czwartek, 6 listopada 2014

Pirat okularnik

Niegasnącym zachwytem i zazdrością napawa mnie elastyczność dziecięcej psychiki i umiejętność odnajdowania przez dziecko atrakcji w każdej sytuacji. Wbrew pozorom dzieci niejednokrotnie lepiej niż dorośli znoszą sytuacje trudne i nietypowe i w naturalny sposób przyjmują różnorakie wyzwania losu. 

Szczęśliwie, jak dotąd, los oszczędził mi naprawdę potężnych problemów ze zdrowiem dzieci, ale jednak kilka razy zagrał mi na nosie. Ze wszystkich tego typu atrakcji na pierwszy plan wysuwają się Krzysztofa problemy oczne. Syn mój już od zarania dziejów otoczony był chmurą lekkiego niepokoju, bo podczas ciąży ciągle coś było nie tak. Impreza osiągnęła apogeum, gdy na ostatniej prostej (niecały miesiąc przed finałem) złapałam od Hanny ospę wietrzną. Wtedy to służby medyczne zawiodły, bo nikt nie potrafił mi odpowiedzieć na pytanie: czym to grozi mojemu dziecku (które, nota bene, wg USG miało być Barbarą). Poradnia ginekologiczna odradziła mi rodzić podczas ospy, gdyż oddział położniczy nie ma izolatki i mnie nie przyjmą. Szpital zakaźny również odradził mi rodzić podczas ospy, bo przyjąć mnie, owszem - mogą, ale nie maja na stanie ginekologa ani niczego, co pozwoliłoby na bezpieczne przywitanie na świecie noworodka. Fajne rady, nie ma co. Zabunkrowałam się zatem w domu i postanowiłam przetrwać ospę unikając przedwczesnego wykluwania dziecka. Spędziliśmy wesołe 2 tygodnie, gdy ja z ulgowo mijającą wiatrówką leżałam martwym bykiem i usiłowałam nie rodzić, a szanowny małżonek, również zaospowany, mimo 40-stopniowej gorączki musiał skakać nad leżącą żoną i szalejącą, ozdrowiałą już i nudzącą się śmiertelnie 4-letnią Hanną. Chwile nie do zapomnienia.

Dla Krzysia jednak (kiedy okazał się już być Krzysiem, a nie Baśką), ospa nie minęła bez śladu, bo to najprawdopodobniej ona wpłynęła na jego wzrok. Tu ponownie w zachwyt wprowadziło mnie podejście lekarzy. Gdy Krzysztof miał 6 tygodni i wyraźnie czułam, że coś jest nie tak, pierwszy okulista ofuknął mnie, żem nadgorliwa matka i czepiam się dziecka, bo ono ma jeszcze czas. Drugi okulista wysłał mnie do neurologa, co już było krokiem w przód, przy czym stwierdził, że nic więcej nie wie. Neurolog od pierwszego kopa oznajmił, że młody nie widzi (tyle to i ja wiedziałam) i że ma oczopląs. Skierował nas na EEG i USG główki i odmówił dalszych zeznań. Jeszcze zanim wykonałam te badania zdążyłam przekopać internet i kilka razy umrzeć ze strachu. Badania wypadły poprawnie i z wynikami poszliśmy do kolejnego okulisty i kolejnego neurologa. I ten pierwszy okazał się hitem. Pani doktor stwierdziła, że dziecko ma oczopląs, nie widzi i nie wiadomo czy widzieć będzie. Na pytania co robić odpowiedziała, że nic - tylko kochać dziecko, tak jak zdrowe. Na pytania o przyszłość odpowiedziała, że nie wiadomo, albo będzie niewidomy, albo niedowidzący i kazała nastawić się na to, że czeka go szkoła specjalna. I tyle.  Do kontroli za pół roku. Następny proszę. 

