środa, 9 kwietnia 2014

Bez pracy nie ma kołaczy

Wczoraj o bladym świcie, w romantycznym otoczeniu łazienkowym, nastąpiła moja z Hanną dość przytomna wymiana zdań na tematy przyziemne i filozoficzne zarazem:

H: Nie chce mi się iść dziś do szkoły.
Ja: A jak mi się nie chce iść do pracy!
H: To nie idź. Ja muszę, bo mam dziś chór i dziewczyny zostałyby same w drugim głosie.
Ja: Ja też muszę, bo dziewczyny zostałyby same z górą roboty.
H. No ale ty nie masz obowiązku pracowego, a ja mam szkolny. Ustawowy!
Tu mnie troszkę zagięła ;)
Ja: A po co ty chodzisz do tej szkoły?
H: No żeby się uczyć.
Ja: A po co się uczyć?
H: Żeby być mądrym.
Ja: A po co być mądrym?
H: Żeby móc iść na fajne studia.
Ja: A po co iść na fajne studia?
H: Żeby mieć potem fajną pracę.
Ja: A po co ci fajna praca?
H: Żeby mieć pieniądze na Pędziwiatry.
Ja, zaskoczona: Ale jak będziesz pracować, to już nie będziesz śpiewać i tańczyć w Pędziwiatrach.
H: Ale moje dzieci na pewno będą chciały.
Ja: Tak jak teraz moje chcą?
Chwila ciszy.
H: No dobra, mamusiu, ubieraj się do tej pracy, a ja ci szybko kawkę zrobię!

Temat jest szeroki i można go snuć w nieskończoność, bo praca dość mocno wcina się w codziennie życie rodzinne i, choć jako całokształt - jest przez potwory akceptowana, ze szczegółów spoziera diabeł.

Zagrożenie potyczką, której źródłem jest praca, pojawia się chociażby w piątkowe poranki, kiedy Hanna zaczyna lekcje o 9. Zatem ONA nie musi się spieszyć. Może wyjść z domu choćby za pół godziny. A że my pędzimy na 8, no cóż... Nasz problem. Krótkie spięcie ucina stwierdzenie tatusia, żeby sobie wobec tego pojechała do szkoły na rowerze, albo na rolkach, bo my JUŻ wychodzimy... I szantaż działa. Szczególnie w miesiącach zimowych i podczas obfitych deszczy...


Zdarzają się także skrzywienia i dąsy w temacie niezbędnej w moim przypadku i przydarzającej się kilka razy w miesiącu pracy weekendowej lub popołudniowej. Potwory nie lubią nieobecności mamy w domu. Potwory życzą sobie, żeby mama trwała na posterunku, kiedy one nie tkwią w trybach machin oświatowych. Potwory wyrażają zatem zdegustowanie słowne oraz mimiczne w temacie mamy wyjścia do pracy. Młodszy potwór potrafi w takich razach odmówić nawet buziaka, co już jest ciosem poniżej pasa. Tu znów z pomocą spieszy tatuś (tak, tak - czasami ten osobnik naprawdę bywa użyteczny!) i roztacza przed dzieciątkami perspektywę urządzenia w domu dzikich harców i dyskoteki z hukiem, jakiej mamunia nie trawi, a jaką tatuś i potwory uwielbiają. Gdy to nie działa, można sięgnąć do silniejszych argumentów: wycieczki do lasu, na rowery, do kina czy figloraju. W każdym razie ostatecznie uzyskuję zgodę na wyjście, rozstajemy się w pokojowym nastroju i mogę sobie z czystym sumieniem odsapnąć od nich w pracy, pozostawiając na ich pastwę tatusia ;)

Zatem potrzebę pracy potwory rozumieją i akceptują, bo nie widzę potrzeby ukrywania przed nimi, że ani cukierki, ani kino, ani prąd, woda i zabawki nie spadają nam z nieba. Potwory przyjmują też do wiadomości fakt, że każdy ma swoją robotę i jest za nią odpowiedzialny, czy to w banku, czy to na uczelni, czy też w szkole lub przedszkolu. I chyba tak jest optymalnie. Póki co...

