Ponieważ życiowych doświadczeń nigdy nie dość, świat w wydaniu majowym postanowił ukazać nam rąbek innej rzeczywistości. Tym samym stało się faktem zupełnie nowe, odmienne i niecodzienne wydanie Hanny - w odsłonie hospitalizacyjnej. W perspektywę życia szpitalnego niespodziewanie zapędził Hannę wtorkowy poranek. Hanna niepewnie acz spokojnie, pod czujnym okiem tatusia, poddawała się zabiegom medycznym, mamunia zaś, uwięziona w okowach zajęć służbowych, odchodziła od zmysłów z niepokoju.
![]() |
| Hanna szpitalna tworzy historyjki o kotku |
Szpitalny budynek, odremontowany, pachnący nowością, nie budził niepokoju. Hannę zalogowano na jasnej, ciepłej sali, tuż obok dziewczynki, która okazała się być jej rówieśnicą. Hanna zapakowana do łóżka i obdarzona kroplówką, pogoniła tatusia precz, do domu po niezbędne dla niej klamoty i utensylia higieniczno-rozrywkowe. Zapowiedziała, że będzie czytać i zaszyła się w książkę.
Tatuś precz poszedł, a gdy wrócił obarczon zamówionymi przedmiotami, dziecko jawiło się już w postaci bohatera. Bowiem pod jego nieobecność pobierano Hannie krew, która nie chciała płynąć i Hanna PRAWIE ZEMDLAŁA. Nie wiadomo z jakiego powodu, zdarzenie to prezentowane było przez nią jako wyjątkowo atrakcyjne. Może to z powodu tej wielkiej, dorosłej i jakże straceńczej odwagi. Bo przecież wydarzenie, nie przypieczętowane ani jedną łzą, nastąpiło pod nieobecność rodziców. W każdym razie Hanna z personelem medycznym zawarła sztamę i najwyraźniej jest z nim za pan brat. Dziś o poranku zasłyszałam nawet, jak przemiła salowa zza wschodniej granicy, śpiewną mową i łamaną polszczyzną udzielała Hannie porad ortograficznych podczas odrabiania zadań z języka polskiego.
Zatem szpital okazał się nie być niczym strasznym. Hanna uparcie nazywała go "Hotelem" i trwała w postanowieniu traktowania tego czasu niczym wakacji. Takie kolonie, tylko zaburzone nieco zbyt częstymi wizytami rodziców, którzy zupełnie niepotrzebnie donosili lekcje do odrabiania. Koleżanka z sąsiedniego łóżka okazała się być równiachą, zatem w pełnej przyjaźni harcowały wspólnie po pokoju, w miejscu nie usiedziały ni chwili, urządzając konkursy śpiewu, tańca i rysowania. Nawet pod kroplówką nie zaprzestawały wędrówek, telepiąc się powoli w towarzystwie stojaka z całym oprzyrządowaniem. Hanna stanowczo odmówiła nocowania z nią w szpitalu, bo przecież będzie spać i o co w ogóle chodzi. Podgrandziła mi tylko telefon, bo w moim jest więcej gier i You Tube. A w szpitalu dostępna jest nawet sieć z Wi-fi. W korytarzu stała zaś magiczna szafa pełna gier, puzzli i wszelakich układanek, które zajmowały Hannie i jej towarzyszce całe godziny. Takie są bowiem teraz udogodnienia szpitalne dla chorych pędraków.
![]() |
| Ptak - aktor i jego twórczyni |
A teraz? Cisza, opanowanie, bohaterstwo i pełna współpraca. Studenci owszem, też są. Zapewne już nie ci sami, ale niezwykle szarmanccy. Jeden z nich wparował na moich oczach do sali i przywitawszy się grzecznie, zadał elegancko pytanie: "I jak się panienki dzisiaj czują?". Panienki natychmiast rzuciły to, co je zajmowało i prężąc pierś i zarzucając kudłami elegancko i z wdziękiem odpowiadały, że dobrze, że wspaniale, że w zasadzie to nic im nie jest i czują się wyśmienicie. Po krótkiej pogawędce student grzecznie się pożegnał życząc im zdrowia i wyszedł z sali, zaś panienki usatysfakcjonowane tym urozmaiceniem, powróciły do swoich zajęć. Pełen szał i wersal.
| Wycinek z przygód kota Feselka |
Kopernik
to był stary piernik.
Mieszkał w Toruniu
i miał kuku na muniu.
Chrup, chrup, chrup
Teraz z niego trup.
Naszych wizyt, podobnie jak odwiedzin dziadków, Hanna prawie nie zauważa. Zajęta robotą, ledwo rzuca luźne cześć, w którym najważniejsze jest pytające spojrzenie: "Czy przynieśliście mi kisiel w termosie?". Bowiem właśnie kisielu, domowego, aksamitnego, słodkiego, najbardziej brakuje jej w tymczasowym miejscu pobytu. Gdy kisiel przynosimy, podczas audiencji panienka patrzy na nas nawet dość przychylnie, acz bez większego zainteresowania. Twardo odmawia wspólnego odrabiania lekcji, odkładając naukę na niewiadome później. W końcu najważniejsza jest sztuka, nawet jeśli przejawia się w postaci papierowego, ptasiego przedstawienia. I tylko jeden, niewielki i krótki epizod ze łzami i tulańcami w tle pozwala nam mniemać, że jednak wolałaby do domu. Dziś wieczorem, podczas obchodu, przemiły pan doktor oznajmił, że jeszcze dzień-dwa i ją wypisze. Pielęgniarki skwapliwie potwierdziły tę możliwość, donosząc doktorowi pospiesznie, że ta panna tańczy i śpiewa od rana do nocy, więc źle z nią nie jest. Jutro przed nami szpitalny dzień trzeci. Czy będzie równie aktywny jak dwa poprzednie? Tego nie wiem. Trzymamy się jednak tego doktorowego "dzień-dwa" i może jakoś wytrzymamy. Stanowczo i zdecydowanie wolę mieć ją w domu.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz