rzuca dotychczasowe zajęcia i od dziś będzie malować, grać w piłkę lub zgoła dziergać na drutach. I dobrze. Nam, rodzicom, nie pozostanie nic innego, jak przyjąć to grzecznie na klatę. Choć pewnie pozwolimy sobie w takiej sytuacji na rozwinięcie wachlarza argumentacji i zasugerujemy przyjęcie jakiegoś czasu na zastanowienie. Co by dziecię nie uległo chwili płochej i ulotnej i samo nie skazało się na lawinę życiowych błędów. W każdym razie, tak czy siak, ostateczna decyzja należy do dziecka, a nam pozostaje jedynie iść za nim i towarzyszyć mu w decyzjach i tym, co przyniosą, na tyle, na ile nam pozwoli.