Clifford był moim pomocnikiem :)
Klimat zrobił się nieco smutnawy, ale postanowiłam się nie łamać. Przeczytałam wszystko, co się da w tym temacie i wymyśliłam sobie, że będę dostarczać dziecku bodźców za pomocą plansz z kontrastowymi obrazkami, kontrastowych zabawek, itd. Trzymałam go przed nimi lub kładłam żeby patrzył na nie z dołu kilka, a nawet kilkanaście razy dziennie. Pastelowe grzechotki, zwykła, kolorowa mata, karuzelka poszły precz. Czarny, biały, czerwony - to były nasze kolory. Dodatkowo Krzyś bardzo żywo reagował na dźwięki, zwłaszcza na głos siostrzyczki, więc zachęcałam dziewczę, żeby jak najwięcej do niego mówiła i śpiewała. Ja śpiew mu darowałam, ale gadałam do niego bez przerwy. Lubił też słuchać muzyki, co zostało mu do dzisiaj. Gdy miał 3 miesiące uśmiechał się tylko na dźwięk głosu, a nie na widok twarzy, zaś zabawki trzeba było mu wkładać w rączki. Sam do nich nie sięgał. Neurolog zalecił nam w tym czasie podawanie mu nootropilu. Ten lek niemal mnie wykończył, ale miał pomóc dojrzeć Krzysia nerwom wzrokowym. Obok działania pożądanego dawał dziecku potężnego kopa tak, że urocze niemowlę spało maksymalnie po 5-6 godzin na dobę i to mu wystarczało. Reszta na pełnych obrotach. Ale cóż było robić. Piliśmy hektolitry kawy i przetrwaliśmy kolejne kilka miesięcy. Zwłaszcza, że wszystko razem: czas, lek, dostarczane bodźce, zaczynało przynosić efekty i gdy Krzyś miał rok, nie ustępował rówieśnikom w poziomie rozwoju motorycznego, co lekarze przyjmowali z lekkim zdziwieniem.

Krzysztof oczopląs ma i mieć będzie. W dodatku w eleganckim połączeniu z zezem. Za jakiś czas czeka go najprawdopodobniej operacja, która poprawi nieco jego stan. Ale Krzyś widzi. Całkiem nieźle. Kocha swoje okularki i nosi je z dumą. Radzi sobie nad podziw z drgającymi oczkami. Ba, uważa, że jest dzięki nim wyjątkowy. Zdarza nam się odbywać rozmowy w stylu:

- Mamo, a czy ty umiesz zrobić tak, żeby to światełko nie było kropeczką tylko paseczkiem? - pyta
- Nie umiem. - odpowiadam.
- A ja umiem, wystarczy że zdejmę okularki.

Pirat - akrobata ;)
Normalnie Harry Potter. Nie każde dziecko tak potrafi, że z kropki kreseczka i to bez dotykania! Same okularki są zresztą bardzo cool i Krzysztof wygląda w nich mega przystojnie. Tymczasem w ostatnim czasie oczka dostarczyły mu nowej atrakcji. Pani okulistka, do której jeździmy aż do Krakowa (co już samo w sobie jest zawsze przygodą), zaleciła zaklejanie popołudniami silniejszego oczka, żeby to słabsze się wzmocniło. Obawiałam się, że będzie z tym kłopot, bo Krzyś prawym okiem widzi bardzo kiepsko. Sama pamiętam takie moje zezowe zaklejanie. paskudny biały opatrunek klejony plastrem na moje dziecięce okularki i te reakcje rówieśników... Brr, nie znosiłam tego. Ale spotkało mnie zaskoczenie. Krzyś co prawda nie jest kontent, że z zalepionym oczkiem nie może czytać (chyba, że naprawdę duuuże napisy) i musi mocno uważać, żeby się nie potykać, ale plasterki na oczko są fantastyczne. Ale radości dostarcza mu już samo planowanie jaki wzór będzie nosił danego dnia i samodzielne szykowanie naklejki do użycia. A po zdjęciu z oka Krzyś umieszcza plasterek na specjalnym plakacie z piłkarzem, który też ma zalepione oczko. Krzyś jest dumny z tego, że może być co dzień piratem i cała sytuacja jest dla niego przede wszystkim zabawą. Uciechą, jak nie wiem co.

Nie zdejmuje to z nas oczywiście troski o jego wzrok, ale cieszę się ogromnie. Nie ma mowy o łatce okularnika i zezolca (co jest dużą zasługą otoczenia), nie ma żalu i awantur o okulary, plasterki, wizyty u okulisty. Krzysztof zresztą bardzo chętnie poddaje się badaniom wzroku, bo może poszpanować znajomością literek czytanych z tablicy i jeszcze dostaje odznaki dzielnego pacjenta. A przecież każdy chce mieć coś takiego. Na okulary skazany będzie zawsze, być może czytanie książek będzie dla niego męczące i przyjdzie mu korzystać w szkole i dorosłym życiu z audiobooków. Ale nie boję się już i wiem że da sobie radę i może pójść do takiej szkoły, do jakiej zechce. Jego naturalne podejście do problemu i rewelacyjne dostosowanie się do sytuacji i nam pozwoliło zdystansować się do tej sprawy i cieszyć się nim takim - jakim jest - czyli najwspanialszym Krzysiem na świecie!



czwartek, 21 sierpnia 2014

Po śladach Liczyrzepy - czyli Przygody w Sudetach

Góry to potężna siła. Różnorodne, tajemnicze i nieprzewidywalne. Znacznie bardziej wymagające niż morze czy jeziora. Przyciągają jak magnes i gnają przez szlaki nie bacząc na nasze zmęczenie, brak ochoty czy zmianę pogody. Nie da się tu po prostu w kilka minut wrócić do cywilizacji. Ale góry kształtują charakter, uczą samodzielności, odpowiedzialności, wytrwałości, szacunku dla innych i dla sił przyrody i dlatego warto dać dziecku szansę na obcowanie z nimi już od wczesnego dzieciństwa. Hanna swoje pierwsze górskie szczyty zdobywała w wieku lat 3 w Karkonoszach. Krzysztof był szybszy, bo mając zaledwie rok, w nosidle na plecach tatusia odwiedził najciekawsze zakątki w Bieszczadach i Pieninach. Dlatego też i w tym roku połowa sierpnia upłynęła nam na namiotowej włóczędze po Sudetach.

Na dobry początek udaliśmy się w Kotlinę Kłodzką. Szybko okazało się, że znalezienie godnego uwagi pola namiotowego jest mrzonką i zamiast planowanych Dusznik, wylądowaliśmy w Kudowie-Zdroju. Byliśmy zmęczeni i znużeni podróżą, zatem machnęliśmy ręką na fakt, że dookoła pola zamiast gór widzieliśmy wielkie, malownicze rury - diabli wiedzą co z sobą niosące. Jakość sanitariatów także nie powalała, ale była trawa na dość płaskim terenie, sporo miejsca, w pobliżu sklep i na środku pola metalowy podest, ewidentnie mający służyć jako scena. Rozbiliśmy zatem nasz zielony, szmaciany domek i udaliśmy się na eksplorację Kudowy. Skoro Zdrój - to i Dom Zdrojowy, gdzie tatuś - skuszony urokiem leczniczych wód - postanowił skosztować ich wraz z dziećmi. Woda jednak okazała się (w ocenie Krzysztofa) "śmierdząca" i dziecko odmówiło stanowczo jej spożycia, domagając się w zamian wody cytrynowej. Szybko zatem zakończyliśmy etap korzystania ze zdrojowych uciech górskich i przegoniwszy potomstwo po okolicznych pagórkach miejskich Kudowy pozostaliśmy przy doświadczeniach spacerowych. Największą atrakcją okazał się muzyczny park z instrumentami, których dzieci nie omieszkały ochoczo poużywać.

Kudowa stała się dla nas bazą wypadową w Góry Stołowe. Góry te, jak wiadomo, nie pną się zbyt wysoko ku niebu, zatem stanowią idealny początek wyprawy, ja mawia tatuś - na rozkręcenie. Mają skubańce ostre podejścia, ale zanim padnie się bez sił i odmówi współpracy, już się jest na szczycie, gdzie dopiero zaczyna się prawdziwa przyjemność. Prucie pod górę nie jest specjalnym wysiłkiem dla dzieci, ani nawet dla tatusia. Ja natomiast stanowię idealny przykład tarabaniącej się pod górę kupy nieszczęścia. Nie dość, że pieczołowicie hodowana astma nie współgra z górskim powietrzem i odmawia prawa do oddechu przy podejściach, to jeszcze wlec muszę z sobą niebagatelny ciężar własnej osoby odległej o lata świetlne od smukłości motyla czy kolibra. Jednakowoż zacięty mój charakter budzi we mnie ducha przekory i ilekroć mam podejrzenie, że górskie wyzwania nie są dla grubych bab, postanawiam sama sobie udowodnić że jest inaczej, że właśnie wlezę, wczołgam się na sam szczyt i w nosie mam jakieś bzdurne fizyczne przeszkody. Po wtoczeniu się na górę, w dół lecę już w tempie górskiej kozicy i nic mi w tym nie przeszkadza, bo astma przestaje się czepiać, a ciężar chętnie leci w dół, zgodnie z prawami Newtona. Tylko kolana mówią do mnie czasem brzydkie słowa, ale kto by ich tam słuchał...

Zatem Góry Stołowe, a tam przede wszystkim Szczeliniec, Błędne Skały i znajdujące się tam skalne labirynty. Zachwyciły jednogłośnie całą rodzinę i zostały obleciane, obłażone i obczołgane z dużą pieczołowitością i zaangażowaniem wszystkich czterech jednostek, co potwierdza materiał fotograficzny. Z ciekawostek szczególnych - okazało się, że najlepszym czytaczem tabliczek z nazwami poszczególnych skał jest Krzysztof (tak - tym skromnym stwierdzeniem oznajmiam, że mam syna coraz bardziej czytającego!), a rodzice wlezą w każdą dziurę. Przy szczególnie wąskich przesmykach dzieci patrzyły z zaciekawieniem, czy też mamunia w swej obfitej postaci się przeciśnie, a czy tatuś nie zedrze sobie skóry z łysiny w niskich korytarzach skalnych. Otóż - przewlekliśmy się przez wszystkie uszy igielne, przedarliśmy przez każdą dostępną turystom szparę. Pokonałam nawet Przesmyk Liczyrzepy, choć przez chwilę myślałam, że zostanę tam na zawsze. Strasznie śmiesznie było wtedy, gdy dzieci przebiegały ledwo pochylone, a rodzice przedzierali się na czterech łapach, ale ostatecznie z Gór Stołowych wyszliśmy zwycięsko. Apogeum skalnej przygody osiągnęliśmy w czeskim Skalnym Mieście w Adršpach, gdzie oblewani obficie deszczem na zmianę z atakami dzikiego słońca, krążyliśmy w zachwycie przez bite 6 godzin, nie mając ochoty kończyć rozrywki. To zdecydowanie jedno z tych miejsc, gdzie będziemy chcieli wrócić. Poza olbrzymimi skałami, labirytami, tysiącami schodów do pokonania, wodospadami i turkusowym, bajkowym jeziorem, przytrafił nam się tam także uroczy rejs z zabawnym czeskim flisakiem, dzięki któremu dzieci uwierzyły, że język polski i czeski są do siebie bardzo podobne. Wielki wodospad Skalnego Miasta zaburzył jednak to przekonanie. Jeśli zaczęło się głośno wrzeszczeć "Karkonoszu daj nam wody", wodospad ożywał i zaczynał tryskać ogromnym strumieniem. Doświadczenie pokazało jednak, że skubany reaguje wyłącznie na okrzyki po czesku. Nieładnie ze strony szanownego wodospadu ;)

Wisienką do tortu, jakim był nasz pobyt w Kudowie, stała się wycieczka do czeskiego Zoo Safari w Dvůr Králové. Doświadczenie natury odmiennej, całkiem nie górskiej, ale jednak ciekawe. Całodzienny pobyt wśród zwierząt, w ogrodzie znacznie ciekawszym od naszego, łódzkiego ZOO, był frajdą nie tylko dla dzieciaków. Znalazło się tam nawet parę goryli i orangutanów, które do złudzenia przypominały niektórych członków naszej rodziny.

Z Kudowy ruszyliśmy na wschód, aby zderzyć się z nieco wyższym pasmem górskim, jakim jest Masyw Śnieżnika. Urocze, rodzinne pole namiotowe i Międzygórzu wydało nam się rajem. Wystarczyło uchylić okienko w namiocie, by cieszyć oczy pięknymi widokami. Dodatkowo na polu namiotowym stała wielka trampolina, stanowiąca punkt zborny dla wszystkich dzieciaków. Impreza na niej trwała codziennie do późnego wieczora i dawała szansę na oddech od ukochanych pociech rodzicom. Za to ciężko było znaleźć kawałek płaskiego terenu, zatem zmuszeni byliśmy spać pod kątem, spadając nocą na siebie nawzajem.  Ale przecież nie wszystko musi być idealne. Międzygórze pogoniło nas do Wodospadu Wilczki i Ogrodu Bajek (znów jakieś tysiące schodów w górę i ciężka zadyszka mamuni), w którym dzieci odkryły bezręką Różową Panterę, Reksia i Strusia Pędziwiatra.

Następnie spędziliśmy konstruktywnie dwa deszczowe dni zwiedzając Jaskinię Niedźwiedzią, Kopalnię Złota i Średniowieczny Park Techniki. Wszystkie te miejsca miały tę cudowną zaletę, że przewodnicy zagarniali dzieci do przodu, przejmując nad nimi opiekę i kontrolę, a dorośli mogli zwiedzać w spokoju bez uganiania się za uroczymi potworami. W Jaskini spotkaliśmy nietoperza, ale generalnie było sielsko. W Kopalni zaś Krzyś miał już nieco stracha, bo na turystów czekało kilka straszących atrakcji akustyczno-wizualnych z potępieńczymi dźwiękami i świecącymi kościotrupami. Dodatkowo spotkaliśmy postać upiornie przebranego alchemika, który produkował arszenik. Nie wzbudził on w Krzysztofie zachwytu. Za to zjeżdżanie w kopalni na ślizgawce i wyjeżdżanie z niej huczącą kolejką było już samą przyjemnością. W Parku Techniki przewieziono dzieci czołgiem Leonarda da Vinci, a potem zaprzężono w kierat i w sumie można było je tam porzucić, ale zrezygnowaliśmy po namyśle z tej opcji. W Parku był też Labirynt Strachu, do którego Krzyś odmówił wejścia, zaś Hanna uciekła po minucie z płaczem. Reszta dzieci bohatersko przebrnęła, co pozwala mi mniemać, że moje są tchórzem podszyte.

Kulminacyjnym punktem pobytu w Międzygórzu była wycieczka na Śnieżnik. 7 km w górę, a następnie 11 km w dół, bo tatuś postanowił wybrać nam "wygodniejszą" powrotną trasę, nie zwróciwszy uwagi na jej długość. Pewnie, że było super. Świadczy o tym chociażby fakt, że przeżyłam. Choć okazało się, że powyżej 1250 m n.p.m. moja astma zaczyna się buntować. Ale wleźliśmy, zmarzliśmy, oblecieliśmy szczyt i wracając zaliczyliśmy gorącą zupę w schronisku pod szczytem. Pomyślałam wtedy, że wreszcie skubańce padną, dowloką się do namiotu i runą bez dźwięku na materace. Otóż nie, okazało się, że po powrocie potwory stwierdziły, że muszą rozluźnić mięśnie nóg i idą poskakać na trampolinie.. I skakały... Półtorej godziny, aż sama ich zwlokłam, bo było całkiem ciemno... Wówczas postanowiliśmy zawlec mutanty w Karkonosze.