Śpiewająca opiekunka bezdomnych kotów
W tematyce pracy, dodatkowym, fascynującym mnie ostatnio zjawiskiem, są plany na przyszłość potworów. Przepytywane o różnych porach dnia i nocy twardo odpowiadają tak samo, znaczy drogę kariery mają wytyczoną i nie ma się co w nią wcinać.

Otóż Hanna planuje zostać piosenkarką albo śpiewaczką (stosuje wyraźne rozgraniczenie) oraz opiekunką bezdomnych kotów. W przypadku kociej ścieżki zawodowej pojawia się co jakiś czas przebłysk weterynaryjny, ale jeszcze słabo ugruntowany. W każdym razie koty muszą być, koniecznie bezdomne i wymagające zaopiekowania. Śpiewanie też jest obligatoryjne i mam tylko nadzieję, że nie wyjdzie z tego kocia muzyka. Dodatkowo, jeśli coś się nie powiedzie, Hanna trzyma w zanadrzu możliwość kontynuowania kariery mamuni - znaczy kusi ją praca w bankowości. Szalone to dziecko, szalone...




Krzysztof ma poukładane w głowie, nie powiem. Nawet dość po kolei. Poruszona dyskusją z córką, odbyłam luźną pogawędkę z synem, korzystając ze spaceru na przestrzeni przedszkole-dom.
Mikrofoniarz-gitarzysta

Ja: Krzysiu, a co chcesz robić jak będziesz duży?
K: No mamo, jak będę duży to pójdę do szkoły, tak jak Hania.
Ja: No tak, ale jak już będziesz całkiem dorosły, to co będziesz robić?
K: Pójdę do gimnazjum, tak jak Mateusz.
W sumie moja wina. Trzeba pytać precyzyjnie.
Ja: No dobrze, ale jak już skończysz się uczyć, i będziesz taki jak tata, to jaką chciałbyś mieć pracę?
K: Wtedy to ja chciałby być... (Krzyś z uporem nie chce mówić "chciałbym", jest fanem Zgredka), chciałby być... mikrofonistą albo mikrofoniarzem. I będę grał na gitarze i wszystkich instrumentach świata.
Ja: I tak będziesz zarabiał pieniążki?
K: No pewnie, bo sprzedam chyba ze sto biletów na mój koncert.

Niestety, różnicy między mikrofonistą a mikrofoniarzem z niego nie wydobyłam. Ale nie ustanę w zgłębianiu tematu, może mi w końcu wyzna.

I to chyba wyczerpuje temat. W każdym razie na dziś. Pozostaje tylko im życzyć, żeby się ziściło. I odrobiny szczęścia, bo wiary w marzenia im nie brakuje ;)



niedziela, 6 kwietnia 2014

Salta i skoki kontra furia

Złość jest rzeczą ludzką.

Gniew, wściekłość, furia i poczucie, że jest się Etną przed wybuchem nie jest wyłączną domeną dorosłych. Dotyczy także (a może nawet jeszcze bardziej) dzieci. Powoduje, że nadmiar emocji wędruje na zewnątrz delikwenta i z siłą wulkanu uderza w to, co akurat napotka na drodze. 

Najczęściej w rodziców lub dziadków. Chyba, że antenaci będą mieli fart i się napatoczy coś innego. Zabawka, drzewo, koleżanka, krzesło itd. Ryknięcie, grzmotnięcie w coś pięścią, trzaśnięcie drzwiami lub kopnięcie daje efekt katharsis i człowiek ze spokojem wraca do chłodnej analizy sytuacji. Łapie dystans.

A kryzysy zdarzają się niemal codziennie. Bo oto chociażby jest niedzielny poranek, a podła matka zapodaje potworowi nr 1 do rozwiązania przykładowy test przed czwartkowym egzaminem dla trzecioklasistów. No wściec się można. I człowiek głęboko rozżalony, siedząc półdupkiem na krześle i zerkając do chwilę za okno stara się odwalić raz-dwa przykry obowiązek. Po czym dowiaduje się, że niestarannie, byle jak i (o zgrozo, to już przeginka!) to najdłuższe, ostatnie zadanie TEŻ!!! A pewność niemal była, że tego najdłuższego da się uniknąć. Jest dramat, wapory rosną w siłę. Nic nie daje udawanie, że się tego nie umie. Wredna matka wie, że to nie jest trudne, tylko się nie chce. Szlag by to, aż chce się rzec "Do ogona! Do ogona! Do ogona!" (bo "do dupy" jest przecież brzydko).

