środa, 23 lipca 2014

Z bryzą morską za uszami

Jak wakacje, to wakacje. To czas wolny i oddomawianie się, odcywilizowywanie się. Nic tylko dzicz, głusza i przygoda. Bez sieci, bez kompa, bez bloga. Posty palcem po piasku pisane, morze uniosło aż na szwedzkie wybrzeże, nie uwzględniwszy konieczności opublikowania ich w Teatrzyku.

Ale jesteśmy już wśród żywych... tfu! jesteśmy już wśród zinternetyzowanych, zatem możemy podzielić się garścią doświadczeń, przeżyć i emocji. Czas pozbierać je do woreczka z muszelkami i bursztynkami, zasypać nadmorskim piaskiem i czekać aż wykiełkują w piękne wspomnienia. Bo znów byliśmy nad morzem. Tak, wiem - pewnie to już nudne - trzeci raz w tym roku, ale ten wyjazd był zgoła odmienny. Zaczął się standardowo - w pełnym składzie rodzinnym. Nasz mistrz teleportacji, zwany czule "pugu pugu", przeniósł nas rączo przez autostradę do Gdańska. Spędziliśmy tam cztery urokliwie rodzinne dni, wśród których znalazł się ten najważniejszy - urodziny Krzysztofa. Bardzo to istotne, bowiem to wszystko, co przystoi czterolatkowi odeszło wówczas w siną dal. Teraz Krzysztof jest posiadaczem dumnych lat pięciu i czynności godnych czterolatka nie raczy podejmować. W przypadku wątpliwości (czyli jakieś 40-50 razy dziennie) Krzysztof pyta czy w danym momencie jako pięciolatek może skorzystać z jakieś uciechy lub wykonać jakąś czynność. Na przykład na placu zabaw, przy poszczególnych urządzeniach rozrywkowych przeprowadza badania wstępne zapytując dla "ilolatków" przeznaczona jest dane ustrojstwo. Musi wiedzieć, czy aby godne jest ono pięciolatka. Uzyskawszy odpowiedź pozytywną, z rozkoszą oddaje się zabawie. Podobnie rzecz się mia przy zakupie kolorowanek, przywdziewaniu koła ratunkowego i rękawków, czy też grzebaniu w piasku łopatką. 

W dniu urodzin dorosłość Krzysztofa wymagała stosownej oprawy. Stąd też pojawił się nam na kwaterze tort zacny, zwieńczony pomarańczową gitarą i nutkami. Przeokropnie słodki i przez to umiarkowanie smaczny, ale nie o smak tu chodziło, a o to, by świeczki zostały wetknięte w godną ich tortowo-muzyczną miękkość. Wraz ze zdmuchnięciem świeczek, spadła na Krzysztofa rozkosz rozpakowania podarku, którym okazała się najprawdziwsza, (ach!) zupełnie autentyczna gitara. Krzysztof przystąpił do brzdąkania i brzdąkałby zapewne bez przerwy po dziś dzień bez chwili przerwy, gdyby nie fakt, że czasem udaje się mu ją z łap wydrzeć i skierować na aktywność mniej akustyczną. Krzysztof jednakże mimo tortu i gitary czuł pewien niedosyt, z uwagi na brak szalonej imprezy z mnóstwem gości. Pytał z niedowierzaniem czy to już zawsze musi być tak, że jego urodziny będą wypadały w wakacje. Bo przecież Hania ma w kwietniu, więc on by też tak chciał. No niestety. W tej sprawie Krzysztof jest na wieki przegrany. Z wielkim żalem przyjął na klatę fakt, że dzień urodzin pozostaje niezmienny. Za to za kilka dni ma imieniny. Wróciliśmy już do domu - zatem będzie impreza, że ho ho! Wracając do urodzin - skoro nie ma balangi, Krzysztof zażyczył sobie wykwintnego, uroczystego i wyjątkowego obiadu. Struchleliśmy nieco w przekonaniu, że teraz oto potwór zawlecze nas do wypasionej restauracji, nazamawia tony frykasów, a nam od tego karta kredytowa padnie z wycieńczenia lub zgoła ogłosi veto. Ale nie było aż tak źle, bo bohater dnia pod postacią luksusowego posiłku wykombinował sobie... górę frytek z keczupem. Nie było co się spierać. Były urodziny, był, tort i świeczki, frytki też być musiały obowiązkowo. Tym sposobem dziecko morzem keczupu oblało żal, że nie ma kinderbalu i przeszło nad zjawiskiem do porządku dziennego. A morze szumiało w rytmie "Sto lat, sto lat" i dostarczało dodatkowych uciech.