Wylądowaliśmy na polu namiotowym "Nad Rozkosznym Stawem" w Szklarskiej Porębie, gdzie kaczki pożerały nam bułki, a w nocy wesoło szemrały dwa strumyki. Odwiedziliśmy dwa wodospady: Szklarki i Kamieńczyka oraz Muzeum Minerałów, w którym Hanna ostatecznie zaraziła się od tatusia fascynacją kamorami, a Krzysztof ryczał co sił w płucach ukazując swoją naturę upiora. Zaliczyliśmy także Szrenicę i wycieczkę po szczytach tzw. Drogą Przyjaźni Polsko-Czeskiej, gdzie dla odmiany niewąsko narozrabiał tatuś. Ponieważ było zimno, zdecydowaliśmy się iść górą tak daleko, by zdążyć wrócić i zjechać w dół ostatnią kolejką linową. Tymczasem za Śnieżnymi Kotłami tatuś oświadczył, że do kolejki wraca inną drogą, szlakiem wiodącym poniżej Kotłów. Odmówiłam z dziećmi udziału w imprezie z uwagi na zagęszczenie chmur. Rozstaliśmy się zatem i pomknęliśmy osobno - tatuś dołem, a my górą. Do kolejki dopędziliśmy już w strugach deszczu, tymczasem tatuś utknął na niewygodnym, kamienistym szlaku i nie miał szans zdążyć na ostatni zjazd. Wsiedliśmy w trójkę w dwuosobowy wagonik i gdy tylko ruszyliśmy, nad głowami zaczęło nam potężnie grzmieć... Nie był to najmilszy zjazd w moim życiu... Z burzą za plecami, w strugach deszczu, ze spłoszonymi potworami po bokach. Tatuś zaś beztrosko przeczekał grzmoty i ulewę w Schronisku Pod Łabskim Szczytem, gdzie zdołał dogalopować. Po zjeździe ukazało się piękne słońce oraz głupota całego zdarzenia, bo znaleźliśmy się zmarznięci i przemoknięci przy zamkniętym aucie, do którego kluczyki miał tata, gdzieś wysoko w górach. Dodatkowo zabrał całą forsę, więc nie mogliśmy udać się na cokolwiek ciepłego, by spokojnie na niego poczekać. Mieliśmy do wyboru - iść 5 km do namiotu lub ruszyć mu szlakiem naprzeciw. Furia nas niosła, więc pogoniliśmy rączo w kierunku tatusia, by go zdrowo ochrzanić. I dostało mu się niewąsko. Podczas drogi zbieraliśmy bowiem amunicję w postaci szyszek... O dziwo, skończyło się bez kataru i kaszlu...

Ale było nam mało i wybraliśmy się także do Karpacza, a z niego na Śnieżkę, gdzie wywiało nam z głów wszelkie resztki rozumu, bo siła wiatru była większa od siły myśli. Dodatkowo porażająca temperatura 3,5 stopnia i zasłona chmur sprawiła, że - przyznaję - poddałam się namowom moich płuc i zostałam w Domu Śląskim na Równi pod Śnieżką. Twardziele udali się na śnieżkowy szczyt, co zostało nagrodzone kubłem gorącej czeskiej czekolady, która z nieznanych przyczyn była dwa razy tańsza od polskiej. Gdy trzy sople lodu wróciły po mnie do Schroniska, wciąż dygotałam z zimna po spacerku na uroczym wietrzyku. Z gripexem w zębach wróciłam z nimi na dół i pogodziłam się z faktem nadejścia przeziębienia. Oczywiście tylko ja, reszta zdrowa. Dodatkowo uroczo ciepłe noce (ok. 4 stopnie) dowaliły mi zdrowo i chwilowo namiotowania mam dość. Podejrzewam, że do wiosny mi przejdzie, jak zawsze.

Ostatniego dnia pomknęliśmy, już w drodze do domu, na wycieczkę dookoła Karkonoszy. Odwiedziliśmy Špindlerův Mlýn, gdzie potwory zakosztowały uciechy zjeżdżania na pontonach. Okazało się to być największą frajdą z możliwych i ciężko było je stamtąd wywlec. Korony płynęły rzeką szeroką... Ostatecznie jednak, nacieszywszy oczy widokami, a peugeota górskimi drogami, udało się powrócić do ojczyzny przez Przełącz Okraj i bezpiecznie doholować potwory do domu.

Za nami dwa wspaniałe tygodnie, mnóstwo przeżyć i prawdziwego bycia razem. Nic tak bowiem nie łączy jak wspólny trud wędrówki oraz blaski i cienie namiotowego życia. Okazało się na przykład, że Hanna doskonale potrafi zmywać gary, z czego zamierzam też korzystać w warunkach domowych. Zarówno dzieci jak i my zrealizowaliśmy założony plan, a nawet zobaczyliśmy nieco więcej. Poza moim sromotnym poddaniem się pod Śnieżką, wszyscy byli twardzi, choć Krzysztof miewał chwile załamania. Wówczas brał telefon i obdzwaniał babcie i ciocie z zapytaniem czy może u nich zamieszkać, bo rodziców się wyrzeka, gdyż ganiają go po szlakach i za rzadko robią postoje. Z jedną ciotką zakontraktował nawet przeprowadzkę, ale mina mu zrzedła na wiadomość, że ciotka maniacko galopuje po Tatrach. Chyba zatem zostanie jednak z nami. W nagrodę za bohaterstwo i trud, wprost po powrocie do domu przeprowadził się do swojego nowego pokoju, czym zapoczątkowany został nowy etap w życiu potworów: etap osobnego życia i licznych wzajemnych odwiedzin. Oba pokoiki i ich mieszkańcy szykują się do nowych wyzwań, bo oto już za kilka dni powrót do szkoły (czwarta klasa!) i przedszkola (na ostatni, najostatniejszy rok)...

wtorek, 5 sierpnia 2014

W biurze


Syn mój zawitał dziś w mojej pracy. Biuro jak biuro. Szare, codzienne, zupełnie nieatrakcyjne. A jednak. Na początek - strasznie fajna winda. A czemuż ona taka fajna? A bo cały pulpit dowodzenia umieszczony ma nisko, w zasięgu Krzysiowych łapek. Krzysio mógł spokojnie naciskać i 0 i 2 i nawet 3. I w zasadzie każdy przycisk, jaki tylko by chciał - mógłby swobodnie nadusić. A na przykład taka winda w wieżowcu u cioci Izy już nie jest taka czaderska. Bo Krzysio owszem, może wcisnąć zero przy zjeżdżaniu w dół, ale już 6 do jechania w górę musi Hania. Bo za wysoko. 


Już zatem sama winda dała potworowi przeświadczenie, że mama w pracy ma fajnie. Potem okazało się  jeszcze, że poruszaniem się po biurze rządzi magiczny gadżet - identyfikator. Plastikowy prostokąt, niewiele różniący się od karty do bankomatu, a na nim zdjęcie i napis. Krzyś wie jaki - bo przeczytał. Bo Krzyś już zaczyna czytać. Taki jest dorosły. I takie właśnie cudo ze zdjęciem i napisami wiesza się na szyi na specjalnej smyczce. Podchodząc do jakichkolwiek drzwi wystarczy zbliżyć magiczną plakietkę, nastąpi któtkie "bip"... i drzwi stają otworem. No, prawie. Klamkę nacisnąć trzeba, ale frajda jest wielka. Gdyby tak Krzyś miał w domu lub chociaż w przedszkolu takie drzwi, przecież by bipał, a potem wchodził i wychodził bez końca. I chciałby mieć taki identyfikator ze zdjęciem, Ach, super ma mama w tej pracy. 

