środa, 28 maja 2014

Poznajcie mamę mamy

Halinka z bratem na ulubionej zabawce
Dla każdego dziecka oczywiste jest, że mama jest dorosła i duża. Jest ważna, bliska, konieczna w dziecięcej codzienności. Każde dziecko chce i powinno być ukochanym maleństwem swojej mamy. Zawsze. Nawet, gdy ma lat dwadzieścia, czterdzieści, sześćdziesiąt. Abstrakcyjnym i trudnym do pojęcia dla dziecka jest to, że mama też miała mamę - najważniejszą na świecie, że też była dzieckiem. Szczególnie trudne jest to wtedy, gdy to dziecko nie miało możliwości, by tę mamę mamy spotkać, by odczuć jej obecność i troskę, by cieszyć się tym, że mama mamy jest jego babcią. 

Tak właśnie zdarzyło się w życiu moim i moich dzieci, że babci będącej mamą mamy nigdy nie poznały. Odeszła tak strasznie, okropnie dawno, kiedy mama była jeszcze dziewczynką. Nie mają o niej wspomnień, nie były przez nią rozpieszczane i rozpuszczane. Mama mamy jest dla nich postacią jak z bajki, opowieścią z dawnych czasów, okraszoną garścią czarno-białych fotografii. Za to ja, patrząc na własne dzieci, dostrzegam tamte rysy twarzy i cechy charakteru , bo geny to potęga, siła większa niż czas i śmierć. Dlatego moje dzieci są częścią niej, choć sama nie zdążyłam jej poznać tak, jakbym chciała, a moje dzieci nigdy jej nie spotkały...



i nieco później na innym jednośladzie
Jako dziecko była niezłym gagatkiem. Wiecznie w biegu, na przełaj, przez wszelkie przeszkody, z poobijanymi kolanami i łokciami. Bo po co iść prostą drogą, skoro można po krawężniku czy po płocie. Starszy, zrównoważony brat, szedł po chodniku niosąc ze szkoły swoją i siostry teczkę, a sowizdrzał Halusia skakał jak koza z murka na murek doprowadzając do ruiny kolejną parę butów i odzież. Niemal widzę jak jej matka, a moja babcia łamie ręce nad kolejnymi podartymi kieckami, o które w tamtych czasach nie było wcale tak łatwo. Skacząca, mała sprężynka, ciekawa świata i wspinająca się na wszystko co się da, a w dodatku pasjonatka motocykli. Wystarczy spojrzeć na fotografie, by wydumać, kto spośród rodzeństwa wiódł prym. Wyobrażam sobie, że podczas psot, grzywka podkakiwała jej tak samo jak Krzysztofowi. Fotografie zdradzają ten sam błysk w oku. Mała Halinka miała jeszcze jedną pasję. Były to wszelakie cukierki i łakocie. Przy czym nie była marudna i nachalna domagając się słodyczy. O nie! Idąc z mamą na zakupy (co w latach 50-tych nie było tak banalną sprawą jak dziś) dziecko nie wołało "Kup mi, kup mi...", nie urządzało ryków i scen rozpaczy, jakie są codziennością współczesnych marketów. Dziecko grzecznie i niewinnie dreptało obok mamy, uśmiechnięte i zadowolone, podśpiewując (początkowo pod nosem, a z czasem drąc się na cały sklep) pieśni tworzone na poczekaniu, będące apoteozą cukierka. „Cukiereczku, cukiereczku, jak ja cię lubię. Cukiereczku, cukiereczku, ale bym cię zjadła. Cukiereczku, cukiereczku, jesteś taki słodki”. Matka nie wytrzymywała i kupowała bachorowi tego koszmarnego cukiereczka, żeby choć przez chwilę cieszyć się ciszą i nabyć cokolwiek jadalnego dla rodziny. Eh, ileż razy te cukiereczkowe pienia pobrzmiewały w Hannie… I też zawsze grzecznie, tylko jej aureolkę doprawić.

Gdzieś w Jurze
Halinka trenowała pływanie i lekkoatletykę. Biegała czy skakała, mało o tym wiem i nie bardzo mam kogo zapytać. Dość mi wiedzieć, że była w tym niezła. Jeździła na rajdy motocyklowe, na których była kapitalnym pilotem (nałowili nagród z moim tatą, że hej!) i uwielbiała rejony Gór Świętokrzyskich i Wyżyny Krakowsko-Częstochowskiej. W dodatku bardzo lubiła śpiewać. Przy każdej robocie. Może nie rewelacyjnie, bez mocy, nie z przepony, ale z sercem. I to już pamiętam, bo śpiewanie to towarzyszyło mojemu dzieciństwu w każdej sytuacji: od wędrówek po lasach i kniejach, po przepierki i obieranie kartofli. Dodatkowo uwielbiała piec ciasta, ciasteczka i różne słodkie, domowe duperelki. Piekła, a potem mnie odganiała od źródła rozkoszy, żebym za dużo tego nie żarła. Nie raz dostałam ścierą po nogach lub zadku, gdy już na wstecznym biegu spierdzielałam z kuchni po nielegalnym uszczknięciu kruszonki z drożdżowca. Tymczasem sama mama w ciągu dnia bardzo starała się nie jeść za dużo, dbając zaciekle o linię. Wszystko jednak brało w łeb, gdy budziła się w nocy i wleczona tajemniczą siłą przed lodówkę, nadrabiała w świetle księżyca dzienne niedojadanie. Zjawiska typu tegorocznej awantury o sernik są mi zatem znane także z własnego dzieciństwa i nie zawsze winne było dziecko (czyli ja).

Jedziemy nad morze
Moja mama Halinka była pedantką. Sprzątała zawsze i wszędzie. O każdej porze dnia i nocy można było jeść u nas prosto z podłogi. Mimo obecności psa i kota, nie uświadczyło się na dywanie ani kłaczka, ani okruszka. Nie wiem jak ona to robiła. Ja nie potrafię. Do sprzątania zaganiała mnie równie często, co nieskutecznie. W tej dziedzinie byłam i jestem nieodrodną córką tatusia i dzieci poszły beztrosko w moje ślady. Geny babci się nie przebiły, chyba że jeszcze któreś mnie zaskoczy... Oby.

Moje piewsze wspomnienie z mamą wiąże się właśnie ze sprzątaniem. Miałam może 3 lata. W moim pokoiku stała mała szafka nocna, a w niej drzwiczki. Za drzwiczkami oczywiście bałagan. Nie wiem, co w niej było, moje zabawki, czy fatałaszki. Grunt, że mama postanowiła zrobić tam porządek. Ale sprzątanie w szafce nie polega przecież na poukładaniu w niej rzeczy. Zawartość należało wywlec, szafkę w środku wyszorować, odkazić niemal i po wyschnięciu wnętrza poukładać w niej rzeczy w idealnym ładzie. Zatem mama szorowała szafkę z pełnym zaangażowaniem, wsadziwszy w nią, za ręką, niemal całą głowę. Ja zaś nudziłam się śmiertelnie. Ponieważ nie zwracała na mnie uwagi, podbiegłam i z całej siły rąbnęłam w drzwi szafki tak, że się zatrzasnęły z głową mamy w środku. Na szczęście nie zrobiłam jej krzywdy. Zresztą wcale nie chciałam. Chciałam tylko zwrócić na siebie jej uwagę, a próba dekapitacji, godna Krzysztofa odbyła się całkiem niechcąco. Bo generalnie byłam bachorem rozpieszczonym i domagającym się ciągłej atencji i troski.

Choinka wisi, bo psotny bachor stojącą przewracał
Nie słuchałam jej kompletnie, niczym mały, wstętny upiór. Uciekałam, łaziłam własnymi drogami, buntowałam się ile wlezie. Wywijałam się jak mogłam od domowej roboty, trzymając w tym temacie sztamę z tatą i dając z nim drapaka z domu na wspólne wypady rowerowe. Ale ostatecznie zawsze jakoś zdołała mnie do pomocy zapędzić. Bo robota nie zając, czekała na mnie wiernie jak pies. Mama miała tajemnicze i do dziś dla mnie niezgłębione, konszachty ze św. Mikołajem, uwielbiała święta i choinkę. Jak dziecko cieszyła sę z drobnych prezentów i laurek. Dawała się dość łatwo robić w bambuko, ale ciężko było ją okłamać w ważnych sprawach. Tata ciągle robił jej żarciki. Kiedyś na przykład, gdy zasnęła na usteckiej plaży, poukładał jej na nodze skórki z obranego ogórka. Opaliła się cała w paski. Grzmiała furią aż po Orzechowo, a nawet Rowy. Innym razem narobiła hałasu na cały blok, gdy wstała w nocy, szła po ciemku do łazienki i po drodze ujrzała najprawdziwszego w świecie upiora. Postawiła na nogi wszystkich domowników. Sytuację wyjaśniło zapalenie światła. To tylko tata przewiesił lustro w inne miejsce i mama wystaszyła się własnego odbicia. Z takich licznych i zabawnych drobiazgów zbudowne było moje wczesne dzieciństwo. W dodatku mama miała setki przyjaciółek. Przez nasz dom przetaczał się tabun cioć, my też wiecznie biegałyśmy do nich, jak mawiała mama, na kominki czyli na wieczorne babskie ploteczki. I dawały radę, znajdowały na to czas, bez telefonów, bez aut, pracując zawodowo. Dziś nie pamiętam prawie żadnej z tych cioć, chociaż zupełnie przypadkiem, córka jednej z nich objawiła mi się w charakterze anioła, bo jako położna zajmowała się mną, gdy rodziła się Hania. Zgadałyśmy się, że się znamy z czasów żłobkowo-przedszkolnych, gdzieś między jednym, a drugim skurczem.

Udało mi się odnaleźć laurkę z 26 maja 1989 roku. Byłam wtedy w trzeciej klasie, niemal rówieśnica obecnej Hanny. Lauka z czasów, kiedy Dzień Matki był dla mnie jeszcze czymś więcej niż płonącym zniczem. Porażająca jakość literacka mojej ówczesnej narracji nieco mnie bawi, ale jednak i trochę rozczula, bo przecież było tak dobrze i beztrosko, jak już nigdy później.

Moje dzieciństwo skończyło się 21 lat temu. Dokładnie pamiętam ostatnie, szpitalne spotkanie z mamą. Każdą chwilę, minuta po minucie. Ale nie będę o tym pisać. Bardzo żałuję, że moje dzieci nie mogą mieć jej przy sobie, nie może być świadkiem ich dzieciństwa. Zapewne sprzeczałabym się z nią o wszystko okrutnie, ganiła by mnie za pobieżne porządki, za niedoprasowane porcięta i koszulki dzieci, za zamęt wśród garów i papierów. Sprawdzałaby Hannie zeszyty i łajała za kleksy i zagięte rogi, a Krzysiowi kazałaby układać klocki kolorami, a książki na półkach od najmniejszej do największej. Ale wniosłaby do ich dzieciństwa całą siebie i dałaby im to, czego nikt inny dać im nie może. Bo byłaby wyjątkową babcią, tak jak była wyjątkową córką, przyjaciółką, ciocią, żoną i mamą...

Z Ciotką Ulką i przyjacielem z dzieciństwa

piątek, 23 maja 2014

Pacyfikacja agresora

Trudna i nie do przyjęcia jest sytuacja, gdy nasze ukochane, najdroższe maleństwo staje się ofiarą agresji wśród rówieśników. Budzi to dylematy, co czynić i gdzie interweniować. U nauczycieli, u rodziców, czy też bezpośrednio wkroczyć między dzieci? Zagadnienie to dotykało mnie wielokrotnie, gdy jako dziecko bywałam zarówno ofiarą jak oprawcą. Teraz zaś, raz po raz ocieram się o temat w odniesieniu do własnych dzieci. Bywa, że dociera do mnie informacja o tym, że ktoś moje dziecko uderzył, ugryzł, popchnął lub dokuczał metodami słownymi. Są to jednak incydenty na tyle drobne, że można je uznać za normę. Nie da się przejść przez lata wspólnej edukacji bez doświadczenia złośliwości, uszczypliwości czy złości rówieśników. W niewielkich dawkach, takie przeżycia można nawet uznać za cenne. Mają wartość podobną do wirusów wprowadzanych do organizmu w formie szczepionki. Najlepiej przyswajamy wiedzę w sposób empiryczny, a reakcji na agresję także musimy się nauczyć. Mam na myśli oczywiście sprawy drobne i błache, które może i wywołają kilka łez, ale są ulotne i mijają bez śladu. Jako matka ofiary agresji mogę w takiej sytuacji ograniczyć działanie do:

1. Pocieszenia delikwenta, ukochania i ugłaskania (tego nigdy dość).
2. Podsunięcia mu na przyszłość adekwatnych reakcji, zgodnie z zasadami asertywności, omijając kodeks Hammurabiego szerokim łukiem.
3. Utwierdzenia go w poczuciu własnej wartości.

kopyto w kociowych getrach
Przykładem nich będzie sytuacja, w której Hanna wróciła do domu nieszczęśliwa, bo dwie koleżanki obszczekały jej nowe kociowe getry. Przyczyny nie znam, bo w Hannie getry budzą niezamienny zachwyt. Większość klasy także zwróciła na nie uwagę analizując wygląd i ilość kociąt na nogawach. Jednakowoż owe koleżanki (eh, od razu wiedziałam które, bo to nie pierwszy raz) były odmiennego zdania, uznając że to ciuch zupełnie beznadziejny, a już na pewno nie nadaje się na zajęcia taneczne i Hanna nie powinna ich na tańce nosić i w ogóle, że Hanna w nich wygląda okropnie. Ukochawszy i zdementowawszy, przekazałam zatem dziecku komunikat, iż noszone przez nią ubrania mają podobać się jej, a nie jej koleżankom, zaś atak nie miał żadnego podparcia w rzeczywistości, bo przecież innym kocury pasowały, a pani od tańców nie kwestionowała adekwatności jej ubioru. Uzyskała informację, że przy kolejnej takiej sytuacji ma przekazać, że nie życzy sobie komentowania jej stroju i że nie jest on sprawą rzeczonych koleżanek. Hanna uradowana i pełna zapału zanotowała sobie moje sugestie, by w wolnych chwilach uczyć się ich na pamięć i przy najbliższej okazji wykorzystać.

Jednak nie ta strona medalu jest podstawą moich dzisiejszych rozważań. Otóż o niebo trudniejszą i mocno konfudującą mnie sytuacją, jest postawienie mnie przez życie w roli matki agresora.

Z Hanną przypadek znamienny i potężny miał miejsce raz. W pierwszej klasie dziecko przyniosło ze szkoły uwagę, donoszącą chłodno acz uprzejmie, że dziewczę skopało kolegę na świetlicy szkolnej. Lekko mnie oszołomiła wiadomość, pobieżyłam zatem pędem wyjaśniać:

- A kogóż ty córciu skopałaś?
- Szymona - odparło beztrosko dziecko.
- Ale dlaczego? Przecież lubisz Szymona - dopytywałam. - Opowiedz jak to było.
- Mamusiu, Szymon siedział przy stole i rysował. I chciałam żeby się ze mną pobawił - wyjaśniało dziecko.
- I co było dalej? - drążyłam.
- No i on nie zwracał na mnie uwagi, bo był taki zajęty rysowaniem i wtedy go pokopałam.
- Ale dlaczego córciu? Nie mogłaś go spytać czy się z tobą pobawi?
- No nie,  bo mi się nie chciało...

Opadły mi wszystkie cztery kończyny, bo samych rąk brakło. Z trudem opanowałam rechot, mocno w tym momencie niestosowny wychowawczo, i wygłosiłam pogawędkę na temat tego, jak należy zagajać rozmowę z kolegami. No... jasny gwint! Kopać, bo jej się zapytać nie chce! Ale numer odbył się raz, został przypieczętowany skruchą, oblany łzami i więcej tak malowniczych uwag nie uświadczyłam. Uznać należy, że temat kopania kolegów jest zamknięty. Co innego grzmotnąć brata w ucho... Ale brat nie pozostaje jej dłużny i zagadnienie mam stale na oku, więc i upilnować łatwiej.

