Szkoła Hani jest budynkiem obszernym, rozczłonkowanym, architektonicznie zawiłym niczym potężne oświatowe zamczysko. Rozsiadła się jak ogromny bąk pośrodku jednego z największych łódzkich blokowisk. Wciąga, wsysa, pochłania co rano setki młodych dusz i mózgów w nadziei, że popołudniem wypchnie je z siebie zbrojne w nową wiedzę i doświadczenie.
Na pierwszym piętrze, naprzeciwko gabinetu legendarnej już niemal Pani Haliny mieści się komnata, w której Pędziwiatry o wokalnym zacięciu uczą się śpiewu. Niezaprzeczalną królową tego pomieszczenia jest Pani Marzena. Jest to postać zawierająca w sobie nieprzebrane pokłady cierpliwości do kręcących się, wiercących, skaczących, miotających się jednostek, które bardzo chcą śpiewać, ale wysiedzieć w miejscu nie potrafią. A Pani Marzena to osoba nie byle jaka. Zna ją nie tylko wszystkowiedzący Wujek Google, ale nawet Ciotka Wikipedia. Znaczy postać nietuzinkowa, znaczy fachura, znaczy szacun. Dodatkowo bogata dusza, talent i pasja. Kuje, rzeźbi i szlifuje młode głosy nie jak rzemieślnik lecz jak artysta. Stąd też uczucia o potężnej sile z dziecięcych serc ku Pani Marzenie płyną. Wystarczy rzec, że Hanna Panią Marzenę bardzo szybko przedzierzgnęła w Ciocię Marzenkę i od tego czasu darzy ją wielką estymą, jednocześnie dręcząc i wykańczając (jak mniemam) swoją niebanalną osobowością.
Zatem jako niezmienny, zrównoważony i królujący punkt sali do śpiewu występuje Ciocia Marzenka, jako punkt silnie ruchomy, a nawet ruchliwy występuje Hanna i inne jej podobne postacie. Ponadto z elementów istotnych sala zawiera jeszcze pianino, laptop, ustrojstwo nagłaśniające wraz z mikrofonem oraz słup.
Słup jest ze wszystkich tych gadżetów najbardziej stały, rzekłabym nawet - niewzruszony, gdyż tkwi w spokoju iście stoickim od lat wielu, od kiedy go tam pobudowano. Istnieje na świecie znacznie dłużej niż którekolwiek z pojawiających się w sali i wciąż nieopierzonych elementów ruchomych.
Bez słupa nauka śpiewu nie byłaby w ogóle możliwa. Króluje on zgodnie i na równi z Ciocią Marzenką. Taka wspólna, jednoczesna władza, jak niegdyś Jagiełły i Jadwigi.
Nie, nie zwariowałam. Wiem, o czym mówię.
Słup jest nieodzowny.
Wielokrotnie widywałam Hannę w relacji ze słupem. Doświadczyłam także widoku słupa w duetach o innym składzie. Słup zawsze jest gwiazdą. Wygląda to mniej więcej tak: młody człowiek z mikrofonem w garści walczy o utrzymanie się w akceptowanej dla uszu symbiozie z podkładem muzycznym. Walka ta wymaga przeniesienia emocji ze środka na zewnątrz za pomocą wszelkich dostępnych kończyn (konkretnie trzech, gdyż czwarta kończyna twardo trzyma się mikrofonu). Emocje powodują zatem, że kończyny luźne, zwłaszcza w częściach dystalnych wiją się wokół słupa w sposób niezbyt zorganizowany, ale zgodny z rytmem muzyki. Zatem ręka dokonuje wszelkiego rodzaju opukiwania, głaskania, skrobania, dłubania, klepania w słupa część wyższą, nogi zaś słup oplatają, kopią, ocierają się oń tudzież wykonują wokół niego skomplikowane figury taneczne w części najniższej. Niejednokrotnie do akcji wkracza dziecięcy kuper, który z różną energią i siłą o środkową część słupa się ociera. W efekcie to słup jest w centrum uwagi i zdaje się być główną postacią dramatu. Bez choreograficznego udziału słupa śpiewanie wydaje się całkiem pozbawione wyrazu.
Nie, nie zwariowałam. Wiem, o czym mówię.
Słup jest nieodzowny.