Potwór nr 2 tuli pada do łona. Albowiem niedziela jest tym dniem cudownym, kiedy wolno trochę pograć na konsoli. Zatem potwór chce chłonąć, ponapawać się, pozagłębiać w tę rozkosz aż do brutalnej chwili odcięcia. Potwór zatem gra. Już zdążył się obrazić, gdy przegrał wspólne wyścigi. Przecież mieliśmy wygrywać na zmianę, a tu zła rodzicielka ośmieliła się dwie trasy przejechać pierwsza. Niesprawiedliwie go ograła i podle. Nie fair. Przy okazji następuje znamienny dla okoliczności dialog:

Potwór nr 2: Jak wygrasz, to nie będę cię całował!
Zła matka: Będziesz, będziesz, bo i tak mnie kochasz.
Potwór nr 2: To się jeszcze okaże!

Potwór zatem gra sam. Stwierdza, że będzie kochać i całować, jak tylko skończy kolejny poziom. I między levelami kocha i całuje. Aż do chwili, gdy słyszy, że ten level jest już ostatni i kończymy. Potwór czuje, że to nie jest w porządku. Póki ostatni level trwa, da się tę perspektywę jakoś znieść, ale później następuje brutalne użycie przycisku On/Off. No żesz ty. "Kurda jasna" - mawiał potwór we wczesnym pacholęctwie. Teraz cedzi jedynie przez zęby: "Nie fair! Nie fair!" I znów grozi brakiem całowania. Niepocieszony siada z kredkami i mazakami do swoich książeczek i malowanek z zastrzeżeniem, że będzie rysować szlaczki NIE DLA MAMY! No trudno, muszę to jakoś znieść.

W międzyczasie obrażony potwór nr 1 kończy test razem z tym ostatnim zadaniem, które "TEŻ"!!! Okazuje się, że udało się je zrobić całkiem nieźle (jeśli pominąć stopień zabazgrolenia kartek).

Dowody rzeczowe. Nic nie ściemniam ;)

I to jest właśnie ten moment. Towarzystwo pełne żalu do świata i rodzicieli zostaje wypędzone z domu na przestrzeń otwartą i skierowane na ulubione urządzenie ogródkowe - trampolinę. A tam następuje cud nad cudy. Jakby różdżką machnąć i przekreślić niedawne bolesne przeżycia. Jakby przeskanować, odwirusować, usunąć z dzieciątek niechciane, złe oprogramowanie. Wystarczy kilka minut, a kwękające, nieszczęśliwe, obrażone i zaryczane potwory zmieniają się w radosne, pełne energii i wigoru, strzelające w świat optymizmem i uśmiechami dzieciątka. I zanim zlezą skubane z trampoliny zapomną o złości i furii, o tym że miały nie kochać i nie całować i że zła matka to ja.

A ja sobie spokojnie czekam. Kawkę sobie robię. Patrzę na piruety, salta i skoki. I spokojnie dochodzę do wniosku, że może jednak troszkę ich lubię :)

Potwór nr 1 przepoczwarza się w kochaną córeczkę
Potwór nr 2 przepoczwarza się w kochanego synka



czwartek, 3 kwietnia 2014

Kroniki kryminalne - czyli przypadkowa dekapitacja

W środę, 2 kwietnia b.r. w godzinach popołudniowych, oskarżony nieletni Krzysztof M., jak bezduszny i wyrafinowany zbrodniarz, dokonał dekapitacji Misia Przedszkolnego (ups... Misia P.).

Miś P., jako postać zupełnie niewinna, stał się ofiarą dość przypadkową. Czyn, zagrożony karą dożywotniego pozbawienia łakoci (Art. 26 Domowego Kodeksu Karnego), popełniony został na oczach kilkunastu świadków, bez uprzedniego przygotowania, w afekcie i (jak zeznaje Krzysztof M.) zupełnie niechcący. W aktach sprawy znajdujemy zapis z przesłuchania, gdzie oskarżony twierdzi, iż "trzymał go delikatnie, a głowa sama odpadła". Ofiara, jak często się to zdarza, znalazła się w złej godzinie i w złym miejscu i o jej losie zadecydował przypadek połączony z porywczym charakterem oskarżonego.

