wtorek, 17 czerwca 2014

W Strunowicach - baśń muzyczna z Krainy Wielkiej Symfonii

- Krzysiu, a o czym marzysz?
- Mamo! Chciałbym mieć wszystkie instrumenty świata. I bym na nich grał. A Hania by śpiewała.
- A ty byś nie śpiewał?
- Ja też, ale tylko refren.
- A jaki instrument lubisz najbardziej?
- Najbardziej, tak najbardziej z całego świata lubię gitarę!

Krzyś jest mały, a Hania jest duża. Każdy to wie. I istnieje podejrzenie, że jeszcze długo tak będzie. Ale nie zawsze przecież. Kiedyś, za długi, bardzo długi czas, Krzyś urośnie i stanie się dorosłym mężczyzną. Jak tatuś. A Hania będzie dorosłą kobietą. Jak mamusia. A ponieważ mamusia jest dużo mniejsza od tatusia, to oczywistą jest sprawą, że Krzyś będzie większy od Hani... I silniejszy... I starszy... No nie, starszy nie będzie. To się chyba nie uda. Ale będzie mógł patrzeć na nią z góry i mówić: "No co mała, nie możesz sięgnąć do tej książki z górnej półki? Odsuń się, twój duży brat ci pomoże!"

Ale teraz to Krzysio jest mały. I tylko Krzysia tatuś może podrzucać, nosić na rękach, brać na barana. Tylko Krzyś może bawić się bez końca i wymyślać niesamowite historie. Jednak często zaprasza do zabawy Hanię, jeśli tylko Hania odrobi już lekcje i upora się ze swoimi obowiązkami.

Tatuś często bierze Krzysia na ręce i trzyma go jak gitarę. Krzysia nogi są wówczas w górze i pełnią rolę gryfu., a Krzysia brzuszek i klatka piersiowa to pudło rezonansowe. Tatuś uderza rytmicznie w niewidzialne struny gitary i Krzysio pęka ze śmiechu, bo to potwornie łaskocze. Hania skacze wokół nich i śpiewa do akompaniamentu gitary-Krzysia. Jest hałas, harmider, zamieszanie i mnóstwo śmiechu. A czasem, za sprawą magiczną i tajemniczą, Krzysio staje się królem Strunowic...


...Strunowice były najmniejszym królestwem w Krainie Wielkiej Symfonii. Leżały wśród lasów i pól ciągnących się wzdłuż srebrzystego, wartkiego potoku. W najszerszym punkcie Strunowic, przez potok biegł  mały, drewniany mostek. Przy nim brało swój początek sześć błyszczących w słońcu, złocistych szarf, unoszących się nad wodą. Szarfy, napięte niczym struny, jedna obok drugiej, mknęły wesoło i zgodnie z nurtem potoku, aż do kamiennego wodospadu. Przy nim, pod stertą kamieni, zwanych przez miejscowych kluczami, potok miał swoje źródło.

Przy wietrznych dniach pęd powietrza wprowadzał te szarfy w drgania i wówczas cała okolica pogrążała się w dźwiękach muzyki tak pięknej, że od jej brzmienia wszystkie łąki zakwitały kwiatami. Mieszkańcy zostawiali wówczas swoje obowiązki i rozpoczynało się wietrzne święto - wielka muzyczna zabawa. Dlatego mieszkańcy Strunowic kochali wiatr. Przynosił im radość, piękną muzykę, kwiaty i odpoczynek. W Strunowicach na zamku, król Krzysztof zwany Gryfem, zatrudniał cały sztab ekspertów, zajmujących się wypatrywaniem nadchodzącego wiatru. Nie byli to zwykli meteorologowie, o nie! Byli to dyplomowani specjaliści, zwani Łowcami Wichur. Do ich obowiązków należało bowiem prognozowanie, kiedy wiatr przyjdzie i jak długo zostanie oraz praca nad wynalezieniem urządzenia, które ujarzmiłoby wiatr. Gdy tylko widzieli, że chmury zaczynają tańczyć po niebie, płynąć, przemieszczać się i wędrować, głośnym biciem w bębny dawali znać mieszkańcom zamku, że oto nadszedł czas na wielką muzyczną zabawę. Kucharze z całego królestwa rzucali się do wałków, misek i rondli, aby napiec ciast, babeczek i herbatników. Wszystkie obowiązkowo musiały być ozdobione nutami, kluczami wiolinowymi, bemolami i krzyżykami. Królewskie garderoby zapełniały tłumy szukające dla siebie odpowiednich strojów i obuwia. Fryzjerzy mieli pełne ręce roboty, bo każdy chciał wyglądać odświętnie i wyjątkowo. Na błoniach przed zamkiem rozstawiano stoły i krzesła, rozwieszano dekoracje z balonów, girland i żywych kwiatów, wszędzie pełno było konfetti i baniek mydlanych produkowanych przez odpowiedzialnych za tę pracę paziów króla Krzysztofa.



il. Hanna M.
W chwili, gdy wiatr zaczynał poruszać szarfy nad potokiem, rozbrzmiewała przepiękna muzyka. Król siadał na podwyższeniu i bacznie obserwował, czy aby wszyscy dobrze się bawią, czy tańczą, śpiewają i jedzą. Dbał o to, by dźwięki muzyki były piękne i czyste. Jeśli tylko do jego uszu dobiegał choć cień niedoskonałego brzmienia, wysyłał najlepszych swych doradców, by przy wodospadzie poruszyli kamienne klucze i nastroili struny wietrznej gitary.

Niekiedy sam król ruszał na parkiet, porywając do tańca najpiękniejsze panny z okolicy. I tańczył wspaniale, aż dech zapierało patrzącym. Bywało też, że król Krzysztof śpiewał do akompaniamentu wiatru, a jego głos niósł się w świat perliście, czysto i donośnie. Z całej Krainy Wielkiej Symfonii zjeżdżali się goście, aby wspólnie bawić się z mieszkańcami Strunowic i słuchać śpiewu króla. Przywozili mu w darze egzotyczne owoce, słodycze i stroje, a także piękne panny w nadziei, że którąś z nich zechce pojąć za żonę. Król Krzysztof przychylnym okiem patrzył na te dary i przyjmował je z wdzięcznością. Co do panien zaś, musiały zadowolić się tańcem w ramionach króla, który nie patrzył na żadną z nich dłużej, niż trwała jedna melodia.  Nieraz zamkowe błonia wypełniały westchnienia owych panien, snujących za królem zakochane spojrzenia. On jednak był niewzruszony, bo jego największą miłością była muzyka.


Pewnego dnia, nad Strunowice nadeszła niezwykle potężna wichura. Była tak silna, że nie było mowy o tańcu i śpiewie. Szarfy nad potokiem jęczały żałośnie szarpane kolejnymi porywami. Z nieba lał się deszcz przeplatany gradem. Każdy, kto tylko mógł, szukał schronienia pod dachem. Bębny Łowców Wichur biły, nie na zabawę, lecz na trwogę. Taka pogoda utrzymywała się przez dwadzieścia długich dni. Gdy wreszcie wróciło słońce, cała okolica była zniszczona. Nie utrzymał się na ziemi żaden kwiat, żaden krzew. Została tylko goła ziemia, skały i najsilniejsze drzewa. Najgorszy jednak widok, ukazał się oczom mieszkańców, nad potokiem. Wszystkie szarfy były porozrywane, mostek i kamienny wodospad zrujnowany i mimo przyjemnego, ciepłego wiatru słychać było jedynie szum drzew oraz niezmiernie smutną i absolutnie bezmuzyczną ciszę. Król patrzył na to wszystko z niedowierzaniem. Przyglądając się swemu królestwu w ponurym milczeniu, popadał co chwilę to w rozpacz, to w złość. Łzy mieszały się mu z przekleństwami. Przez następne dni biegał po komnatach w nadziei, że za chwilę obudzi się z koszmaru, że to tylko sen. Wzywał po kolei wszystkich swoich ekspertów, uczonych i znawców sztuki muzycznej. Nikt jednak nie potrafił naprawić tak potężnych zniszczeń. Król, a wraz z nim całe królestwo, z każdym dniem pogrążało się w coraz większej nudzie, smutku i szarości pozbawionej muzyki i kwiatów.


Aż pewnego dnia, do Strunowic przybyła dziwna, nieznajoma postać. Nieduża i drobna, a na plecach niosła tajemniczy worek w dziwnym kształcie. Odziana była w skromny, długi płaszcz z kapturem, spod którego wymykały się pojedyncze, złociste pukle, świadczące o tym, że jest to młoda dziewczyna. Stanęła przy zamkowej bramie i prosiła o pozwolenie na widzenie z królem. Wartownicy jednak nie chcieli jej wpuścić.


- Król Krzysztof nie przyjmuje gości, bo pograżony jest w rozpaczy - rzekł jeden z nich.

- Ale ja niosę dla niego ulgę i radość - odparła nieznajoma postać.
- Jakąż ty możesz dać mu radość dziewczyno? - śmiał się drugi. - Toż dla naszego króla nie ma życia bez muzyki, a nasz wietrzny, królewski instrument, ot - zniszczony i bezużyteczny!
- Wiem, że król kocha muzykę. Puść mnie, proszę, mam dla niego pocieszenie - upierała się dziewczyna.
- Niejedna już panna chciała go pocieszać. Ale skoro w dawnych, dobrych czasach na żadną z nich nie patrzył dłużej niż przez jeden taniec, to tym bardziej nie będzie patrzył na ciebie, w czasie smutku - tłumaczyli wartownicy.

Dziewczyna jednak obrzuciła ich groźnym spojrzeniem, tupnęła w furii nogą, a spod jej trzewików wyprysnęły kolorowe bratki. Wartownicy spojrzeli w dal, na drogę którą przyszła. Znaczył ją różnobarwny kobierzec z kwiatów, wyraźnie odcinający się na szaro-burej, zniszczonej ziemi. Wystraszyli się nieco i bali się jej dłużej sprzeciwiać. Wrota zgrzytnęły przeciągle i uchyliły się przed dziewczyną, która dziarskim, wesołym krokiem ruszyła przez puste, zamkowe podwórze. Z łatwością przemknęła przez ponure korytarze i krużganki i dotarła do królewskiej komnaty. Król siedział na tronie ze zwieszoną głową, w ciszy i samotnie. Obok leżały stosy smakowitych ciastek, szafy i skrzynie pełne była bogato zdobionych strojów, na ścianach wisiały drogocenne obrazy, a mimo to czuć było w powietrzu smutek i zwykłą, zupełnie niekrólewską nudę.


- Dzień dobry królu - powiedziała dziewczyna wchodząc śmiało do komnaty i uśmiechając się szeroko.

- Idź sobie - odparł król. - Nie chcę już ciastek, kolejnych strojów, ani towarzystwa.
- Nie przyniosłam ci ciastek, tylko radość - usiłowała tłumaczyć dziewczyna.
- Nie ma już dla mnie radości - rzekł ponuro król. - I żony też nie szukam - dodał. - Bez muzyki nie ma dla mnie życia.
- Czemu tak mówisz? Potrafisz przecież tak pięknie śpiewać. A śpiew to też muzyka.
- Chyba żartujesz! Kpisz sobie ze mnie, nieszczęśliwego. Gdybyś wiedziała jak pięknie brzmią dźwięki trącanych wiatrem strun, zrozumiałabyś za czym tęsknię.

I król, sam nie wiedząc czemu, zaczął snuć swe ulubione wspomnienia niesionych wiatrem melodii, a tymczasem dziewczyna zdjęła z pleców tobołek i zaczęła go ukradkiem rozpakowywać. Odwijała kolejne warstwy materiału, pod którymi ukazał się dziwny, drewniany kształt, jakby podłużnego pudełka. Z jednej strony było szerokie i okrągłe, a z drugiej wąskie i długie. Król nie widział jednak ani dziewczyny, ani tego, co przyniosła. Ronił bowiem kolejne łzy, pochylając się nad swym dawnym szczęściem.


- ... i wystarczał niewielki wiatr, by wprowadzać struny w drgania i grać delikatne, ciche melodię... - mówił.


W tym samym momencie dziewczyna dotknęła trzymanego przedmiotu i do uszu króla dobiegło znane i jakże wytęsknione brzmienie. Podszedł do niej i patrzył z niedowierzaniem. Ona tymczasem podała mu śmiało przedmiot, zachęcając do tego, by sam spróbował wydobyć z pudła dźwięki. Król przyjrzał się jej i wziął przedmiot w ręce. Był lekki, jakby pusty w środku. Gdy spojrzało się nań z góry, wyglądał tak, jakby ktoś wykonał w drewnie miniaturową mapę Strunowic. Dało się zauważyć mostek i sześć strun, a na końcu klucze, niczym kamienie przy wodospadzie. Król Krzysztof nieśmiało uderzył palcami w struny. I to co usłyszał, zachwyciło go bez miary. Uderzył zatem śmielej, mocniej i głośniej. I zaczął grać, a gdy grał, dziewczyna zatańczyła wokół niego i na posadzce królewskiej komnaty zakwitł dywan kwiatów. 


Zbiegli się wszyscy mieszkańcy zamku. Cała okolica ożyła, jakby zbudziła się z długiego, ponurego snu. I znów Strunowice rozbrzmiały muzyką, radością i zabawą. Król grał śpiewając przy tym najpiękniejsze pieśni o radości, a gdy w końcu chciał porwać tajemniczą dziewczynę do tańca, ta machnęła ręką, niby czarodziejską różdżką i... Muzyka trwała dalej, choć król zafascynowany na równi dźwiękami melodii, co dziewczyną, tańczył z nią bez końca, nie patrząc, że zapadła noc. Tańczył i tańczył, choć większość ludzi wokół już się pospała, choć mijały godziny i nawet księżyc ziewał na niebie.


- Kim jesteś? - spytał, nie przerywając tańca.

- Jestem Kornelia - odparła prosto dziewczyna.
- Kornelia - powtórzył król. - Jakie piękne imię. Skąd przybyłaś?
- Z Lutlandii leżącej na samym skraju Krainy Wielkiej Symfonii. Mieszkam tam z moim ojcem.
- I to od niego masz to... to... tę cudowną rzecz?
- Tak, zrobił ją dla ciebie królu, gdy usłyszał o tym, co przytrafiło się w Strunowicach.
- Ją? - pytał król Krzysztof.
- Tak. To instrument, który nazwał gitarą.
- Gitara - powtórzył król w zachwycie. - A jak nazywa się twój ojciec? Musi być wyjątkowym czarodziejem.
- Nie jest czarodziejem. Jest stolarzem. Nazywa się Antonio de Torres Jurado.

I tańczyli dalej. Dzień i noc, dzień i noc, bez końca. A całe Strunowice zakwitły kwiatami, ludzie zbiegali się tłumnie na królewskie błonia, żeby słuchać ukochanych i tak bardzo wytęsknionych dźwięków. Gdy Kornelia była zmęczona tańcem, król pozwalał jej odpocząć, a sam brał w ręce gitarę, śpiewał i grał. Innym razem znów, Kornelia śpiewała wraz z nim lub, sobie tylko znaną magią, zaklinała gitarę do gry i tańczyła z królem. A radość i muzyka trwały bez końca, bo nie potrzeba już było im wiatru. Muzyka była w nich samych i w zaklętych strunach gitary.


Nie minął rok, a dźwięki gitary, wyjątkowo uroczyście i donośnie, obwieściły wielki bal, na króry zaproszono wszystkich mieszkańców Krainy Wielkiej Symfoni. Bo oto król Krzysztof zwany Gryfem poślubiał piękną Kornelię, którą pokochał równie mocno, jak muzykę. Na bal przybył także ojciec panny młodej, Antonio de Torres Jurado i ze wzruszeniem patrzył, ile dobrego przyniosła ludziom jego praca. Odtąd muzyka nie milkła nigdy. Strunowice stały się znane w całym świecie, a tłumy melomanów odwiedzały co roku królewski zamek. Król kazał wybudować na błoniach wielką muszlę koncertową dla tysięcy widzów i koncertowali w niej wspólnie co wieczór. Stworzyli bowiem najwspanialsze w świecie trio: król Krzysztof, Kornelia i gitara - królowa instrumentów. 


I tak pewnie grają do dziś. Może ich kiedyś usłyszycie...



... tak właśnie jest z Krzysztofem i gitarą. Tworzą nierozłączną parę. A Kornelia? Kornelia też jest prawdziwa. Piękna jak w bajce, śpiewa, tańczy i kocha muzykę. Kto wie, kto wie, może zatańczy kiedyś z Krzysztofem w pierwszej parze na prawdziwym królewskim balu...

Tymczasem krzysztofowa gitara rozpada się w drobny mak, intensywnie używana i chyba nie dość mocna. Ale Krzysztof za chwilę ma urodziny. Już niedługo, gdy tylko lato porządnie się u nas rozgości. Szukam dla niego nowej: odpowiedniej, wytrzymałej i ładnie brzmiącej. Ot - idealnej dla muzykującego pięciolatka. Bo istrument, jaki by nie był, to zawsze trafiony prezent. Wciągający, fascynujący i bliski sercu. Może ktoś zechce coś doradzić zdesperowanej matce, bo potwór skasował chyba już z pięć albo sześć gitar. Żadna nie wytrzymuje dłużej niż pół roku. Normalnie jak wichura w Strunowicach...

niedziela, 8 czerwca 2014

Wszystko jest zabawą

Dla dziecka, jeśli jest akurat pozytywnie nastawione do życia i świata, każda zwykła, codzienna sytuacja jest zabawą i przygodą. Nie trzeba wyjątkowego otoczenia i wypasionych zabawek, zbędny jest nadmiar bodźców. Wystarczy trochę czasu, pomysł i towarzystwo. Najlepiej rodziców. Dlatego też dzieci, co zachwyca mnie niezmiennie, potrafią bawić się doskonale w poczekalni u lekarza, w autobusie, w kolejce do marketowej kasy, czy też na dowolnej, otwartej przestrzeni. Tracą przy tym kompletnie poczucie czasu i ciężko przywrócić je do rzeczywistości. 

Może się nie znam, może generalizuję, może nie każde dziecko tak ma. Jednak u Hanny to się zdarza, a u Krzysztofa występuje z godną podziwu konsekwencją. Zazwyczaj w sytuacjach, gdy doświadczam konieczności pośpiechu, tudzież padania na pysk. Jednakże moja skromna osoba staje się Krzysztofa ofiarą i nie ma ucieczki.

Rano problem mnie nie dotyka, do przedszkola transportuje dziecię tatuś. Ja zaś, wolna, swobodna i sama z sobą tylko, wędruję luzem do pracy. Po południu jednak zaczynają się schody. Dwukrotnie w ciągu tygodnia przytrafiają nam się przygody autobusowo-tramwajowe, wspominane już niegdyś przy okazji pacnięć, bipnięć i miejskich wędrówek. Wtedy to dziecko zostaje przeze mnie odtransportowane do szkoły, gdzie dokonuję wymiany towarowej - dziecka mniejszego na dziecko większe. Odbiorem Krzysztofa ze szkoły obarczon jest już zmotoryzowany tatuś.

Pozostałe 3 dni tygodnia roboczego mają dla mnie charakter spacerowy. Wówczas Hanna wraca do domu samodzielnie (od czasu rozbicia skorupki) lub we współpracy z tatusiem, zaś do mnie należy odebranie Krzysztofa z placówki oświatowej i zawleczenie go do domu. Już w przedszkolu odbywa się pierwsza poważna impreza, jaką jest samodzielnie odklikanie karty przez przedszkolaka. Bowiem wszędzie, nawet tam, dotarła już elektronika i godzinę wejścia i wyjścia dziecka rejestruje komputer na podstawie owej karty. I to właśnie odklikiwanie się jest frajdą wielką i niedopuszczalnym jest, aby dokonał tego za dziecko rodzic. To tak jakby zjeść dziecku na jego oczach ostatnie ciastko z talerza. Zgroza po prostu. I widzę, że nie tylko Krzysztof tak podchodzi do sprawy. Klikających przedszkolaków jest tyle, że samodzielność w tym zakresie należy uznać za normę. A sprawa nie jest łatwa, bo ustrojstwo do klikania umieszczone jest wysoko. Trzeba się porządnie nagimnastykować.

Po wyjściu z przedszkola (zakładając, że nie idziemy do parku, na zakupy czy jeszcze gdzieś) mamy do przejścia dokładnie kilometr spacerkiem przez spokojną, osiedlową okolicę. Niby niewiele, ale ileż ten kilometr daje możliwości! Trasa, którą spokojnie można pokonać w 10-15 minut, z Krzysztofem zajmuje minimum godzinę. Pierwszy postój następuje przy długim murze, ciągnącym się wzdłuż chodnika. Mur składa się z kilkunastu przęseł, zbudowany jest z cegieł i charakteryzuje go, wbudowany na całej długości, występ tudzież zgrubienie na wysokości krzysiowego brzucha. Ten występ właśnie, w tajemniczy sposób kojarzy się potworowi z pianinem, a w zasadzie z klawiaturą pianina. A na pianinie zagrać trzeba. Każde przęsło jest osobnym instrumentem. I przy każdym odgrywana jest nowa symfonia. Potwór gra, podśpiewuje, kończy, leci kilka kroków, gra na kolejnym pianinie, a ja sobie stoję i zgrzytam zębami dławiąc w sobie brzydkie słowa i usiłując zachwycać się jego muzykowaniem. Próby namawiania go, żeby ominął choć jedno fragment muru, spotyka się ze stanowczym sprzeciwem. Czy deszcz, czy śnieg, czy ukrop z nieba, Krzysztof swoje na murze odbębnić musi. Gdy mur się wreszcie kończy, zaczynamy kolejną zabawę. I tu zwykle sprawdzają się dwa najczęstsze scenariusze:

1. Scenariusz pierwszy. Jedziemy pociągiem. Krzysztof jest zwykle lokomotywą, ja wagonem. Ale czasem odwrotnie. Ruszamy "powoli, jak żółw ociężale", ale nie dochodzimy do etapu "że koła turkocą i puka i stuka to", bo co kilka kroków przytrafia nam się awaria. I wówczas potwór - mechanik naprawia tory, koła lub inne elementy konstrukcyjne. Powoli i z namaszczeniem, bo zabawa w pociąg jest przecież piękna i wspaniała. Czasami wagon odczepia się od lokomotywy. I znów konieczny jest postój. Mechanik mocuje na nowo jedno z drugim, motając za pomocą sznurka. Nie wnikam skąd ten sznurek, poddaję się procesowi z rezygnacją, bo już jestem przemoczona, gdy leje, przemarznięta, gdy mróz, uprażona, gdy upał. W dodatku, jeśli w rękach mam torby z zakupami oraz wywleczone z przedszkola liczne prace plastyczne, czuję że ręce nabierają mi proporcji szympansich i sięgają niemal do kolan. Ale oto mechanik zamotał już sznurki i jedziemy dalej. Ze 20 metrów. Bo przed nami brama. Jedna z wielu bram. I tę bramę trzeba otworzyć. Pół biedy, jeśli potwór ma klucze. Otworzy i po krzyku. Ale czasem kluczy brak i bramę trzeba rozwalić. Młotem. Więc potwór rozwala. Ja stoję i czekam, bo mnie się do takiej roboty mieszać nie wolno. Każdy powinien znać swoje miejsce. Zdarza się także, że kończy nam się paliwo. Wtedy okazuje się nagle, że ten pociąg - to auto wyścigowe i po zatankowaniu, pruje przed siebie. Bywa, że nawet ze 100 metrów ciągiem. A ja gnam za nim, w nadziei, że za szybko się nie zatrzyma. Jak mam dziki fart, to przed zakrętem, przy którym zaczyna się nasza ulica, Krzysztof oznajmia, że już się nie bawimy. Wtedy, ten ostatni odcinek możemy przejść spokojnie. Prawie bez postojów. Prawie, bo na naszej ulicy stoją dwa bardzo atrakcyjne elementy - hydranty uliczne. Pompy takie. Czynne, lejące wodę po naduszeniu na dźwignię. Zatem nadusić trzeba. Choćby na jedno chlapnięcie, ale trzeba. Taki mus. 

2. Scenariusz drugi. Na bazie mocno klubowym. Krzysztof jest Myszką Miki i bawimy się w Klub Przyjaciół. Ja jestem Minnie, czasem Daisy. Jedziemy autem lub wędrujemy, ale co chwilę napotykamy przeszkody. Analogicznie do pociągu - psuje nam się koło, odpada kierownica, jest dziura w drodze, czasem brama. Tym razem sam mechanik niewiele pomoże, bo cała impreza polega na tym, żeby wydrzeć się na całe gardło: "Ej Cooooooosiek!". Ja też się muszę drzeć. Inaczej nie będzie efektu. Cosiek przylatuje i udostępnia nam mysie sprzęty. Postojów na Cośka zaliczamy od pianina do hydrantów zwykle osiem. Czasem dziesięć. Zależnie od inwencji. Cała zabawa trwa znacznie dłużej niż standardowy telewizyjny odcinek. Czasem kończymy mysim tańcem przy hydrancie i oczywiście puszczeniem zeń wody. Woda jest obowiązkowa, niezależnie od pory roku i poziomu mojej furii, którą mimo wszystko staram się dusić w sobie. Bo przecież dziecko jest grzeczne, nie robi nic złego. Tylko się bawi, co przynależne jest jego wiekowi, jak niebu słońce.

Wędrówka kończy się po około godzinie, uroczystym pchnięciem bramy. Krzysztof pcha, bo mnie już nie starcza wigoru. I wówczas potwór na dobre pół godziny zmienia się w anioła, niekiedy oddalając się w kierunku trampoliny, innym razem włączając sobie muzykę bądź podejmując prace plastyczne w swoim pokoju. Ja, pozbywszy się wleczonych bagaży, oddaję się oczyszczającemu działaniu terapeutycznemu w postaci spokojnej, cichej kawki. Dopiero po niej, gotowa jestem do dalszej walki z dniem bieżącym. I rozważam sobie przy kawce, że przecież to nic takiego, bo ta godzina zabawy z dzieckiem, to dla niego i dla mnie bardzo ważne. I warczenie, poganianie go i przyspieszanie powrotu do domu niczego by nam nie zmieniło. Nacieszyliśmy się sobą w tej drodze i on wrócił szczęśliwy, czegóż mi więcej trzeba? Przypomina mi się w tych okolicznościach wiersz z dzieciństwa, bardzo prawdziwy, jeden z moich ulubionych:

Danuta Wawiłow - Szybko

Szybko, zbudź się, szybko, wstawaj!
Szybko, szybko, stygnie kawa!
Szybko, zęby myj i ręce!
Szybko, światło gaś w łazience!
Szybko, tata na nas czeka!
Szybko, tramwaj nam ucieka!
Szybko, szybko, bez hałasu!
Szybko, szybko, nie ma czasu!

Na nic nigdy nie ma czasu?

A ja chciałbym przez kałuże
iść godzinę albo dłużej,
trzy godziny lizać lody,
gapić się na samochody
i na deszcz, co leci z góry,
i na żaby, i na chmury,
cały dzień się w wannie chlapać
i motyle żółte łapać
albo z błota lepić kule
i nie spieszyć się w ogóle...

Chciałbym wszystko robić wolno,
ale mi nie wolno?

I powtarzam sobie ten wiersz jak mantrę, wygrzebując własne reminiscencje z pacholęcych lat i postanawiam niezmiennie, że jutro będę bardziej cierpliwa. I obiecuję sobie, że bardziej zaangażuję się w tę powrotną zabawę, będę bardziej aktywna i nie będę, nie będę go poganiać. I dopijam kawę, idę do ukochanego synka i pytam grzecznie, czy może miałby ochotę zrobić ze mną kolację. Pomoże mi robić placki, albo pokroi pieczarki. I Krzysztof odrywa się radośnie od swoich zajęć w oczekiwaniu na nową zabawę. Bo przecież wszystko może być zabawą. Nawet gotowanie, sprzątanie i pranie. Byle razem :)

poniedziałek, 2 czerwca 2014

Hrabiowski ubaw

Śmiać się lubimy. A jakże! Uryć, ubawić, uchichrać, ujarać. Uparskać nawet, bo czemu nie? Wolno nam. Zresztą, cóż to za filozofia - poddać się fali radości. Pestka to i jedno wielkie "phi". Ale ubawić kogoś, to już wyższa sztuka. Jak być śmiesznym, żeby się nie ośmieszyć, być ośmianym, ale nie wyśmianym? Żeby zrobić z siebie pajaca, bez obciachu, a budząc podziw i szacunek widza - nie można być pierwszym lepszym komikiem, tylko artystą - w każdym calu.

Tacy to artyści fascynują od jakiegoś czasu Hannę. Na samym piedestale hannowej top-listy tkwiły od dawna trzy kabaretowe zjawiska, powalające nie tylko ją, ale całą rodzinę z Krzysztofem włącznie. Otóż Hanna - do upojenia i bez końca - jest w stanie przyjmować do organizmu poprzez oczy i uszy Grupę MoCarta, Ani Mru Mru i Ireneusza Krosnego. Chrzani przy tym wszelkie kreskówki i filmy dla dzieci, chrzani gry komputerowe. Kiedy nie śpiewa, nie tańczy i nie miota się po trampolinie - Hania ogląda kabarety. Mamunia - wychowana na Kabarecie Starszych Panów, Piwnicy pod Baranami, a potem na Potem, dołącza do dzieciny, gdy tylko się da. Tatuś rzadziej, ale równie chętnie. Braciszek co jakiś czas znienacka wrzeszczy "Jestem Krosny" i zmusza nas do zgadywania, któreż to numery słynnego mima raczy naśladować. Natomiast przez Grupę MoCarta właśnie, Hanna rozpoczyna po wakacjach naukę w szkole muzycznej, przy czym wciąż trwa rozerwanie wewnętrzne między skrzypcami a wiolonczelą.

Dokumentacja, że nie łżę jak z nut
Jednak troska wypływa niekiedy na matczyne oblicze, bo nie wszystkie kabaretowe treści przeznaczone są dla kilkuletnich usząt i równie niedojrzałych rozumków. I nie chodzi tylko o niewyszukany, twardy i mięsny język kabaretu. Żart, jak świetny by nie był, dociera do dziecięcych głów w sposób bezpośredni, bez wyrafinowanych aluzji, bez licznych podtekstów, od których dorośli ryją ze śmiechu zwinięci wpół. Dziecko łapie wierzchnią warstwę żartu, nie wdłubując się w jego sedno. Dlatego, choć mocno polecam oswajanie dzieci z kabaretem, sugeruję kontrolę rodzicielską i wspólne zrywanie boków przy oglądaniu. Czasem trzeba coś wyjaśnić, a czasem darować sobie zgłębianie tematu odkładając je na "za lat kilka".

Tymczasem wiosna rzuciła mi w oczy informację o czymś, co zachwyciło mnie niebotycznie. Oto prawdziwy, żywy i z najwyższej półki kabaret wykombinował sobie program dla małolatów. Całkiem gładki, "Bez wąsów". Dodałabym nawet, że bez pryszczy jeszcze, bo zupełnie bezpieczny i w pełni przyswajalny dla smarkaterii. Ślepo wierząc w wyczytane "dla dzieci 6-12 lat" nabyłam biegiem bilet dla Hanny i dla siebie, w pierwszym rzędzie, na środeczku. Kabaret Hrabi - "Bez wąsów" - był już nasz. Hanna początkowo nieco krzywiła się, że nie Grupa MoCarta, ale przekonałam ją argumentacją, że będzie ta pani, z której niejednokrotnie rżała na "Spadkobiercach". Hanna dała się ugłaskać i dziś właśnie polazłyśmy.

W okolicznościach przyrody raczej smętno - listopadowych, prosto ze szkoły i z roboty, podążyłyśmy -  mokre jak psy, acz niecierpliwe - w ciepłe i suche mury Teatru Rozrywki "Lutnia". Hanna okopała się na stanowisku bojowym w swoim fotelu i podrygiwała  bezustannie w oczekiwaniu na rozpoczęcie imprezy. Mało brakowało, a sama wlazłaby na scenę i zaczęła śpiewać, bo niecierpliwość bulgotała jej w duszy i przeponie. Sala niewielka, więc decybeli by jej starczyło, mimo braku mikrofonu. Jednakże nie było jej dane wyrwać się z popisem wokalnym, bo impreza znienacka ruszyła i wciągnęła ją w szpony niekontrolowanego i nieustającego chichotu. Kabaret Hrabi genialnie uplasował się w tematyce dzieciarni najbliższej. Pierwszy numer nawiązywał, do bólu, w jakim rodzi się nasz rodzinny, roboczy poranek. Niemal każdy szczegół, jaki znamy z własnej codzienności, a jaki udało mi się pominąć opisując Czasu kurczenie poranne, został zobrazowany. Włącznie z tajemniczym znikaniem tatusiowej komórki. Przy okazji tego skeczu Hanna ujawniła swoją odmienność. Otóż dzieci zostały zapytane ze sceny, co robią tuż po przebudzeniu. Publika wyraźnie dzieliła się na frakcję rąbiącą śniadanie i siusiającą. Jedna Hanna wypaliła pełną piersią, że - tuż po przebudzeniu - najpierw głaszcze kota. Co prawda, to prawda. 

Następnie Hanny łasuchowata dusza została zrobiona w bambuko. Najpierw obrzucono ją ziarnem pszenicy, a później nabrała nadziei, że zostanie obrzucona cukierkami... A tu niespodzianka! Jaka? Nie powiem. Idźcie, to też zobaczycie. Ochlapano ją również wodą, przy okazji budząc wspomnienia z czyszczenia uszu przez laryngologa. Wtedy było: "Dziadek, dziadek - łap mnie, będę mdlała!". Tym razem miała czysty ubaw. Pani Joanna Kołaczkowska okazała się znacznie skuteczniejszym lekarzem niż ten hankowy. 

Po piosence o zabawnym tacie, Hanna zgłosiła potrzebę zakupu dla naszego tatusia skarpetek na uszy, czemu nie zamierzam się sprzeciwiać. Sama mu je chętnie zamontuję. Nauczycielka skazana na rozstanie z pączkami obudziła w Hannie dużo współczucia. Pewnie, że była zabawna, ale jak bardzo, ach jak bardzo Hanna ją rozumiała. Bo szlaban na łakocie to straszna rzecz. Mnie zachwyciła piosenka o chrapaniu taty, a Hannę - o ślimaku. Na tę okoliczność przerobiłyśmy nieco refren zeszłorocznego Motyla Hanny i śpiewałyśmy całą drogę do domu: 
75%

Ach jak fajnie być ślimakiem, 
Co nie musi nigdzie gnać.
I na plecach dźwiga chatę - 
Ma co zjeść i ma gdzie spać.

Wolno śluzem znaczy drogę,
By bez celu iść gdzieś tam.
Nikt nie mówi: prędzej, przodem,
Takie, ach, marzenie mam.

Najbardziej Hannę rozbawił handlarz głosami. Gdy zapytał widzów, jakie głosy chcieliby kupić, Hanna bez namysłu wrzasnęła, że operowy. No ba! A Handlarz miał nawet głos Króla Juliana. Normalnie jak magik jakiś.

Epizodycznie widać było na Hanny i innych bezwąsych twarzach konsternację i ewidentny brak czajenia bazy. To były te momenty, kiedy najgłośniej ryli dorośli. Na koniec, po strasznie smutnym jesiennym bisie, w efekcie którego ciężko było opanować rechot, nastąpiły pełne zamieszania chwile dla fotoreporterów i łowców autografów. Hanna - wykazując silną stabilizację w okolicy pani Joanny Kołaczkowskiej - nie załapała się na cały komplet podpisów. Jednakże można to uznać za dobrą wróżbę. Ma 75%, a ten ostatni zdobędzie po prostu przy następnej okazji, która (wobec potrzeby osiągnięcia pełnych 100%) przydarzyć się musi. 

Ostatecznie obie wyszłyśmy... niezadowolone. 

Hanna - bo:
a) Dlaczego było tak krótko? 
b) Dlaczego nie zostajemy na spektaklu dla dorosłych? 

Ja - bo:
a) Dlaczego byłam tak durna, małostkowa i bezmyślna i nie wzięłam Krzysztofa, który nie mieścił mi się w granicach 6-12 lat? Ten - niemal pięciolatek - spokojnie ubawiłby się na równi z siostrą i miałabym symultaniczne rżenie z dwóch stron podczas spektaklu. Może zagłuszyliby moje chichoty. Nic, tylko pustym łbem o ścianę walić.
b) Dlaczego nie zostajemy na spektaklu dla dorosłych? 

Chwila dla fanów ;)
Jednakowoż przestudiowałam stosowny terminarz i wyczaiłam kiedy i gdzie możemy zaliczyć powtórkę. Zabierzemy chłopaków i pojedziemy calą naszą bandą.

Podsumowując wieczór - Grupa MoCarta, Ani Mru Mru i Ireneusz Krosny nie zostali może zdetronizowani, ale ciaśniej się zrobiło na piedestale, bo Hanna dopchnęła im do towarzystwa Kabaret Hrabi. Mam nadzieję, że jakoś się dogadają, ugniotą i zostaną tam na stałe, nie dopuszczając do dziecięcego świata fascynacji artystycznych żadnej Violetty, Biebera i innych dziwnych stworzeń.  Mam poważne obawy, że odtąd jeszcze częściej będzie brzmieć mi w domu - w Hanny interpretacjach - piosenka kabaretowa, która jest przecież piosenką mocno aktorską (a zatem wymagającą) i o którą Hanna otarła się już nieco śpiewając chociażby "Słodki strach".

Polecamy, stanowczo polecamy Kabaret Hrabi, zarówno "Bez wąsów", jak i nieogolonych, w dorosłej odsłonie :)