Jak wakacje, to wakacje. To czas wolny i oddomawianie się, odcywilizowywanie się. Nic tylko dzicz, głusza i przygoda. Bez sieci, bez kompa, bez bloga. Posty palcem po piasku pisane, morze uniosło aż na szwedzkie wybrzeże, nie uwzględniwszy konieczności opublikowania ich w Teatrzyku.

Ale jesteśmy już wśród żywych... tfu! jesteśmy już wśród zinternetyzowanych, zatem możemy podzielić się garścią doświadczeń, przeżyć i emocji. Czas pozbierać je do woreczka z muszelkami i bursztynkami, zasypać nadmorskim piaskiem i czekać aż wykiełkują w piękne wspomnienia. Bo znów byliśmy nad morzem. Tak, wiem - pewnie to już nudne - trzeci raz w tym roku, ale ten wyjazd był zgoła odmienny. Zaczął się standardowo - w pełnym składzie rodzinnym. Nasz mistrz teleportacji, zwany czule "pugu pugu", przeniósł nas rączo przez autostradę do Gdańska. Spędziliśmy tam cztery urokliwie rodzinne dni, wśród których znalazł się ten najważniejszy - urodziny Krzysztofa. Bardzo to istotne, bowiem to wszystko, co przystoi czterolatkowi odeszło wówczas w siną dal. Teraz Krzysztof jest posiadaczem dumnych lat pięciu i czynności godnych czterolatka nie raczy podejmować. W przypadku wątpliwości (czyli jakieś 40-50 razy dziennie) Krzysztof pyta czy w danym momencie jako pięciolatek może skorzystać z jakieś uciechy lub wykonać jakąś czynność. Na przykład na placu zabaw, przy poszczególnych urządzeniach rozrywkowych przeprowadza badania wstępne zapytując dla "ilolatków" przeznaczona jest dane ustrojstwo. Musi wiedzieć, czy aby godne jest ono pięciolatka. Uzyskawszy odpowiedź pozytywną, z rozkoszą oddaje się zabawie. Podobnie rzecz się mia przy zakupie kolorowanek, przywdziewaniu koła ratunkowego i rękawków, czy też grzebaniu w piasku łopatką.

W dniu urodzin dorosłość Krzysztofa wymagała stosownej oprawy. Stąd też pojawił się nam na kwaterze tort zacny, zwieńczony pomarańczową gitarą i nutkami. Przeokropnie słodki i przez to umiarkowanie smaczny, ale nie o smak tu chodziło, a o to, by świeczki zostały wetknięte w godną ich tortowo-muzyczną miękkość. Wraz ze zdmuchnięciem świeczek, spadła na Krzysztofa rozkosz rozpakowania podarku, którym okazała się najprawdziwsza, (ach!) zupełnie autentyczna gitara. Krzysztof przystąpił do brzdąkania i brzdąkałby zapewne bez przerwy po dziś dzień bez chwili przerwy, gdyby nie fakt, że czasem udaje się mu ją z łap wydrzeć i skierować na aktywność mniej akustyczną. Krzysztof jednakże mimo tortu i gitary czuł pewien niedosyt, z uwagi na brak szalonej imprezy z mnóstwem gości. Pytał z niedowierzaniem czy to już zawsze musi być tak, że jego urodziny będą wypadały w wakacje. Bo przecież Hania ma w kwietniu, więc on by też tak chciał. No niestety. W tej sprawie Krzysztof jest na wieki przegrany. Z wielkim żalem przyjął na klatę fakt, że dzień urodzin pozostaje niezmienny. Za to za kilka dni ma imieniny. Wróciliśmy już do domu - zatem będzie impreza, że ho ho! Wracając do urodzin - skoro nie ma balangi, Krzysztof zażyczył sobie wykwintnego, uroczystego i wyjątkowego obiadu. Struchleliśmy nieco w przekonaniu, że teraz oto potwór zawlecze nas do wypasionej restauracji, nazamawia tony frykasów, a nam od tego karta kredytowa padnie z wycieńczenia lub zgoła ogłosi veto. Ale nie było aż tak źle, bo bohater dnia pod postacią luksusowego posiłku wykombinował sobie... górę frytek z keczupem. Nie było co się spierać. Były urodziny, był, tort i świeczki, frytki też być musiały obowiązkowo. Tym sposobem dziecko morzem keczupu oblało żal, że nie ma kinderbalu i przeszło nad zjawiskiem do porządku dziennego. A morze szumiało w rytmie "Sto lat, sto lat" i dostarczało dodatkowych uciech.

Na wakacjach z rodzicami dzieci miały możliwość pokosztowania nocnego życia. Oznaczało ono późne wracanie do domu, a zatem późne chodzenie spać. Niestety nie przekładało się na późne wstawanie. Już pierwszego poranka doznaliśmy z tatusiem potworów tego bolesnego zjawiska, całkowicie na nie nieprzygotowani. Kiedy bowiem dojechaliśmy do naszej gdańskiej miejscówki późnym wieczorem i daliśmy potworom zlec w wyrkach grubo po północy, nie spodziewaliśmy się tego, że już o 7 rano zostaniemy przywitani przez dzieci subtelnym szturchaniem, bo oto kawa stygnie. Potwory wstrętne specjalnie poczyniły ów napój, bo wiedziały, że wtedy wstaniemy. Bo jakże to nie wypić kaweczki wykonanej własnoręcznie pulchnymi rączynami ukochanych pociech? Zatem poranki upiornie wczesne pchały nas w ramiona przygody, zaś wieczory upiornie późne tuż przed jutrzenką zaganiały nas do barłogów. Dlatego też przydarzały nam się rozkosze od dawna niedoświadczane - w postaci popołudniowego snu Krzysztofa. Plenerowy był to sen lub samochodowy, jednakże błogi i milczący - jedyne chwile w ciągu dnia, gdy Krzysztof fundował nam ciszę. Co dziwne - w ogóle nie przyszło mu do głowy by spytać, czy spanie takie godne jest pięciolatka. Odlatywał niespodziewanie, w mgnieniu oka, nie mając szans na snucie jakichkolwiek rozważań w tym zakresie. Dodam tylko, całkiem niezabawną uwagę, że ulubionym miejscem naszych wieczornych wypraw było sopockie molo, które po 23:00 otwiera się latem dla wszystkich bezbiletowców i można po nim śmigać nie zważając na zawartość portfela. Wieczór, światła płynące z fontann, okolicznych hoteli i Monciaka, oraz z samego molo, a w dodatku muzyka na żywo i stragan ze mrugającymi gadżetami - to wszystko miało niezwykłą moc. I gdyby nie płochy pomysł przeniesienia się pod namiot do Poddąbia, zapewne bylibyśmy na molo podczas tragedii, która miała tam miejsce kilka dni temu...
Po czterech rodzinnych dniach, przyszedł czas na oddanie starszego dziecka w umiarkowanie obce

ręce - czyli dostarczenie jej na pędziwiatrowe kolonie do Ustki. Hanny kolonijne doświadczenia to temat szeroki, wymagający osobnej oprawy i godny właściwego potraktowania, zatem nie będę tu zgłębiać tego zagadnienia. Dość na tym, że radośnie pomknęła w kierunku koleżanek i ukochanej cioci Marzenki, całkowicie nas olewając i oznajmiając przed rozstaniem, że nie będzie za nami tęsknić. Eh...
Tym sposobem, na stanie pozostał nam jedynie Krzysztof, co zmusiło nas do szybkich działań regulujących bilans osobowy. Zwłaszcza ja czułam się przytłoczona nadmiarem pierwiastka męskiego w towarzystwie i postanowiłam zwabić na wybrzeże szanowną swą koleżankę z pracy, a dla potworów - ciocię Marietę. Dodatkowo brakowało nam już nieco wytrwałości w notorycznym siedzeniu w morzu z Krzysztofem, który zapierał się, że wcale mu zęby nie latają, a sinieje z radości. Ostatecznie zatem, przenieśliśmy miejsce akcji w najpiękniejsze miejsce polskiego wybrzeża czyli do Poddąbia nieopodal Ustki, zastąpiwszy Hannę - ciocią Marietą, zaś gdańską miejscówką - namiotem na campingu.

Życie pod namiotem ma swoje prawa, jest wyjątkowe i specyficzne. Ponieważ "już za parę dni, za dni parę" przyjdzie nam wrócić do koczowniczego trybu życia pod namiotem (choć tym razem w górskim klimacie), zagadnienia czysto campingowe pozostawię sobie na później. Skumuluję je i zbiorę do kupy w formie, by tak rzec, skondensowanej. Teraz pragnę poświęcić chwil kilka rewolucji, jaką wprowadziła w naszym życiu wymiana Hanny na ciocię Marietę. Kilka elementów było w tej sprawie strategicznych, bo (mimo hannowej dorosłości), ciocia jest bardziej samodzielna i nie ma konieczności strofowania jej, ustawiania do pionu i kontrolowania. Jest całkiem dorosła i z codziennymi sprawami radzi sobie doskonale. Jednocześnie ciocia Marieta nie zajmuje w namiocie więcej przestrzeni niż Hanna, bo przerasta ją zaledwie o kilka centymetrów. Choć wspomnieć należy, że mimo iż nosi buty o dwa rozmiary mniejsze niż Hanna, konsekwentnie podgrandzała po wyjściu z namiotu porzucone klapki tatusia Hanny, większe o (bagatela) osiem rozmiarów. Ciocia jednakże, w wydaniu urlopowym, miała kilka niezaprzeczalnych zalet:
1. Chodziła z Krzysiem na lody.
2. Chodziła z Krzysiem na gokarty.
3. Chodziła z Krzysiem za rękę.
4. Ryła z Krzysiem w piachu.
5. Dmuchała Krzysiowi zapiaszczone rękawki.
6. Toczyła z Krzysiem walki za pomocą świetlnego miecza.
7. Pozwalała Krzysiowi wyżerać własną flądrę z talerza.
8. Szorowała Krzysiowi wyfluganą paszczę i co tam się jeszcze wyflugało.
9. Przegrywała z nami w makao o to, kto wejdzie z Krzysiem kolejny raz do morza.
Dodatkowo poszła ze mną na najbardziej ekstremalną karuzelę w usteckim lunaparku i przez przekoszmarne 4-5 minut cierpiała ze mną i (choć nie darłyśmy pyska) wyła wraz z moją jej dusza. A cierpienia łączą ludzi...
Tych kilka drobiazgów sprawiło, że ciocia Marieta jawi mi się jako element niezbędny na wyposażeniu campingowo-urlopowym i przy kolejnym wyjeździe rozważam dopakowanie jej do walizki. Trzeba przyznać, że ciocia idealnie wkomponowała się w beznapinkową atmosferę, czyli nasz rodzinny wakacyjny luz, poddając się wszelkim szaleństwom wraz z nocnym plażowaniem i maniackim pływaniem na wszelkich dostępnych stateczkach. Odbywała też ciocia z Krzysztofem zachwycające i dające nam mnóstwo uciechy rozmowy, na przykład:
Ciocia: Krzysiu, chcesz iść teraz na lody?
K: No, jeżeli jest taka konieczność.
 |
| Z ciocią Marietą |
Bywało też, że Krzysio robił ciocię w totalne bambuko jojcząc o wejście do morza i zmuszając do podniesienia kupra w plażowego ręcznika, a gdy ciocia po licznych sapnięciach i wypluciu z siebie wraz z jadem steku słów nie przeznaczonych dla niewinnych, małych usząt, zdołała zamoczyć się cała w potwornie zimnej, mokrej brei zwanej Bałtykiem, Krzysztof natychmiast stwierdzał beztrosko, że on się już kąpać nie chce. Chęć na rozrywki wodne wracała mu niemalże od razu, gdy cioci udało się wyschnąć na ręczniku i przywrócić organizmowi odpowiednią temperaturę. I tak ciocia Marieta ulokowała się na piedestale myśli i uczuć Krzysztofa całkowicie go sobie zjednując. Od naszego wyjazdu znad morza (czyli od ponad doby) pytał już setki razy kiedy, no kiedy znów będzie mógł z nią się spotkać. Nasza obecność, jak mniemam, jest mu już całkowicie obojętna...
Ale nic to, odwalę bohatersko porządki powyjazdowe, pranie, sprzątanie, składanie i biorę się za... pakowanie, bo za tydzień z małym hakiem, zaraz po powrocie Hanny z kolonii, ruszamy po górską przygodę :)