Poszkodowany Miś P. jest znanym i szanowanym mieszkańcem Przedszkola i na co dzień współpracuje z grupą III (Pszczółki), do której należy nieletni. Oskarżony i poszkodowany znają się zatem, jednakże w wyniku przesłuchania wstępnego ustalono, że nie łączyły ich nigdy zbyt bliskie relacje towarzyskie lub zawodowe. Świadkowie zeznali, iż w kontaktach Krzysztofa M. i Misia P. nie występowały dotychczas niepokojące objawy, ani też nie odnotowano źródeł potencjalnych konfliktów. Trudno zatem dotrzeć do motywacji działania, jakimi kierował się oskarżony Krzysztof M., szczególnie że narzędzia zbrodni na miejscu nie odnaleziono. Prokuratura podejrzewa, że czyn został popełniony gołymi rękami, co skłania do dopuszczenia przypuszczeń obrony o afekcie lub przypadku.

Z medycznego punktu widzenia cała sprawa stanowi fenomen, który budzi duże poruszenie w świecie lekarskim. Mimo całkowitej dekapitacji Miś P. zachował życie i przytomny, choć w stanie ciężkim został przetransportowany do widzewskiego szpitala rodzinnego, gdzie profesor nauk medycznych Babcia M. przystąpiła niezwłocznie do operacji chirurgicznej polegającej na przyszyciu głowy do korpusu poszkodowanego. Operacja zakończyła się sukcesem. Stan chorego określa się jako stabilny. Obecnie jego życiu nie zagraża niebezpieczeństwo. Była to pierwsza tego typu operacja na terenie naszego miasta i wywołała duże zainteresowanie chirurgów z łódzkich szpitali.



Tymczasem w gmachu Domowego Sądu Rodzinnego przeprowadzono błyskawiczną rozprawę, dzięki której prokurator Tata M. i adwokat oskarżonego Hanna M. doprowadzili do ugody. Uwzględniona została dotychczasowa niekaralność Krzysztofa M., oraz jego nieposzlakowana opinia w środowisku przedszkolnym. W decyzji Sądu brała udział także dokumentacja dostarczona przez psychologa sądowego. Zrezygnowano z kary dożywotniego pozbawienia łakoci na rzecz daleko idących działań resocjalizacyjnych. Krzysztof M., po uzyskaniu zgody poszkodowanego, roztoczył nad Misiem P. pełen wachlarz działań w ramach opieki pooperacyjnej. Pod jego troskliwą i pełną skruchy opieką poszkodowany szybko wraca do zdrowia, co tylko utwierdza Sąd w przekonaniu o słuszności podjętej decyzji. Zaciekawienie naszej redakcji budzi fakt pogłębiającej się zażyłości między oprawcą i jego ofiarą. Psycholog sądowy wyraził niepokój, iż wszystko wskazuje na pojawienie się w ich relacjach syndromu sztokholmskiego. Pełna ocena sytuacji w tym zakresie wymaga jednak jeszcze czasu i stałej obserwacji.

Z najnowszych doniesień wynika, iż Miś P. w najbliższych dniach powróci do Przedszkola. Tymczasem nieletni Krzysztof M. w ramach zadośćuczynienia postanowił przekazać na rzecz Przedszkola, którego mieszkańcem jest Miś P., niebanalny dar w postaci książki o przygodach Misia Paddingtona. Podczas krótkiego wywiadu dla naszej redakcji Krzysztof M. wyznał, iż ma nadzieję, że dzięki zadośćuczynieniu uniknie publicznego ostracyzmu w Przedszkolu za pomocą czerwonej kropki na ogólnodostępnej tablicy zachowania.

Cała sprawa zdaje się być dość kontrowersyjna i pełna precedensów. Dlatego też redakcja Kronik kryminalnych zachęca czytelników do wyrażania opinii i zajmowania stanowiska w tej nietypowej i dramatycznej sprawie, która (jak można mniemać w oparciu o przekazane fakty) zakończyła się szczęśliwie.

Redaktor Mama K-M.