I znów, jak co roku, się pytam - kiedy to zleciało? Maleństwo to było najdrobniejsze na całym oddziale noworodków, a teraz... kawał baby kończy dziś 9 lat.
I kto był przy tym ten wie, że lekarze dręczyli mnie nieziemsko i strach mi jak kłody rzucali pod nogi, bo dzidzia nie rośnie, bo za mała, bo hipotrofia-srofia i sto innych schorzeń zapewne się czai. A ona sobie, póki w mamuni schowana, była niewielka, korzystając z tych krótkich chwil, kiedy armia genów pozwalała jej na cieszenie się mianem kruszynki.
I wyleźć nie chciała, zajęta ważniejszymi sprawami. Spóźniała się, zupełnie jej się nie spieszyło, co najwyraźniej stanowiło rys jej charakteru już od zarania. Jednakże otoczenie medyczne na jej fanaberie zgody dać nie chciało. Zalecono ciężarnej pochodzić. Zatem ganiałam przez pięć pięter szpitalnych w górę i w dół, a przyszły tatuś zipał za mną, bo przecież bez opieki latanie nie było wskazane. Windo precz - marsz po schodach, "powoli, jak żółw ociężale", jednakże bez przerw najmniejszych. Kazali latać, to latałam, choć nieco intensywniej niż medycyna raczyła przewidzieć. Dlatego też pewnie, gdy przyszło co do czego, najbardziej bolały mnie nogi i cieszyłam się szalenie, że mogę sobie wreszcie poleżeć.
Minęło popołudnie i wieczór, tatuś porzuciwszy małżonkę i nienarodzone dziecię popruł do obowiązków zawodowych, a ja dalej twardo łaziłam, tym razem po korytarzu z książką w ręce, raz po raz obijając się o szafki i meble, bo książka absorbowała mnie bardziej niż spacer. Po obchodzie stanowczo odtransportowano mnie do wyrka i porażono wiadomością, że skoro dziecię samo wyjść nie chce, zostanie pogonione następnego poranka. To mnie nieco zeźliło. Po pierwsze dlatego, że poganiania bałam się jak diabli, po drugie z przekory. Bo jakże to - małe takie, nieopierzone i będzie mi się tu już rządzić i buntować? Matka grzecznie prosi, żeby wylazła - to wyleźć należy i o dyskusji nie ma mowy. Zatem cichaczem do spaceru wróciłam i nie dałam się przegonić z korytarza. Było już porządnie po 23:00, gdy zagadnięta przez położną o cel wędrówek oznajmiłam jej grzecznie, że dziś w nocy urodzę pannę Hannę. Położna uzbroiwszy się w krzywy uśmiech poinformowała mnie sucho, że tak nie wygląda kobieta, która ma w ciągu kilku godzin urodzić pierwsze dziecko. Wyraziłam zdziwienie i zadałam grzecznie pytanie czy powinnam się wobec tego umalować, tudzież wytatuować, żeby wyglądać odpowiednio. Ponieważ jednak położna warczała, że spać innym nie daję, wróciłam niechętnie do łóżka i kontynuowałam lekturę w pozycji horyzontalnej. Minęła północ, zostało mi może z 50 stron do końca książki, kiedy położna przyszła obsobaczyć mnie za palenie światła po nocy. Wyznałam po raz kolejny, że zbieram się do rodzenia, a że mi się nudzi to sobie czytam. Z niechęcią zgodziła się zweryfikować tę kwestię, po czym dla świętego spokoju postanowiła oddelegować mnie na porodówkę. Tam, zajęłam się głównie podejmowaniem prób zawezwania drogą telefoniczną tatusia, co by nie przegapił narodzin córeczki. Położne (teraz już dwie) stanowczo zniechęcały mnie do budzenia małżonka, bo "przed południem tu się nic nie wydarzy". Pewnie nie chciały, żeby im się kręcił po nocy po oddziale.
 |
| Hanna w jakieś 2 godziny po przywitaniu świtu i świata |
Tymczasem Hanna pojawiła się na świecie 2,5 godziny później, drąc paszczę i zastępując tym wszystkie koguty w okolicy. Pora była stosowna - 4:20. Świtało. Tatuś zdążył nie tylko dojechać, ale i wyżłopać pół automatu kawy i kilka razy zostać przeze mnie opieprzonym. Dowiedział się wówczas, co myślę o nim, wszystkich facetach jako takich i gdzie mam jego bezużyteczną gotowość do pomocy. Dopuszczam do siebie myśl, że troszkę byłam wtedy niesprawiedliwa. Jednakże tatuś powitał córkę godnie, choć zapadł w ewidentny szok poporodowy i kilka dni chodził lekko nieprzytomny. Powiłam bohatersko, bezproblemowo i nad podziw sprawnie 52 cm i 2800 gram zdrowego jak byk człowieka. Małe, chude, czerwone i paskudne, a przy tym najpiękniejsze, najcudowniejsze na świecie stworzenie. Po prostu magia czy też czary, które nieprzerwanie trwają do dziś. Już nie małe, nie chude i nie czerwone, ale najpiękniejsze, cudowne i przewspaniałe - moje córczysko-potworzysko - Hanna. Lat, proszę Państwa, od dziś już 9. I życzę jej z tej okazji tylko jednego - żeby była SZCZĘŚLIWYM CZŁOWIEKIEM!
A dla udokumentowania uciekającego czasu, wyplątałam z odmętów twardego dysku zapis tortowy mijających lat. Każda spryciula zauważy, że dwóch sztuk brakuje. Nie dlatego, że byłam wyrodną matką i dziecku tortu poskąpiłam, jednakże mogło się zdarzyć, że fotograf nawalił, albo fotka zwyczajnie gdzieś się zapodziała i odnaleźć jej nie mogę. Reszta jednakże wyraźnie wskazuje, że dziecię rośnie dorodne jak brzoskwinia i na brak czczenia adekwatnego do powagi chwili, jaką jest kończenie kolejnych lat życia, nie może narzekać.
 |
| 1 |
 |
| 2 |
 |
| 4 |
 |
| 5 |
 |
| 6 |
 |
| 8 |
|
9- kinderparty
 |
| 9 - rodzinnie |
Opis imprezy wkrótce. Muszę dojść do siebie, odreagować, sprawdzić, czy aby na pewno żyję...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz