Lata mijają beztrosko, ale im człowiek starszy, tym bardziej powinien myśleć o przyszłości. Ścieżka kariery zaczyna się często jeszcze w pacholęcych latach. Czasy są niepewne i nigdy nie wiadomo, w jaką stronę pogna nas rozwój zawodowy - im więcej fachów w rękach - tym lepiej.
Dlatego też skierowałam potwory do pracy czaladniczej w branży gastronomicznej. A żeby nie było tak jawnie widoczne, że wypycham maleństwa do roboty, uczyniłam to pod kryptonimem imprezy urodzinowej, uzupełniwszy grupę szkoleniową dziesięcioma innymi czeladnikami wybranymi spośród licznych znajomych Hanny.
Cała akcja odbyła się 27 kwietnia w lokalu pizzerii Ferio, w malowniczej widzewskiej okolicy. Już w fazie wstępnej 2 szklanki soku samodzielnie (bo samo się to zrobiło!) uległy rozbiciu o ziemię i bezczelnie ochlapały dwoje najmłodszych uczestników spotkania. Przez myśl przemknęło mi pytanie, czy zdołam uniknąć rachunków za pralnię od rodziców obecnych na sali dzieci. Na moje szczęście jednym z ochlapanych był mój osobisty Krzysztof, więc machnęłam ręką na jego portki i koszulkę. Zbite szklanki zostały uzupełnione przez plastikowe kubeczki, co przyjęłam entuzjastycznie, gdyż już dostrzegałam w pozostałych szklankach potencjał kolejnych strat. Czeladnicy zostali chmarą pogonieni przez mistrza prowadzącego do łazienki, celem umycia rąk. Część raczyła wyrazić głębokie zdziwienie i niezadowolenie z konieczności dokonania ablucji, jednakże presja tłumu zadziałała i wszystkie garście zostały wyszorowane.
12 par silnych dłoni przystąpiło do walenia z całej siły w kulki ciasta, co było dość ucieszne, a następnie do ugniatania i rozciągania własnych placków. Tu miało miejsce niejakie zaskoczenie, bo okazało się, że nie jest to takie proste. W plackach z uporem czyniły się dziury, a zbyt długie zgniatanie i molestowanie placków spotykało się z krytycznym wzrokiem mistrza sztuki pizzowej. Raz po raz zmarnowany placek wędrował do kosza zwiększając bilans strat, a czeladnik zaczynał robotę od początku. O dziwo, ta galernicza i iście syzyfowa praca nawet ich bawiła, zatem dramatu nie było. Mieliśmy do czynienia jedynie z marnotrawstwem placków. Ale od lat wiadomo, że sztuka i nauka wymagają poświęceń.
Po wymuskaniu, wygłaskaniu, wygnieceniu doskonałych, cienkich krążków stanowiących podstawę posiłku, dzielna młodzież przystąpiła do smarowania ciasta sosem. Szło znacznie szybciej niż gniecenie i dość barwnie, bo część sosu lądowała na plackach, a część na stole, podłodze i odzieży. Wizja rachunków za pralnię zaczęła mi się wydawać coraz bardziej nieuniknioną. Po sosie przyszedł czas na układanie dowolnych dodatków, według własnej artystycznej wizji. Ilu czeladników, tyle było pizzowych kreacji, a każda zachwycała feerią barw i smaków. Fascynowało mnie to do tego stopnia, że zasugerowałam mistrzowi prowadzącemu szkolenie, by dokonał zmiany menu w oparciu o to co widzi. Poważnie rozważał, równie ujęty widokiem.
Ponumerowane pizze powędrowały do pieca. Czeladnicy, już wytresowani, bez najmniejszego zaskoczenia, wyszorowali ręce i zasiedli do stołu. Po stłuczeniu kolejnej szklanki i rozchlapaniu soku, wytwory sztuki kulinarnej, lśniące i wypieczone zaczęły objawiać się naszym oczom na kolejnych talerzach. Nadworny fotograf - tatuś wytrwale uwieczniał dzieła wraz z twórcami, w przekonaniu, że ma na to jedyną i krótkotrwałą szansę. Nad ostatnią pizzą - dziełem czeladnika Maksa, zawisło fatum. Z przyczyn nieznanych grzmotnęła z hukiem o ziemię wraz z talerzem i pechowiec musiał wykonać pracę po raz wtóry. Dzięki temu stał się bohaterem popołudnia, a wszyscy pozostali odczuwali delikatne drgnienie zawiści - "On to ma fajnie, bo może drugi raz!". Konsumowanie pizzy dało chwilę ciszy i przekonania, że rachunki za pralnię mam jak w banku. Bowiem jak tu jeść pizzę nie wyflugawszy się od góry do dołu? Ale za to, dla odmiany, reszta szklanek została w całości. Ku mojemu zachwytowi młodzi ludzie okazali się być osobami nie tylko utalentowanymi kulinarnie, ale i nieziemsko szlachetnymi. Zapadła bowiem grupowa decyzja zostawienia po kawałku pizzy dla rodziców. Otrzymali na ten cel stosowne opakowania, które zostały napełnione kuszącą zawartością, elegancko podpisane i ozdobione.
W końcowym etapie, uwieńczeniem pracowitego popołudnia stał się akcent urodzinowy jednego z uczestników, uroczyste śpiewanie, dmuchanie i dopychanie się tortem, przy którym machnęłam już ręką na zagadnienie pralni. Czeladnicy otrzymali dyplomy, które mogą stanowić doskonałe uzupełnienie interesującego i godnego uwagi CV. Każdy z nich mógł przy tym śmiało powiedzieć, że fach ma w rękach... i na ubraniu.
Mam nadzieję, że wszyscy obecni ubawili się przynajmniej w tym stopniu, w jakim się wypaprali. Rodzice mogą bez obaw oczekiwać samodzielnych prac kulinarnych w domach. Zaś w kwestii rachunków za pralnię - uprzejmie proszę kierować je drogą elektroniczną na mój adres mailowy lub przez FB. Obiecuję, że zniosę to dzielnie :)
Dokumentacja
P.S. Bezinteresownie i całkiem obiektywnie polecam urodziny w Fiero! Pyszna zabawa :)
I znów, jak co roku, się pytam - kiedy to zleciało? Maleństwo to było najdrobniejsze na całym oddziale noworodków, a teraz... kawał baby kończy dziś 9 lat.
I kto był przy tym ten wie, że lekarze dręczyli mnie nieziemsko i strach mi jak kłody rzucali pod nogi, bo dzidzia nie rośnie, bo za mała, bo hipotrofia-srofia i sto innych schorzeń zapewne się czai. A ona sobie, póki w mamuni schowana, była niewielka, korzystając z tych krótkich chwil, kiedy armia genów pozwalała jej na cieszenie się mianem kruszynki.
I wyleźć nie chciała, zajęta ważniejszymi sprawami. Spóźniała się, zupełnie jej się nie spieszyło, co najwyraźniej stanowiło rys jej charakteru już od zarania. Jednakże otoczenie medyczne na jej fanaberie zgody dać nie chciało. Zalecono ciężarnej pochodzić. Zatem ganiałam przez pięć pięter szpitalnych w górę i w dół, a przyszły tatuś zipał za mną, bo przecież bez opieki latanie nie było wskazane. Windo precz - marsz po schodach, "powoli, jak żółw ociężale", jednakże bez przerw najmniejszych. Kazali latać, to latałam, choć nieco intensywniej niż medycyna raczyła przewidzieć. Dlatego też pewnie, gdy przyszło co do czego, najbardziej bolały mnie nogi i cieszyłam się szalenie, że mogę sobie wreszcie poleżeć.
Minęło popołudnie i wieczór, tatuś porzuciwszy małżonkę i nienarodzone dziecię popruł do obowiązków zawodowych, a ja dalej twardo łaziłam, tym razem po korytarzu z książką w ręce, raz po raz obijając się o szafki i meble, bo książka absorbowała mnie bardziej niż spacer. Po obchodzie stanowczo odtransportowano mnie do wyrka i porażono wiadomością, że skoro dziecię samo wyjść nie chce, zostanie pogonione następnego poranka. To mnie nieco zeźliło. Po pierwsze dlatego, że poganiania bałam się jak diabli, po drugie z przekory. Bo jakże to - małe takie, nieopierzone i będzie mi się tu już rządzić i buntować? Matka grzecznie prosi, żeby wylazła - to wyleźć należy i o dyskusji nie ma mowy. Zatem cichaczem do spaceru wróciłam i nie dałam się przegonić z korytarza. Było już porządnie po 23:00, gdy zagadnięta przez położną o cel wędrówek oznajmiłam jej grzecznie, że dziś w nocy urodzę pannę Hannę. Położna uzbroiwszy się w krzywy uśmiech poinformowała mnie sucho, że tak nie wygląda kobieta, która ma w ciągu kilku godzin urodzić pierwsze dziecko. Wyraziłam zdziwienie i zadałam grzecznie pytanie czy powinnam się wobec tego umalować, tudzież wytatuować, żeby wyglądać odpowiednio. Ponieważ jednak położna warczała, że spać innym nie daję, wróciłam niechętnie do łóżka i kontynuowałam lekturę w pozycji horyzontalnej. Minęła północ, zostało mi może z 50 stron do końca książki, kiedy położna przyszła obsobaczyć mnie za palenie światła po nocy. Wyznałam po raz kolejny, że zbieram się do rodzenia, a że mi się nudzi to sobie czytam. Z niechęcią zgodziła się zweryfikować tę kwestię, po czym dla świętego spokoju postanowiła oddelegować mnie na porodówkę. Tam, zajęłam się głównie podejmowaniem prób zawezwania drogą telefoniczną tatusia, co by nie przegapił narodzin córeczki. Położne (teraz już dwie) stanowczo zniechęcały mnie do budzenia małżonka, bo "przed południem tu się nic nie wydarzy". Pewnie nie chciały, żeby im się kręcił po nocy po oddziale.
Hanna w jakieś 2 godziny po przywitaniu świtu i świata
Tymczasem Hanna pojawiła się na świecie 2,5 godziny później, drąc paszczę i zastępując tym wszystkie koguty w okolicy. Pora była stosowna - 4:20. Świtało. Tatuś zdążył nie tylko dojechać, ale i wyżłopać pół automatu kawy i kilka razy zostać przeze mnie opieprzonym. Dowiedział się wówczas, co myślę o nim, wszystkich facetach jako takich i gdzie mam jego bezużyteczną gotowość do pomocy. Dopuszczam do siebie myśl, że troszkę byłam wtedy niesprawiedliwa. Jednakże tatuś powitał córkę godnie, choć zapadł w ewidentny szok poporodowy i kilka dni chodził lekko nieprzytomny. Powiłam bohatersko, bezproblemowo i nad podziw sprawnie 52 cm i 2800 gram zdrowego jak byk człowieka. Małe, chude, czerwone i paskudne, a przy tym najpiękniejsze, najcudowniejsze na świecie stworzenie. Po prostu magia czy też czary, które nieprzerwanie trwają do dziś. Już nie małe, nie chude i nie czerwone, ale najpiękniejsze, cudowne i przewspaniałe - moje córczysko-potworzysko - Hanna. Lat, proszę Państwa, od dziś już 9. I życzę jej z tej okazji tylko jednego - żeby była SZCZĘŚLIWYM CZŁOWIEKIEM!
A dla udokumentowania uciekającego czasu, wyplątałam z odmętów twardego dysku zapis tortowy mijających lat. Każda spryciula zauważy, że dwóch sztuk brakuje. Nie dlatego, że byłam wyrodną matką i dziecku tortu poskąpiłam, jednakże mogło się zdarzyć, że fotograf nawalił, albo fotka zwyczajnie gdzieś się zapodziała i odnaleźć jej nie mogę. Reszta jednakże wyraźnie wskazuje, że dziecię rośnie dorodne jak brzoskwinia i na brak czczenia adekwatnego do powagi chwili, jaką jest kończenie kolejnych lat życia, nie może narzekać.
1
2
4
5
6
8
9- kinderparty
9 - rodzinnie
Opis imprezy wkrótce. Muszę dojść do siebie, odreagować, sprawdzić, czy aby na pewno żyję...
- Potwory, co robicie? - pytam grzecznie, zaglądając do ich pokoju.
- Bawimy się - pada enigmatyczna odpowiedź.
- To widzę. Ale w co? - dociekam, bo ciekawską mam naturę.
- W teatrzyk na dwa potwory - odpowiadają niewinne dzieciątka z uśmiechem.
Tak powstaje poplątanie fikcji z rzeczywistością, od którego można postradać zmysły.
Po wnikliwym podglądactwie mogę mniemać, że ćwiczą układy przed występem w Manufakturze. Bo oto Krzysztof staje w sobotnie przedpołudnie pierwszy raz na scenie w charakterze pędziwiatrowego debiutanta. Przed nim konieczność sprostania dwóm numerom tanecznym i presji tłumu. Sceniczne deski łódzkiej Manufaktury już na niego czekają. Zapewne niecierpliwie. A Krzysztof przeżywa.
- Mamo, mam prawdziwy strój. Na scenę. Czy ty wiesz jakim on jest kolorem?
- Całkiem niebieskim - odpowiadam, bo osobiście wieszałam go w szafie.
- Nie mamo, to nie jest prawdą. On jest niebieski z różowym kwagratem!
No i trudno się nie zgodzić. "Kwagrat", a zasadzie prostokąt - na klacie jak byk. Durnie wyskoczyłam z tym "całkiem" niebieskim.
Krzysztof zatem, w towarzystwie 4- i 5-latków zostanie wypędzon na scenę i zagonion do tańca. I przewiduję 3 możliwe scenariusze:
1. Zwieje ze sceny zanim dotrą do jego usząt dźwięki pierwszego numeru.
2. Zawiesi się i odstoi jak słup soli cały utwór, podczas gdy inne przedszkolaki będą tańczyć.
3. Zaskoczy mnie i dumą napełni bez miary i zatańczy jak prawdziwy sceniczny wyga.
Aż do startu imprezy gotowa jestem przyjmować zakłady w tym temacie. Osobiście mam swój typ, w zakresie rozwoju wydarzeń. Ale debiut to debiut. Każdy przez to przejść musi.
Tymczasem stara wyjadaczka scen wszelakich nie pietra się wcale, nie stresuje i w temacie manufakturowego koncertu całkiem jest wyluzowana. Bo to już jej któreś z rzędu manufakturzenie. Uodporniła się i tyle.
Lans na rynku Manufaktury w 2012
Poranek sceniczny nie poraża pięknem. Leje. Zimno. Plucha. Listopad to czy kwiecień? Hanna przypomina, że przy ostatnim podejściu do występów na plenerowej scenie w Manufakturze mieliśmy burzę z gradobiciem i odwołano występ. Wyraża stanowcze veto przeciwko powtórce tego wydarzenia. Ale co ja mogę? Wówczas występ się nie odbył, ale pamiętam też taki ze słońcem i tłumami, 2 lata temu. Postanawiam zatem dokonać reminiscencji...
Hanna w stroju do hip-hopa szalała po rynku Manufaktury nie mogąc doczekać się na swoje wejście na scenę. Co chwilę znikała mi z oczu w tłumie identycznie ubranych Pędziatrów. Z racji chustek na głowie roztańczone furie upodobniły się do siebie i ciężko było wyłowić własnego potwora. Więc matki jak kwoki zgarniały na kupę wszystko, co pomarańczowo-czarne i skaczące jak na sprężynach.
Słoneczna Manufaktura 2012
Tymczasem Krzysztof jako upiorny 2,5-latek robił wszystko, żeby mi uciec i się zgubić w tłumie. Na chwilę stabilizował się jedynie przy wystawie motocykli. Występy nie interesowały go wcale. Rykiem wybuchał co 5-7 minut, a portkami i koszulą wycierał trotuar rzucając się w atakach buntu ku ziemi. Dzięki czemu nie miałam najmniejszych szans obejrzenia występu pomarańczowo-czarnych, bo ganiałam za upiorem.
Tym razem jadę pełna nadziei, że będzie lepiej. Zgodnie z tradycją baterie w aparacie padają przed wyjściem z domu. Zgodnie z tą samą tradycją nie mamy żadnych innych i konieczne jest nabycie nowych, na biegu, gdziekolwiek, byle szybko. Eh, cali my! Potwory jednak troszkę doroślejsze i przynajmniej teoretycznie zmądrzały. A i ja rozwinęłam metodologię kontroli i perswazji. Damy radę :)
ZAPISKI PO DEBIUCIE:
Lans w domu, bo za oknem leje
W Manufakturze tłum Pędziwiatrów i motocykli. Poza tym w obfitości jedynie deszcz. Las parasoli i kurtek przeciwdeszczowych, na scenie mokra breja, pod sceną nieliczni, wytrwali widzowie pchają się jak najbliżej sceniczych desek. Węch, czuj i doświadczenie podpowiadają mi, że widownia zwiała pod dachy, a to co widzę, to w większości rodzice i dziadkowie artystów. Wskazują na to wystawiane nad głowy aparaty. Wśród tych głów błyszczy co jakiś czas łysa czaszka tatusia potworów i błyskający flesz naszego Nikona. Tatuś ma dziś zmianę reporterską, a ja ochraniarsko-porządkową.
Potwory biegają po deszczu ganiając się między barierkami. Bezskutecznie usiłuję nadążyć za nimi wzrokiem, jednocześnie nasłuchując, czy aby grupa któregoś z nich nie idzie zaraz na scenę. Zmiana butów na baletki mija się z celem, Krzysztof jednakże lata już w stroju występowym - wyfluganym i mokrym niemal od początku.
- Posypałaś mnie deszczem! - warczy z pretensją na Hankę, której woda pryska spod kopyt.
No faktycznie, jakby wcześniej nie był "posypany".
I domowa rozgrzewka...
Ale przychodzi czas i udaje mi się wepchnąć go po śliskich schodach na scenę. Wlazł, nie zleciał. Żadne z dzieci nie zleciało, co nawet mnie nieco dziwi. Po wepchnięciu go na schody, lecę na przód sceny, żeby patrzeć. Udaje mi się znaleźć kilka centymetrów kawadratowych wolnej przestrzeni, na których usiłuję osadzić swoją rozległą osobę. W ucho wbija mi się parasol sąsiada z lewej, a w oko kapie strużka z parasola faceta po prawej. Ale nic to. Patrzę, słucham, chłonę...
Krzysztof dał radę. Profilaktycznie ustawiony z tyłu, jednakże nie usiłował rozrabiać, fachura, że ho ho. Ja oczywiście wzruszona do łez, bo przecie moje maleństwo na scenie, takie dzielne i dorosłe. Ale 2 minuty mijają, wywlekam z ucha parasol sąsiada i pędzę zwlec dziecię ze sceny.
Po nim następuje dokładnie ta sama sytuacja z potworem większym i powtórka z potwora mniejszego, bo tańczy twardo dwa numery. Drugi numer Hanny zostaje odwołany z powodu nasilającego się potoku z nieba, za co odczuwam głęboką wdzięczność dla szefostwa zespołu. Zupełnie przemoknięta targam potwory do auta, ucho mi nieco nawala po kontakcie z parasolem i czuję, że w butach mi chlupie.
Ale warto było. Sama nie wiem czemu, ale warto. Chociaż w nosie mnie kręci i podejrzewam, że nadchodzi kichanie. Widzę jednak, że potworzyska zadowolone. Żłopią gorące kakao na rozgrzewkę, tatuś napalił w kominku i popija herbatkę z prądem. Może unikniemy kataru, a debiut stał się faktem. Mamy go za sobą i Krzysztof może się uważać za Pędziwiatra pełną (choć nieco mokrą) gębą ;)
2012
2014
Poniżej dokumentacja debiutu, okrojona z racji deszczu i konieczności ochrony Nikona, który nie kocha takiej aury. Potwór z tyłu, ale jest, daje czadu i (zwłaszcza pod koniec) dla spostrzegawczych - daje się zauważyć :P