Znacznie większym wyzwaniem jest potwór mniejszy, który z zimną krwią i bez żadnych wyrzutów sumienia dokonuje czynów nagannych. Jakaś potrzeba wewnętrzna gna go w kierunku pacnięcia, grzmotnięcia, rąbnięcia, popchnięcia i tego typu beztroskiej aktywności. Widać to szczególnie w warunkach przedszkolnych. Już jako 3-latek z pierwszej grupy, dzidziuch i siusiumajtek odbywał ze mną takie pogawędki:

Ja: Krzysiu co robiłeś dziś w przedszkolu?
K:: Nie stałem w kącie.
Ja: O, to pięknie. Czyli byłeś dziś grzeczny. To co robiłeś?
K:: Siedziałem przy stoliku za karę.
Ja: Za karę? To co takiego zrobiłeś?
K: z dumą: Ubiłem Bartka.

Innym znów razem, dziecko już znacznie doroślejsze, bo po skończeniu lat 4, wziągnęło mnie w zachwycający dialog w drodze z przedszkola:

K: Mamusiu weź mnie na rączki.
Ja: No co ty, Krzysiu, przecież jesteś już duży. Na rączkach nosi się tylko dzidziusie ze żłobka.
K: Ale mnie tak nóżki bolą.
Ja: To co robiłeś w przedszkolu, że cię tak bolą?
K: Popychałem Kubę.
Ja: To bardzo nieładnie, że popychałeś. I od tego popychania cię bolą?
K: Nie, ale pani Kasia posadziła mnie za karę przy stoliku i od tego siedzenia tak mnie nóżki zabolały 

Po wnikliwej analizie tematu i zasięgnięciu języka okazało się, że nóżki bolą, bo w zimnej furii kopały stolik, przy którym przyszło łobuzowi siedzieć. Zrobiło mi się żal stolika. Dla nóżek zaś nie miałam litości i dowlokły się do domu o własnych siłach. 

Z powyższych przykładów wynika zatem, że Krzysztof bija. Nie powiem, że codziennie, że notorycznie i wytrwale, lecz napadowo, z rzadka i z zaskoczenia. "Bija" zatem, a nie "bije" i pragnę fakt ten wyraźnie zaznaczyć, żeby nie czynić z własnego syna potworniejszego potwora i większej zarazy niż w rzeczywistości. Czasem trafia na równego sobie gagatka i wraca z przedszkola ze śladami ukąszeń, z wyraźnie zaznaczonymi mlecznymi zębami, z zadrapaniami lub z siniakami. KIedyś zdarzyło mu się oberwać nawet od dziewczynki i jestem przekonana, że nie bez powodu. 

Jednakże jak by nie było, interakcje z elementami bijania są tępione, pogardzane i postponowane zarówno w przedszkolu jak i w domu. Przedszkolny ostracyzm objawia się w postaci, wpominanej już parokrotnie, czerwonej kropy na tablicy zachowań. Groza to straszna, bo redukuje zdobyte plusy do zera i oddala łapserdaka od zdobycia upragninego medalu za zachowanie. Medal wręczany jest najwytrwalszym kolekcjonerom plusów, zatem kropa jest jak plama na honorze, jak cios w serce, jak zrzucenie w otchłań bezplusowego tałatajstwa.

W domu bijanie oznacza redukcję przywilejów dnia bieżącego, traktowane jest jak poważne wykroczenie zamykające aż po czas snu rozkosze obcowania z komputerem, muzyką, słodyczami czy też innymi atrakcjami przypisanymi do danego dnia tygodnia. Dodatkowo ma miejsce krótka pogawędka zakończona oczekiwaniem na skruchę i zadośćuczynienie, które przybiera różnorakie postacie: całusów, utulań, wykonania dodatkowego zlecenia domowego lub namalowania laurki przeproszeniowej. Ale celem nie jest tu czyste ukaranie bijacza, lecz wskazanie mu jasno i wyraźnie, że bijanie sensu nie posiada, zwyczajnie się nie opyla i nie warto go praktykować.
Kumple od bijania

Czasem metoda działa, niekiedy jednak wszystko bierze w łeb. I oto w maju Krzysztof objawił się światu jako posiadacz aż dwóch czerwonych kropek. Obu za bijanie. Rzec by można - rekordzista. Ale cieszyć się nie ma czym. I przyszła za tym zaduma: jak działać, co czynić, aby łobuz łobuzerki zaniechał i wiódł żywot statecznego i spacyfikowanego obywatela bez grama złości w krwiobiegu? Nie bez powodu przecież ta złość wybucha, ale skoro w dziecku tkwi, jakieś ujście znaleźć jej trzeba. Bo to nie czyste zło, tylko brak panowania nad emocjami. I tyle. Zwykła nieumiejętność kontroli nad złością, która sama w sobie jest przecież czysto ludzka i naturalna. Tak często wybacza się ją dorosłym, a tak bardzo chciałoby się odebrać do niej prawo dzieciom. Z krzywdą dla wszystkich, bo tłumiona przecież nie znika. 

I znalazłam rozwiązanie zgoła genialne...

Skoro musi, potrzebuje, chce i lubi bijać - niech bija. Niech bije nawet. Choćby codziennie. Jeśli nie jest ważnym kogo bić, byle bić - ja mu mogę obiekt do tego dostarczyć. Tak postanowiłam i tak się stało. Kumpel do bijania, rozładowywacz złości i agresji, oczyszczacz o sile karharsis poddaje się biciu dość chętnie, można go naparzać bez ustanku. Sam także potrafi oprawcę nieźle skotłować. I zadowolony. Obaj zadowoleni. Walki odbywają się regularnie już od kilku dni, w ogródku lub w domu. Nam pozostaje tylko się nimi zachwycać i czekać na efekty. Czy pomysł zadziała? Czy wystarczy, by nadmiar złości i napięć wszelakich mógł spływać z Krzysztofa bez angażowania w to niewinnych kolegów z przedszkola? Okaże się za jakiś czas, ale jesteśmy pełni nadziei :)





wtorek, 20 maja 2014

Matka kwoka rozbija skorupkę

Jaka matka - takie dzieciństwo. Jaki ojciec - zapewne też, ale w tym zakresie moja odpowiedzialność jest mocno ograniczona. Na wychowanie go - szans już nie ma, na zmianę wyboru - za późno. Zresztą nie ma o czym gadać, tatuś jest całkiem do rzeczy i raczej z tych zaangażowanych w życie potomków. Na równi ze mną sieje i zbiera. Raz ziarno, raz pokrzywy.

Wracając do tematu matki... Czasem ogarnia mnie przerażenie, graniczące z paniką, gdy uzmysłowię sobie, jak bardzo moje poglądy, decyzje, słabości i humory wpływają na kształt dzieciństwa moich dzieci, a w dalszej perspektywie - na kształt ich osobowości, charakterów i doświadczeń. Nie sposób każdej decyzji rozważać, nie sposób każdego kroku przemyśleć. Bo wychowanie dziecka jest jak off road w czystej formie, w dodatku bez mapy i GPS-a. Logika walczy z instynktem i nigdy nie wiadomo, które rozwiązanie będzie dobre. Ale ostatecznie - nie ma matek perfekcyjnych, nie ma idealnych metod wychowawczych i nikt nie zdołał, jak dotąd, obok wzorca metra pod Paryżem, umieścić doskonałego wzorca dzieciństwa. Osobiście kieruję się trzema prostymi zasadami:

1. Dzieci się nie bije - to jasne i nie wymaga wyjaśnień. Absolutnie i bezwzględnie gardzę wymierzaniem kar cielesnych.

2. Dzieci się kocha. Mało tego - dzieciom się tę miłość okazuje. Niby
także jasne i banalne, ale ileż dzieci wychowuje się w poczuciu osamotnienia, bo to proste uczucie nie jest w dostateczny sposób manifestowane.

3. Dzieci nie wlecze się za sobą na siłę po znanych sobie ścieżkach, lecz podąża się krok za nimi, po ich własnych, bezdrożach i opłotkach. Co najwyżej można im poświecić pod nogami latarką, żeby nie wlazły w tzw. guano lub inne pułapki. Można też machnąć światłem na boki, żeby miały szanse dostrzec coś, co akurat udało im się przegapić, a warte jest uwagi.

4. Dzieci nie można stale chronić przed światem, zamykając je w klatce nadmiernej opieki i troski.

Tak to w skrócie wygląda i stanowi wynik połączenia mojego wykształcenia pedagogicznego, czystego instynktu i zbierania doświadczeń empirycznych na dwóch żywych organizmach, zwanych powszechnie potworami. Czy moje myślenie jest słuszne? Okaże się za minimum 15-20 lat i jakby co - na poprawki będzie za późno. Niestety bilet na kolejkę górską o nazwie "wychowanie dziecka" możemy kupić tylko raz. A kiedy mamy więcej dzieci - przybywa kolejek, a nie biletów. Eh, zawód - rodzic ma wiele z zawodu sapera. Tylko niewątpliwie gorzej jest opłacany.

Zatem pozwalam dzieciom iść z przodu i dorastać do kolejnych wyzwań w ich, a nie w moim, tempie. Ile mnie to kosztuje, tego ludzkie słowo opisać nie zdoła. Przykładem mogą być chociażby samodzielne powroty Hanny do domu. Otóż gnana wewnętrzną potrzebą samodzielności mała upiorzyca skończywszy lat osiem, zażyczyła sobie możliwości samodzielnych wędrówek po świecie. Wiek miał to znaczenie strategiczne, jako że po ósmych urodzinach właśnie, jej szkoła (na wniosek i za zgodą rodziców) wydaje identyfikatory - przepustki upoważniające dziecko do opuszczania szkoły bez nadzoru. Młodsze dziecko, choćby mieszkało w bloku obok, samo z placówki oświatowej nie wylezie i do domu nie wróci.

Hanna do przejechania ma 2 przystanki autobusem. Wykończona komplikacjami technicznymi związanymi ze zbieraniem rodziny do kupy w godzinach popołudniowych, uległam dziecięcemu pędowi do dorosłości. Nieco bowiem dobiły mnie pierwsze dwa lata jej szkoły, kiedy to telepałam się umiarkowanym - bo tramwajowym, pędem z pracy po małego potwora do żłobka/przedszkola, następnie z nim, deszcz nie deszcz, mróz nie mróz, autobusem po potwora większego. Zanim udawało mi się dowlec ich oboje do domu, byłam bliska zgonu, a co najmniej desperacji. Zwłaszcza, jeśli po drodze przyszło mi zaliczyć zakupy i wlec poza potworami masę innych tobołów. Stąd też straceńcza i desperacka decyzja, by dać folgę hanusinym zachciankom. Matka kwoka pomogła pisklęciu rozbić skorupkę i puściła na świat. I Hanna wraca. Za każdym razem dumna z siebie i zadowolona, ogromnie poważna i zdyscyplinowana, z niezwykłą dla niej dozą rozsądku w kieszeni. Przy czym dziecko jest zobowiązane, pod groźbą odebrania przywilejów różnorakich, do telefonowania do matki w chwili:

a) wyjścia ze szkoły,
b) dotarcia do przystanku,
c) wtargnięcia do autobusu,
d) dotarcia do domu (jeśli oczywiście nie ma w nim matki).

Całe szczęście, że mamy do siebie darmowe połączenia telefoniczne, bo przez te własne fanaberie poszłabym z torbami. Cóż w tym czasie czynię ja? Przede wszystkim siwieję ze strachu i obecnie widać to już wyraźnie. Ponadto, niczym kompletny imbecyl, wpatruję się jak sroka w gnat w wyświetlacz telefonu, bo przecie ona zaraz zadzwoni. Jeśli, w moim odczuciu, to zaraz się przedłuża, sama dzwonię do niej i gdy tylko przypadkiem nie odbiera (bo akurat wsiada, kasuje bilet czy włazi do domu), wpadam w rzetelną i niekontrolowaną panikę. Bezrozumnie i bez sensu. Dodam jeszcze, że na przestrzeni między szkołą a domem dziecko ma do pokonania z buta jedynie dwie uliczki osiedlowe. Żadnych wielkich skrzyżowań, przejść podziemnych czy innych niebezpiecznych miejsc. I tak oto ona sobie wesoło wędruje, a ja sobie siwiejąc wariuje od ponad pół roku. Na szczęście mam chwile oddechu w dniach, gdy kończy późno i ze szkoły zgarnia ją tatuś. Czy kiedyś przestanę panikować? Nie wiem. Ale dumna jestem z siebie, że jej pozwalam na te powroty, a z niej, że sobie z nimi tak doskonale radzi.

W zakresie powrotów numery odwaliła mi dwa. Pierwszy na samym początku. Wsiadła skubana do złego autobusu. Jak może porąbać się komuś 98 z 69? A jednak może. Otrzymałam wówczas zaszlochany telefon, że to autobus się pomylił i nie skręcił w lewo, tylko pojechał prosto i stoi pusty nie wiadomo gdzie. A pewnie, że stał, bo gdy wsiadała, miał już tylko jeden przystanek do krańcówki. Opanowawszy zdalnie dziecięcy szloch i wewnętrznie własną panikę, wysłałam dziecko do kierowcy, który nieświadom tragedii, cieszył się przerwą między trasami. Panienka, flikając nieco nosem, odbyła z panem pogawędkę, zapomniawszy rozłączyć mamunię, dzięki czemu usłyszałam jak kierowca elegancko wytłumaczył jej gdzie i jak ma iść, żeby dojechać pod podany przez nią adres. Bohaterka wysiadła, wykonała jakieś 30-40 kroków wstecz, po trasie autobusu i... znalazła się w miejscu znajomym, bo przejechany przystanek jest bardzo krótki. Już wyluzowana wróciła do punktu wyjścia i dalej, standardowym rytmem, przybyła do domu pełna dumy i rozchichotana. Ja, znacznie dłużej niż ona, dochodziłam do siebie po tych wstrząsających przeżyciach. 

Drugim numerem postawiła na nogi więcej osób. Otóż pewnego dnia, gdy beztrosko oddawałam się pracy zawodowej, zadzwoniła do mnie Ciocia Marzenka z pytaniem, czemuż to Hanna nie dotarła na lekcję śpiewu (ostatnią w rozkładzie szkolnego dnia). Ponieważ zmieniłam się natychmiast w wielki, spanikowany znak zapytania, Ciocia wraz z koleżanką Hani - Moniką dokonały przeszukania szkoły i odkrycia, że hannowa odzież zniknęła z szatni. Znaczy - Hanna ze szkoły wybyła. Ale jakże to wybyła? Telefonu nie było. Hanna, nie dość że nie zadzwoniła, to jeszcze nie odbierała moich natarczywych połączeń. Wyprysnęłam biegiem w kierunku domu, chrzaniąc obowiązki zawodowe. Na przystanku miotałam się jak dziki, rozjuszony bawół, w dodatku z telefonem przy uchu, bo ciągle liczyłam na to, że ona odbierze. Jak na złość ulica stała w korku. Ludzie patrzyli na mnie nieco dziwnie, ale co mnie to mogło obchodzić... Ja ZGUBIŁAM DZIECKO!!! Po nieprawdopodobnie długich trzech kwadransach, kiedy dojeżdżałam już autobusem do domu, zadzwoniła do mnie Ciocia Marzenka z informacją, że upiór koszmarny jest w domu. Zapomniała o śpiewie, zapomniała o telefonie, zapomniała o wszystkim, o czym można zapomnieć. Dobrze, że trafiła do domu, gdzie wreszcie ją olśniło i natychmiast rzuciła się telefonować do Cioci i przepraszać. Tylko do Cioci. Do matki oczywiście nie. Furia wyniosła mnie z autobusu na najbliższym przystanku. Pognałam jak wicher do przedszkola po Krzysztofa, a potem z nim na spacer. Łaziłam z godzinę, zanim uspokoiłam się jako tako na tyle, by mieć pewność, że nie wydrę się na nią od progu, tylko zdołam spokojnie z nią porozmawiać, wyjaśnić i uzmysłowić jak bardzo wystraszyła mnie i Ciocię. Straszne chwile. 

Niestety dorastania się nie zatrzyma. Trzeba będzie puszczać ją coraz dalej, coraz luźniej na smyczy, a później (o zgrozo!) pozwolić wyleźć ze skorupki także Krzysiowi. I chociaż cieszy mnie, że rosną, bywają chwile, gdy najchętniej wpakowałabym ich sobie spowrotem do brzucha. Ewentualnie w gondolę wózka.
Bo tylko wtedy miałam ich pod pełną kontrolą, tylko wtedy nie bałam się, że mi się zgubią, nie uszkodzą, nie ukrzywdzą z własnych czy cudzych rąk. Budzi się we mnie matka kwoka i muszę doprowadzać się wtedy do pionu, bo krótka pępowina to nie jest szczególnie dobry sposób na wychowanie. Może i jestem coraz bardziej siwa, ale w tej kwestii - jestem pewna, że mam rację.