Wielokrotnie widywałam Hannę w relacji ze słupem. Doświadczyłam także widoku słupa w duetach o innym składzie. Słup zawsze jest gwiazdą. Wygląda to mniej więcej tak: młody człowiek z mikrofonem w garści walczy o utrzymanie się w akceptowanej dla uszu symbiozie z podkładem muzycznym. Walka ta wymaga przeniesienia emocji ze środka na zewnątrz za pomocą wszelkich dostępnych kończyn (konkretnie trzech, gdyż czwarta kończyna twardo trzyma się mikrofonu). Emocje powodują zatem, że kończyny luźne, zwłaszcza w częściach dystalnych wiją się wokół słupa w sposób niezbyt zorganizowany, ale zgodny z rytmem muzyki. Zatem ręka dokonuje wszelkiego rodzaju opukiwania, głaskania, skrobania, dłubania, klepania w słupa część wyższą, nogi zaś słup oplatają, kopią, ocierają się oń tudzież wykonują wokół niego skomplikowane figury taneczne w części najniższej. Niejednokrotnie do akcji wkracza dziecięcy kuper, który z różną energią i siłą o środkową część słupa się ociera. W efekcie to słup jest w centrum uwagi i zdaje się być główną postacią dramatu. Bez choreograficznego udziału słupa śpiewanie wydaje się całkiem pozbawione wyrazu.
Słup ponosi ciężkie i nieodwracalne szkody w wyniku systematycznego wykorzystywania go do tych czynności. Powycierany, poorany i gdzieniegdzie poszczerbiony, stanowi żywy, choć betonowy przykład na to, że prawdziwy artysta jest gotowy na wielkie poświęcenia dla sztuki. Choć słup akustycznie się nie udziela, choreograficznie zachwyca i stanowi całkiem solidne wsparcie dla młodego solisty.
I gdy przychodzi czas scenicznego wykonu, przed publiką tudzież konkursowym jury, brak słupa mocno doskwiera. Ileż trzeba samozaparcia, jakiż profesjonalizm trzeba z siebie wydłubać, żeby bez wiernego towarzysza się obejść. Dobrze, że w chwilach takich można liczyć na wsparcie Cioci Marzenki, która (znacznie mobilniejsza od słupa) kibicuje wyczynom muzycznym poza swoim szkolnym habitatem. Podejrzewam jednakże, że w tajemnicy, w zaciszu muzycznej komnaty, zdaje słupowi relację o wyczynach wokalistów, żeby i on był na bieżąco z ich sukcesami.
A będzie co jutro w szkole opowiadać. Bo oto i kolejny powrót z tarczą z wyprawy o kryptonimie "Wygraj sukces". Uczniowie Cioci Marzenki, a wśród nich Hanna, zaprezentowali się zgoła fantastycznie, mimo odczuwalnego braku słupa. Hanna zaliczywszy lekkie potknięcie tekstowe (ach, słupie gdzieżeś ty?!) brawurowo i przeponowo wlazła do półfinału konkursu, zatem duma, uciecha i wielkie lody były nam dziś towarzyszami. A teraz nie pozostaje mi nic innego, jak zaprosić serdecznie do odsłuchu i obejrzu dzisiejszych wykonów :)
Na zdjęciu, z moją osobistą artystką, zestaw Hannie najmilszy - niezastąpiona Ciocia Marzenka oraz Monika i Ola.
Tymczasem poniżej na nagraniu (jakości umiarkowanej) "Słodki strach" lekko podszyty horrorem, dedykowany wszystkim przeszłym i przyszłym chwilom rozkosznego łasuchowania :P
I gdy przychodzi czas scenicznego wykonu, przed publiką tudzież konkursowym jury, brak słupa mocno doskwiera. Ileż trzeba samozaparcia, jakiż profesjonalizm trzeba z siebie wydłubać, żeby bez wiernego towarzysza się obejść. Dobrze, że w chwilach takich można liczyć na wsparcie Cioci Marzenki, która (znacznie mobilniejsza od słupa) kibicuje wyczynom muzycznym poza swoim szkolnym habitatem. Podejrzewam jednakże, że w tajemnicy, w zaciszu muzycznej komnaty, zdaje słupowi relację o wyczynach wokalistów, żeby i on był na bieżąco z ich sukcesami.
A będzie co jutro w szkole opowiadać. Bo oto i kolejny powrót z tarczą z wyprawy o kryptonimie "Wygraj sukces". Uczniowie Cioci Marzenki, a wśród nich Hanna, zaprezentowali się zgoła fantastycznie, mimo odczuwalnego braku słupa. Hanna zaliczywszy lekkie potknięcie tekstowe (ach, słupie gdzieżeś ty?!) brawurowo i przeponowo wlazła do półfinału konkursu, zatem duma, uciecha i wielkie lody były nam dziś towarzyszami. A teraz nie pozostaje mi nic innego, jak zaprosić serdecznie do odsłuchu i obejrzu dzisiejszych wykonów :)
Na zdjęciu, z moją osobistą artystką, zestaw Hannie najmilszy - niezastąpiona Ciocia Marzenka oraz Monika i Ola.
A na koniec piosenka potknięta - czyli "Śpiewam i tańczę". Moim skromnym i zupełnie nieobiektywnym zdaniem, mimo owego potknięcia nie ma śladu obciachu, potyczka komponuje się z teścią, jest moc, więc się chwalę i nią. A co mi tam :)