W biurze, za bipającymi drzwiami, jest mnóstwo biurek i komputerów przy których siedzą ludzie. Podobno pracują, ale Krzysio widział, że oni piszą na klawiaturach i klikają myszkami. Cóż to jest zatem za praca? Krzyś chętnie sam by tak popisał i poklikał, przecież bardzo lubi to robić. Tylko rodzice wiecznie go odciągają od tego zajęcia i mówią, żeby nie bawił się komputerem i nie majdrował. Phi, wielkie mi co! A tu tylu dorosłych robi dokładnie to samo, co Krzyś i jeszcze zarabiają za to pieniądze. Niesamowite, po prostu nie do pojęcia. Stanowczo Krzyś chciałby tu pracować, gdy dorośnie. W tym właśnie biurze, razem z mamą i z ciocią Marietą. Ciocia ma biurko obok biurka mamy. U mamy na pulpicie komputera jest zdjęcie Krzysia i to się Krzysiowi także bardzo podoba. Gdyby miał własny komputer, również umieściłby na pulpicie swoje zdjęcie. Ciocia Marieta nie ma na pulpicie zdjęcia Krzysia. Widnieje tam zupełnie inna postać, choć równie urocza i sympatyczna. W zasadzie Krzyś mógłby się z nią zaprzyjaźnić. Ponieważ cioci biurko jest po prawej stronie mamy, Krzyś postanowił, że gdy dorośnie, będzie siedział przy biurku od mamy na lewo. I z góry przepraszam siedzącego tam kolegę. Niech nie traktuje tych dziecięcych planów, jako próby wygryzienia ze stanowiska, lecz jako wróżbę rychłego i intratnego awansu.

W pracy u mamy, poza typowo biurowymi gadżetami, jest też kuchnia. W kuchni jest przytulnie i domowo, bo jest stół i lodówka i zlewozmywak. Ale jest też maszyna na pieniążki, z której ciurka do kubeczka gorąca czekolada. I to jest coś, co przesądza już jednoznacznie o tym, że praca mamy jest najlepsza na świecie. Bo czekolada ta jest przepyszna. Krzyś pokosztował, wyfajdał się nią bez umiaru i będzie odtąd dążył do tego, by jak najszybciej doświadczenie z czekoladą powtórzyć. Dodatkowo z maszyny ciurka też kawa, ale to już specjalnie Krzysia nie fascynuje. Obok maszyny stoi druga - ciurkająca wodą. Ta nie wymaga pieniążków, za to bardzo fajnie się przyciska specjalną wajchę, żeby ciurkało. Krzysio przyciskał, ciurkał i wypił cały kubeczek. Blisko mamy biurka jest druga taka maszyna. Krzysio też przyciskał, też ciurkał i też wypił. Doświadczenie podsumował tezą, że w obu maszynach woda jest taka sama. I trudno się z nim nie zgodzić. Dodał jeszcze, że jest pyszna, choć mogłaby być cytrynowa. Rzecz gustu, ale warto poddać ten pomysł uwadze zwierzchników. A nuż uda się załatwić cytrynową...

Krzyś zatem zaplanował dla siebie przyszłość biurową. Dokonał zwiedzania, co elegantszych biurowych przestrzeni, zapoznał się z obecnymi w pracy i godnymi poznania ciociami i wujkami i całkiem kontent wrócił do domu. Wygłosił przy tym stwierdzenie: "Fajnie jest z tą wodą. W klasie macie i w kuchni. I w ogóle ta twoja klasa jest super". No ba! Nie ma to jak moja klasa! Zatem po ukazaniu dziecku rzeczywistości biurowej, oddalam się na zasłużony urlop, pozdrawiając przy tym kolegów i koleżanki "z klasy" i życząc im dobrej zabawy przy bipaniu identyfikatorami, jeżdżeniu windą, majdrowaniu przy komputerach i piciu wody na zmianę z czekoladą. Do zobaczenia za dwa tygodnie :)