Jak jeść słodycze , to z klasą, z uwagą i należną im atencją.
Jak pławić się w słodkościach, to na pełnym luzie, dopełniać nimi piękne i doniosłe wydarzenia, uświetniać uroczystości i spotkania rodzinne.
Bo słodkie chwile są jak święta.
Dzieci już we wtorek planują, co pożrą w środę. wydłubują monety z portfelików, przeliczają, negocjują, nęcą. Obecnie z racji postępującego ocieplenia, najbardziej pożądane są lody. Najlepiej konsumowane na dworze, w wafelku lub na patyku. Bo to znacznie większa frajda niż takie z talerzyka z łyżeczką. Talerzykowe są nudne. Nie wiem czemu, ale tak właśnie jest. Przy czym im wyższy stopień upaprania się lodami, tym większa rozkosz podniebienia. Dziwne, ale prawdziwe.
Dlatego też i w ostatnich dniach dzieci z przyjemnością doświadczały udziału w domowych wypiekach wielkanocnych. Samodzielnie popełniły muzyczne mazurki, które dostarczyły im mnóstwa uciechy. Z zapałem gniotły kruche ciasto, z nie mniejszym zapałem produkowały polewę i układały na niej suszoną żurawinę. Doświadczeniem najbogatszym było jednakowoż wylizanie gara po polewie. Tu potwory wykazały się nieprzeciętną dokładnością i precyzją. Żebyż one jeszcze z takim pietyzmem sprzątały po swoich kulinarnych szaleństwach...
Tatuś, usiłując konkurować z dziecięcymi mazurkami postanowił popełnić pierwszy w życiu sernik.
Nie był jednak samowystarczalny w tym temacie, bo to dzieci, przy okazji własnego wygniatania, elegancko wykonały tatusiowi kruchy, kakaowy spód. Dało im to prawo partycypowania w prawach autorskich do dzieła i zamknęło tatusiowi możliwość czynienia przechwałek, że sernik wykonał samodzielnie.
Mazurki wyszły doskonale. Sernik w piekarniku rósł dzielnie, przy czym ubaw mieliśmy po pachy, bo tatuś strzegł wypieku jak ognia. Podejść ni tupnąć nie pozwolił, wartę pełnił bohatersko i wytrwale, tylko dzidy mu w garści brakowało. Albo halabardy. Skarb sezamu udał się wyśmienicie, jeśli pominąć błyskawicę, która przecięła jego złocistą powierzchnię, w postaci niezaplanowanego pęknięcia. Dodatkowo, z jednego boku widoczne było niewielkie uszczknięcie, powstałe w sposób naturalny w procesie pieczenia.
Sernik opuścił piekarnikowe pielesze i lśnił słodkim pięknem na kuchennym bufecie. Dodatkowo roztaczał nieprzeciętne wonie, nie pozostawiając wątpliwości, że pod względem cukierniczym w domu jest już świątecznie. Tymczasem każdy z nas poświęcał się w oddali swoim obowiązkom. Większość przebywała w ogródku. Tatuś zszedł z posterunku, alarmu nie podłączył, ochrona sernika była niemal zerowa. I dopiero przy wieczornej inspekcji na jaw wyszła zbrodnia.
KTOŚ - postać bezwzględna, bezlitosna i godna potępienia popełniła zbrodnię na serniku! Zbrodnię haniebną i nieodwracalną, okrutną i podłą. Wspomniane powyżej naturalne uszczknięcie zostało poszerzone, pogłębione do tego stopnia, że rozprzestrzeniło się na całej powierzchni bocznej słodkiego okręgu. W efekcie sernik wyglądał, jak poszarpane na krawędziach jojo, smętne i zupełnie niedostojne. Tatuś wpadł w szał. Miotał się po mieszkaniu w poszukiwaniu profana, wykonywał przegląd ludzkich palców, kocich wąsów i psich fafli. Mało brakowało, a zaglądałby nam w zęby. Grzmiał falą kontestacji i żalu. Ostatecznie zbrodniarz, przygnieciony ciężarem poczucia winy, z głębokim szlochem przyznał się do grzechu tłumacząc, że nie wie jak to się stało, że to samo się zrobiło. Zbrodniarz nie chciał, ramiona same popchnęły łapy do działania, zmusiły knykcie do zagłębienia się w słodką rozkosz, a następnie też same knykcie wpychały puszyste, białe okruchy do paszczy. Paszcza także nie chciała, ale nie zdołała przerwać żeru. I zło stało się faktem.
Wieczór minął w atmosferze potępienia. Tatuś nie mógł otrząsnąć się po stracie, jaka niespodziewanie na niego spadła. Atmosfera była tak ciężka, że nieszczęsny sernik nie został nawet uwieczniony na zdjęciach. Dzięki temu jednak tatuś nie dysponuje żadnym materiałem dowodowym. Sernikowe jojo zostało spożyte w święta ze smakiem przez wszelkich nawiedzających dom gości i każdy poza tatusiem patrzył na zbrodnię z rozbawieniem. Głębokie zrozumienie dla zbrodniarza pogłębiał fakt wyjątkowych walorów smakowych, jakimi cieszył się sernik.
Pozostaje wysnuć wniosek, że jedynym rozwiązaniem, które zmyje ciężar winy ze zbrodniarza i poczucie nieszczęścia z tatusia, jest ponowne i wspólne wykonanie kolejnego sernika. Jako osoba trzecia, obserwująca problem z boku, sugeruję zarezerwować dla tych celów najbliższą sobotę.
A kto był zbrodniarzem - nie powiem. Istnieją granice donosicielstwa. Kto chce i potrafi niech się sam domyśla :P
Świetny pomysł z wyznaczeniem dni, w których dzieci mogą jeść słodycze! Ściągam :)
OdpowiedzUsuńPozdrawiam
Natalia vel Nishka :)
PS: a sernik pewnie wyjadłaś Ty ;-)
OdpowiedzUsuńWprowadzenie dni słodyczowych polecam każdemu :). Dodatkowo mamy też osobne dni wyznaczone na komputer/konsolę. I nie są to dni słodyczowe :P
OdpowiedzUsuńA co do sernika - wyjątkowo jestem poza podejrzeniami. Szczęśliwie okupowałam wtedy wannę :P