wtorek, 6 maja 2014

Męski folder muzyczny


Jest w domowym laptopie taki zakamarek, który należy wyłącznie do chłopaków. Opatrzony jest wszystko mówiącą nazwą: "Muzyka Pitera". Uprawnienia do korzystania z niego posiadają obaj: Piotr Tadeusz i Krzysztof Piotr, jako że obaj są Piterami. Dziewczynom od tego wara. Mogą najwyżej grzecznie poprosić, żeby któryś z Piterów coś włączył. Niniejszy post mając charakter retrospekcyjny, zawiera materiały zarówno aktualne, jak i historyczne - pozostające jednakże w ścisłym związku z tym właśnie, tajemniczym miejscem na twardym dysku.

Podstawa to dobry sprzęt
Folder "Muzyka Pitera" ma mniej więcej tyle lat, co Krzysztof Piotr. I jedną z pierwszych, opanowanych przez Krzysztofa umiejętności było dobieranie się do niego. Ćwiczył już w pieluchach. Jako 2-latek doskonale rozróżniał wszystkie piosenki po pierwszych taktach i domagał się włączania konkretnych, w określonej kolejności. Jako 3-latek sam wynajdował na liście interesujący go utwór. Jako 4-latek zaczął śpiewać niektóre z nich będąc poza zasięgiem laptopa. A tańczył do nich, odkąd opanował stanie. Jeszcze zanim zaczął porządnie chodzić. Folder ten został też, z racji poważnego uzależnienia odeń potwora, poprzenoszony na inne nośniki, aby był dostępny zawsze i wszędzie. Nawet w samochodzie. Bo nigdy nie wiadomo kiedy potrzeba muzycznego odlotu wzbierze w Krzysztofie i będzie domagała się ujścia.

I tak na przykład, nie sięgając daleko w przeszłość, w zeszły piątek, potwór ów wzbudził sensację i ogólną wesołość wśród turystów zwiedzających w Gdyni ORP "Błyskawica", gdy znienacka ryknął pełnym głosem: "It's a kind of magic, magic, magic..." Cud, że nie pospadali z pokładu w portowe wody. Innym razem powalił większość obecnych w przedszkolnej szatni rodziców, gdy sypnął z rana od progu otwierając z impetem drzwi wejściowe: "Czekam na wiatr, co rozgoni...". Zdarzyło się także mu kiedyś, w kolejce do marketowej kasy, zapodać Rammsteina intonując: "We are living in America, America, America.."

A poniżej moje ulubione, choć mocno archiwalne nagranie i prezentacją stosunku 2,5-letniego Krzysztofa do Adele i jej piosenki "Rolling in the deep" zwanej przez potwora "fotelem". Do tej pory służy mi jako antydepresant.




Krzysztof z ulubioną zabawką

"Muzyka Pitera" zawiera bowiem utwory w różnym stylu i języku, zamykające się we wszystko mówiącym określeniu "dziu, dziu, dziu", jakim mianował je Krzysztof, w zaraniu swojej elokwencji. Potwór słuchając ich i poddając się ich dźwiękom, rwie się nie tylko do tańca i śpiewu, ale także do grania. Przy czym instrumentarium ma od lat wybrane i niezmienne. Najpiękniejszym uzupełnieniem "Muzyki Pitera" jest bowiem gitara. Prawdziwa, zabawkowa, wyimaginowana lub stworzona z patyka, łopatki, miecza czy widelca. Grunt by szarpać druty i miotać rozwianymi kudłami. U tatusia daje się dostrzec podobne syndromy, z wyłączeniem miotania kudłami, z racji ich braku. Może właśnie dlatego wypadły, że niegdyś miotał. 


Absolutnie prawdziwa
Obaj, w drodze wyjątku, zgadzają się jedynie na wymianę gitary na gary, gdyż walenie w perkusję też jest super. I znów może być prawdziwa lub wyimaginowana, stworzona chociażby na wodzie (przykłady po bokach).
Wodna perkusja

Krzysztofa zaangażowanie w "Muzykę Pitera" z przyległościami oddaje barwny pogląd, który wygłosił kilka miesięcy temu, iż najfajniejsza bajka to koncert Pearl Jam-u. Bo Krzysztof odda wszystkie kreskówki świata za porządne, ostre "dziu, dziu, dziu". Inna muzyka jest wg Krzysztofa "rolmalnie słaba", choć ostatnio łamie się i zaczyna słuchać pędziwiatrowych hiciorów z koncertowych płyt. Ale grać coś musi zawsze. Ostatecznie, w chwilach izolacji od laptopa, Krzysztof akceptuje haniowego boomboxa lub zgoła telefon. Byle grało. Z telefonem właśnie zwykł chodzić na trampolinę, gdzie urządzają sobie z siostrą koncerty. Na szczęście mam cierpliwych sąsiadów i znoszą ze spokojem ich ryki.

Krzysztof marzy o własnym, nie dzielonym z innymi, dostawcy błogich dźwięków. Krzysztof chciałby posiadać swój sprzęt, który pozwoli na słuchanie muzyki. Aby nie trzeba było się prosić, aby nikt nie mógł mu odmówić, albo go zganić za zbyt uporczywe burzenie przestrzeni akustycznej. Choćby na słuchawkach, choćby po cichu, ale nic nie może się równać z osobnym, prywatnym "dziu, dziu, dziu". I zbliżające się, poważne i bardzo dorosłe piąte urodziny Krzysztofa, skłaniają mnie do rozważenia czy nie warto by tym marzeniom ulec. Może zyskałby na tym nie tylko on, ale i ja. Chwile absolutnej ciszy w naszym pokoju, gdy on u siebie, na swoich słuchawkach...

A żeby zaburzyć równowagę i spokój niniejszego posta, absolutnie aktualny i świeży zapis z ilustracji choreograficznej zaprezentowanej wczoraj przez Krzysztofa do "Love me tender". Mimo słabej jakości dźwięku, poraża dynamika tancerza. Wyraźnie widzę tu także naleciałości pędziwiatrowe :)


W odniesieniu do powyższego nagrania najlepsze okazały się odczucia, bezdzietnego jak dotąd, wujka - Adama G., który po dokonaniu oglądnięcia wydał z siebie 3 rzeczowe komentarze:

1) zmęczyłem się oglądając wygibasy.
2) Lepsze niż step up.
3) O.O czym się ładuje dzieci? Kokainą?

Dodam, że Krzysztof wuja serdecznie pozdrawia ;)

Szczęśliwie udało mi się wydrzeć laptopa ze szponów dwóch Piterów - syna i tatusia, dzięki czemu mogłam z wielką przyjemnością obsmarować zagadnienie muzyczne i dokończyć post. "Muzyki Pitera" nie tknęłam przy tym ani razu. W końcu ja nie Piter i nie "dziu dziu dziu" mi w głowie. Ja wolę to, co według Krzysztofa jest "rolmalnie słabe" lub "rolmalnie nuuuuuda". Męski folder pozostaje zatem matczyną uwagą nieskażony :)

I wspomniana, wirtualna gitara...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz