piątek, 23 maja 2014

Pacyfikacja agresora

Trudna i nie do przyjęcia jest sytuacja, gdy nasze ukochane, najdroższe maleństwo staje się ofiarą agresji wśród rówieśników. Budzi to dylematy, co czynić i gdzie interweniować. U nauczycieli, u rodziców, czy też bezpośrednio wkroczyć między dzieci? Zagadnienie to dotykało mnie wielokrotnie, gdy jako dziecko bywałam zarówno ofiarą jak oprawcą. Teraz zaś, raz po raz ocieram się o temat w odniesieniu do własnych dzieci. Bywa, że dociera do mnie informacja o tym, że ktoś moje dziecko uderzył, ugryzł, popchnął lub dokuczał metodami słownymi. Są to jednak incydenty na tyle drobne, że można je uznać za normę. Nie da się przejść przez lata wspólnej edukacji bez doświadczenia złośliwości, uszczypliwości czy złości rówieśników. W niewielkich dawkach, takie przeżycia można nawet uznać za cenne. Mają wartość podobną do wirusów wprowadzanych do organizmu w formie szczepionki. Najlepiej przyswajamy wiedzę w sposób empiryczny, a reakcji na agresję także musimy się nauczyć. Mam na myśli oczywiście sprawy drobne i błache, które może i wywołają kilka łez, ale są ulotne i mijają bez śladu. Jako matka ofiary agresji mogę w takiej sytuacji ograniczyć działanie do:

1. Pocieszenia delikwenta, ukochania i ugłaskania (tego nigdy dość).
2. Podsunięcia mu na przyszłość adekwatnych reakcji, zgodnie z zasadami asertywności, omijając kodeks Hammurabiego szerokim łukiem.
3. Utwierdzenia go w poczuciu własnej wartości.

kopyto w kociowych getrach
Przykładem nich będzie sytuacja, w której Hanna wróciła do domu nieszczęśliwa, bo dwie koleżanki obszczekały jej nowe kociowe getry. Przyczyny nie znam, bo w Hannie getry budzą niezamienny zachwyt. Większość klasy także zwróciła na nie uwagę analizując wygląd i ilość kociąt na nogawach. Jednakowoż owe koleżanki (eh, od razu wiedziałam które, bo to nie pierwszy raz) były odmiennego zdania, uznając że to ciuch zupełnie beznadziejny, a już na pewno nie nadaje się na zajęcia taneczne i Hanna nie powinna ich na tańce nosić i w ogóle, że Hanna w nich wygląda okropnie. Ukochawszy i zdementowawszy, przekazałam zatem dziecku komunikat, iż noszone przez nią ubrania mają podobać się jej, a nie jej koleżankom, zaś atak nie miał żadnego podparcia w rzeczywistości, bo przecież innym kocury pasowały, a pani od tańców nie kwestionowała adekwatności jej ubioru. Uzyskała informację, że przy kolejnej takiej sytuacji ma przekazać, że nie życzy sobie komentowania jej stroju i że nie jest on sprawą rzeczonych koleżanek. Hanna uradowana i pełna zapału zanotowała sobie moje sugestie, by w wolnych chwilach uczyć się ich na pamięć i przy najbliższej okazji wykorzystać.

Jednak nie ta strona medalu jest podstawą moich dzisiejszych rozważań. Otóż o niebo trudniejszą i mocno konfudującą mnie sytuacją, jest postawienie mnie przez życie w roli matki agresora.

Z Hanną przypadek znamienny i potężny miał miejsce raz. W pierwszej klasie dziecko przyniosło ze szkoły uwagę, donoszącą chłodno acz uprzejmie, że dziewczę skopało kolegę na świetlicy szkolnej. Lekko mnie oszołomiła wiadomość, pobieżyłam zatem pędem wyjaśniać:

- A kogóż ty córciu skopałaś?
- Szymona - odparło beztrosko dziecko.
- Ale dlaczego? Przecież lubisz Szymona - dopytywałam. - Opowiedz jak to było.
- Mamusiu, Szymon siedział przy stole i rysował. I chciałam żeby się ze mną pobawił - wyjaśniało dziecko.
- I co było dalej? - drążyłam.
- No i on nie zwracał na mnie uwagi, bo był taki zajęty rysowaniem i wtedy go pokopałam.
- Ale dlaczego córciu? Nie mogłaś go spytać czy się z tobą pobawi?
- No nie,  bo mi się nie chciało...

Opadły mi wszystkie cztery kończyny, bo samych rąk brakło. Z trudem opanowałam rechot, mocno w tym momencie niestosowny wychowawczo, i wygłosiłam pogawędkę na temat tego, jak należy zagajać rozmowę z kolegami. No... jasny gwint! Kopać, bo jej się zapytać nie chce! Ale numer odbył się raz, został przypieczętowany skruchą, oblany łzami i więcej tak malowniczych uwag nie uświadczyłam. Uznać należy, że temat kopania kolegów jest zamknięty. Co innego grzmotnąć brata w ucho... Ale brat nie pozostaje jej dłużny i zagadnienie mam stale na oku, więc i upilnować łatwiej.

Znacznie większym wyzwaniem jest potwór mniejszy, który z zimną krwią i bez żadnych wyrzutów sumienia dokonuje czynów nagannych. Jakaś potrzeba wewnętrzna gna go w kierunku pacnięcia, grzmotnięcia, rąbnięcia, popchnięcia i tego typu beztroskiej aktywności. Widać to szczególnie w warunkach przedszkolnych. Już jako 3-latek z pierwszej grupy, dzidziuch i siusiumajtek odbywał ze mną takie pogawędki:

Ja: Krzysiu co robiłeś dziś w przedszkolu?
K:: Nie stałem w kącie.
Ja: O, to pięknie. Czyli byłeś dziś grzeczny. To co robiłeś?
K:: Siedziałem przy stoliku za karę.
Ja: Za karę? To co takiego zrobiłeś?
K: z dumą: Ubiłem Bartka.

Innym znów razem, dziecko już znacznie doroślejsze, bo po skończeniu lat 4, wziągnęło mnie w zachwycający dialog w drodze z przedszkola:

K: Mamusiu weź mnie na rączki.
Ja: No co ty, Krzysiu, przecież jesteś już duży. Na rączkach nosi się tylko dzidziusie ze żłobka.
K: Ale mnie tak nóżki bolą.
Ja: To co robiłeś w przedszkolu, że cię tak bolą?
K: Popychałem Kubę.
Ja: To bardzo nieładnie, że popychałeś. I od tego popychania cię bolą?
K: Nie, ale pani Kasia posadziła mnie za karę przy stoliku i od tego siedzenia tak mnie nóżki zabolały 

Po wnikliwej analizie tematu i zasięgnięciu języka okazało się, że nóżki bolą, bo w zimnej furii kopały stolik, przy którym przyszło łobuzowi siedzieć. Zrobiło mi się żal stolika. Dla nóżek zaś nie miałam litości i dowlokły się do domu o własnych siłach. 

Z powyższych przykładów wynika zatem, że Krzysztof bija. Nie powiem, że codziennie, że notorycznie i wytrwale, lecz napadowo, z rzadka i z zaskoczenia. "Bija" zatem, a nie "bije" i pragnę fakt ten wyraźnie zaznaczyć, żeby nie czynić z własnego syna potworniejszego potwora i większej zarazy niż w rzeczywistości. Czasem trafia na równego sobie gagatka i wraca z przedszkola ze śladami ukąszeń, z wyraźnie zaznaczonymi mlecznymi zębami, z zadrapaniami lub z siniakami. KIedyś zdarzyło mu się oberwać nawet od dziewczynki i jestem przekonana, że nie bez powodu. 

Jednakże jak by nie było, interakcje z elementami bijania są tępione, pogardzane i postponowane zarówno w przedszkolu jak i w domu. Przedszkolny ostracyzm objawia się w postaci, wpominanej już parokrotnie, czerwonej kropy na tablicy zachowań. Groza to straszna, bo redukuje zdobyte plusy do zera i oddala łapserdaka od zdobycia upragninego medalu za zachowanie. Medal wręczany jest najwytrwalszym kolekcjonerom plusów, zatem kropa jest jak plama na honorze, jak cios w serce, jak zrzucenie w otchłań bezplusowego tałatajstwa.

W domu bijanie oznacza redukcję przywilejów dnia bieżącego, traktowane jest jak poważne wykroczenie zamykające aż po czas snu rozkosze obcowania z komputerem, muzyką, słodyczami czy też innymi atrakcjami przypisanymi do danego dnia tygodnia. Dodatkowo ma miejsce krótka pogawędka zakończona oczekiwaniem na skruchę i zadośćuczynienie, które przybiera różnorakie postacie: całusów, utulań, wykonania dodatkowego zlecenia domowego lub namalowania laurki przeproszeniowej. Ale celem nie jest tu czyste ukaranie bijacza, lecz wskazanie mu jasno i wyraźnie, że bijanie sensu nie posiada, zwyczajnie się nie opyla i nie warto go praktykować.
Kumple od bijania

Czasem metoda działa, niekiedy jednak wszystko bierze w łeb. I oto w maju Krzysztof objawił się światu jako posiadacz aż dwóch czerwonych kropek. Obu za bijanie. Rzec by można - rekordzista. Ale cieszyć się nie ma czym. I przyszła za tym zaduma: jak działać, co czynić, aby łobuz łobuzerki zaniechał i wiódł żywot statecznego i spacyfikowanego obywatela bez grama złości w krwiobiegu? Nie bez powodu przecież ta złość wybucha, ale skoro w dziecku tkwi, jakieś ujście znaleźć jej trzeba. Bo to nie czyste zło, tylko brak panowania nad emocjami. I tyle. Zwykła nieumiejętność kontroli nad złością, która sama w sobie jest przecież czysto ludzka i naturalna. Tak często wybacza się ją dorosłym, a tak bardzo chciałoby się odebrać do niej prawo dzieciom. Z krzywdą dla wszystkich, bo tłumiona przecież nie znika. 

I znalazłam rozwiązanie zgoła genialne...

Skoro musi, potrzebuje, chce i lubi bijać - niech bija. Niech bije nawet. Choćby codziennie. Jeśli nie jest ważnym kogo bić, byle bić - ja mu mogę obiekt do tego dostarczyć. Tak postanowiłam i tak się stało. Kumpel do bijania, rozładowywacz złości i agresji, oczyszczacz o sile karharsis poddaje się biciu dość chętnie, można go naparzać bez ustanku. Sam także potrafi oprawcę nieźle skotłować. I zadowolony. Obaj zadowoleni. Walki odbywają się regularnie już od kilku dni, w ogródku lub w domu. Nam pozostaje tylko się nimi zachwycać i czekać na efekty. Czy pomysł zadziała? Czy wystarczy, by nadmiar złości i napięć wszelakich mógł spływać z Krzysztofa bez angażowania w to niewinnych kolegów z przedszkola? Okaże się za jakiś czas, ale jesteśmy pełni nadziei :)





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz