Pokazywanie postów oznaczonych etykietą relacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą relacja. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 13 kwietnia 2014

Garść konkluzji powystawowych

Codzienność nasza, choć daje poczucie stabilizacji i bezpieczeństwa, jest jednakowoż generatorem nudy i rutyny. Ot zwyczajność i banał.

Dla higieny psychicznej i prawidłowego rozwoju osobowości niezbędna jest w życiu człowieka PRZYGODA. Czy to epizod, czy epokowe wydarzenie, burzy monotonność oraz marazm i porusza nas do działania. Czasem nawet do myślenia. Jak mamy fart.


Tymczasem niedziela przyniosła nam przygodę w postaci WYSTAWY LEGO. Największej w Polsce, jak twierdzą reklamy. I nawet nie będę się spierać. Poszliśmy zatem, no ba! Tyle, że bez tatusia, bo tatuś jest odwiecznym wrogiem Lego, czego zrozumieć nie chcę i nie umiem. Tatusia kontakty z Lego ograniczają się do stąpnięcia na pojedynczy, poniewierający się po podłodze element. I wtedy tatuś używa niewyszukanego słownictwa, tatusia furia rośnie w tsunami i wylewa się w formie akustycznej. Z każdym takim zajściem niechęć tatusia do klocków rośnie wprost proporcjonalnie do bólu stopy. Na budowniczych zaś spogląda tatuś nader krzywo. Zero zrozumienia dla pasji. Po prostu zero.


Zatem plan był prosty - my na wystawę, tatuś czeka w aucie i uprawia czytelnictwo. W sumie zajęcie też chlubne, więc niech sobie czyta. Poszliśmy zatem, pokonaliśmy dzielnie liczne przeszkody w postaci żywej i martwej, bo trafić tam było niełatwo i tłum był wielki. Ale wleźliśmy. I przepadliśmy. Nie wiem, kto zachłanniej wzrokiem zgarniał w głębię duszy i umysłu barwne widoki - ja czy potwory. Znalazłam się bowiem w krainie własnych marzeń dziecięcych, które do dziś mnie nie opuszczają. Bo klocki ja chętnie, zawsze, wszędzie i w każdej ilości. Hanna zapadła w zachwyt przy klockowym lunaparku przebogatym w ruchome atrakcje, Krzysztof wsiąkł przy pociągach i magicznych czerwonych przyciskach, którymi mógł je uruchamiać oraz przy seriach kosmicznych, ja zaś zapowietrzałam się raz po raz nad fenomenem klockowej architektury. A chałupek, pałaców, will, kamieniczek, zamków i gmachów były tam krocie. Gdybyż tak zwędzić choć jeden... Tudzież nabyć, ale tak, żeby małżonek uwierzył, że to dzieci koniecznie chciały, a nie mamusia...


Potwory machnęły dokumentację zdjęciową i po godzinie były gotowe do wyjścia. Ja mniej, ale ostatecznie dałam się wywlec. I nadszedł czas na sklep z klockami ulokowany, cwanie i przebiegle, przy wyjściu z wystawy. Porwałabym wszystkie zestawy, ale przecież twarda jestem. Kilka głębokich oddechów i bohatersko przezwyciężyłam pokusę. Nakazałam potworom wybrać po niedużym pudle w nadziei, że i mnie pozwolą się pobawić. Hanna początkowo dawała się przekonać do mojej ulubionej serii Creator, jednak ostatecznie wylazła z samochodem kempingowym serii City. Krzychu utknąwszy na czas długi przy statkach ze Star Wars ostatecznie nabył... zupełnie nieklockowe auto Hot Wheels zmieniające kolor. "Wstrętne bachorzysko" - pchało mi się na myśli i usta.


Godzina 21:00 minęła, a budowanie nadal trwa. Hanna kończy kampera, a my z Krzyśkiem, sięgając do wcześniejszych, domowych zapasów Lego, tworzymy klockowy garaż dla kolorowańca. Bachorzysko-potworzysko przebąkuje, że trzeba było brać te Star Wars i żeby może zajączek na święta przyniósł. No nie wiem. Spróbuję popertraktować, jeśli tatuś nie wejdzie w paradę.


 W każdym razie przygoda była i zapadło mocne postanowienie, że zakładamy fundusz wycieczkowy na wyjazd do Legolandu w Danii. Najtrudniej pewnie będzie przekonać tatusia. Może sto buziaków, albo tysiąc, albo milion...

Bo potężna jest siła uzależnienia, a kolekcjonerska mania nie ulęknie się tatusia ni pustej karty kredytowej. Będziem nabywać i budować, i znów nabywać i budować. Aż miejsca w chałupie zabraknie.

P.S. Chciałabym tak po cichu dodać (tylko dla zainteresowanych) że za 6 dni mam urodziny. I gdyby ktoś nie zauważył, to kocham Lego... Lego... Lego... 
Niech będzie, że dopisuję małym druczkiem. Żeby można było przegapić. I bez gwiazdki :P