Na wakacjach z rodzicami dzieci miały możliwość pokosztowania nocnego życia. Oznaczało ono późne wracanie do domu, a zatem późne chodzenie spać. Niestety nie przekładało się na późne wstawanie. Już pierwszego poranka doznaliśmy z tatusiem potworów tego bolesnego zjawiska, całkowicie na nie nieprzygotowani. Kiedy bowiem dojechaliśmy do naszej gdańskiej miejscówki późnym wieczorem i daliśmy potworom zlec w wyrkach grubo po północy, nie spodziewaliśmy się tego, że już o 7 rano zostaniemy przywitani przez dzieci subtelnym szturchaniem, bo oto kawa stygnie. Potwory wstrętne specjalnie poczyniły ów napój, bo wiedziały, że wtedy wstaniemy. Bo jakże to nie wypić kaweczki wykonanej własnoręcznie pulchnymi rączynami ukochanych pociech? Zatem poranki upiornie wczesne pchały nas w ramiona przygody, zaś wieczory upiornie późne tuż przed jutrzenką zaganiały nas do barłogów. Dlatego też przydarzały nam się rozkosze od dawna niedoświadczane - w postaci popołudniowego snu Krzysztofa. Plenerowy był to sen lub samochodowy, jednakże błogi i milczący - jedyne chwile w ciągu dnia, gdy Krzysztof fundował nam ciszę. Co dziwne - w ogóle nie przyszło mu do głowy by spytać, czy spanie takie godne jest pięciolatka. Odlatywał niespodziewanie, w mgnieniu oka, nie mając szans na snucie jakichkolwiek rozważań w tym zakresie. Dodam tylko, całkiem niezabawną uwagę, że ulubionym miejscem naszych wieczornych wypraw było sopockie molo, które po 23:00 otwiera się latem dla wszystkich bezbiletowców i można po nim śmigać nie zważając na zawartość portfela. Wieczór, światła płynące z fontann, okolicznych hoteli i Monciaka, oraz z samego molo, a w dodatku muzyka na żywo i stragan ze mrugającymi gadżetami - to wszystko miało niezwykłą moc. I gdyby nie płochy pomysł przeniesienia się pod namiot do Poddąbia, zapewne bylibyśmy na molo podczas tragedii, która miała tam miejsce kilka dni temu...

Po czterech rodzinnych dniach, przyszedł czas na oddanie starszego dziecka w umiarkowanie obce
ręce - czyli dostarczenie jej na pędziwiatrowe kolonie do Ustki. Hanny kolonijne doświadczenia to temat szeroki, wymagający osobnej oprawy i godny właściwego potraktowania, zatem nie będę tu zgłębiać tego zagadnienia. Dość na tym, że radośnie pomknęła w kierunku koleżanek i ukochanej cioci Marzenki, całkowicie nas olewając i oznajmiając przed rozstaniem, że nie będzie za nami tęsknić. Eh...
Tym sposobem, na stanie pozostał nam jedynie Krzysztof, co zmusiło nas do szybkich działań regulujących bilans osobowy. Zwłaszcza ja czułam się przytłoczona nadmiarem pierwiastka męskiego w towarzystwie i postanowiłam zwabić na wybrzeże szanowną swą koleżankę z pracy, a dla potworów - ciocię Marietę. Dodatkowo brakowało nam już nieco wytrwałości w notorycznym siedzeniu w morzu z Krzysztofem, który zapierał się, że wcale mu zęby nie latają, a sinieje z radości. Ostatecznie zatem, przenieśliśmy miejsce akcji w najpiękniejsze miejsce polskiego wybrzeża czyli do Poddąbia nieopodal Ustki, zastąpiwszy Hannę - ciocią Marietą, zaś gdańską miejscówką - namiotem na campingu.


Życie pod namiotem ma swoje prawa, jest wyjątkowe i specyficzne. Ponieważ "już za parę dni, za dni parę" przyjdzie nam wrócić do koczowniczego trybu życia pod namiotem (choć tym razem w górskim klimacie), zagadnienia czysto campingowe pozostawię sobie na później. Skumuluję je i zbiorę do kupy w formie, by tak rzec, skondensowanej. Teraz pragnę poświęcić chwil kilka rewolucji, jaką wprowadziła w naszym życiu wymiana Hanny na ciocię Marietę. Kilka elementów było w tej sprawie strategicznych, bo (mimo hannowej dorosłości), ciocia jest bardziej samodzielna i nie ma konieczności strofowania jej, ustawiania do pionu i kontrolowania. Jest całkiem dorosła i z codziennymi sprawami radzi sobie doskonale. Jednocześnie ciocia Marieta nie zajmuje w namiocie więcej przestrzeni niż Hanna, bo przerasta ją zaledwie o kilka centymetrów. Choć wspomnieć należy, że mimo iż nosi buty o dwa rozmiary mniejsze niż Hanna, konsekwentnie podgrandzała po wyjściu z namiotu porzucone klapki tatusia Hanny, większe o (bagatela) osiem rozmiarów. Ciocia jednakże, w wydaniu urlopowym, miała kilka niezaprzeczalnych zalet: 

1. Chodziła z Krzysiem na lody.
2. Chodziła z Krzysiem na gokarty.
3. Chodziła z Krzysiem za rękę.
4. Ryła z Krzysiem w piachu.
5. Dmuchała Krzysiowi zapiaszczone rękawki.
6. Toczyła z Krzysiem walki za pomocą świetlnego miecza.
7. Pozwalała Krzysiowi wyżerać własną flądrę z talerza.
8. Szorowała Krzysiowi wyfluganą paszczę i co tam się jeszcze wyflugało.
9. Przegrywała z nami w makao o to, kto wejdzie z Krzysiem kolejny raz do morza.

Dodatkowo poszła ze mną na najbardziej ekstremalną karuzelę w usteckim lunaparku i przez przekoszmarne 4-5 minut cierpiała ze mną i (choć nie darłyśmy pyska) wyła wraz z moją jej dusza. A cierpienia łączą ludzi...

Tych kilka drobiazgów sprawiło, że ciocia Marieta jawi mi się jako element niezbędny na wyposażeniu campingowo-urlopowym i przy kolejnym wyjeździe rozważam dopakowanie jej do walizki. Trzeba przyznać, że ciocia idealnie wkomponowała się w beznapinkową atmosferę, czyli nasz rodzinny wakacyjny luz, poddając się wszelkim szaleństwom wraz z nocnym plażowaniem i maniackim pływaniem na wszelkich dostępnych stateczkach. Odbywała też ciocia z Krzysztofem zachwycające i dające nam mnóstwo uciechy rozmowy, na przykład:

Ciocia: Krzysiu, chcesz iść teraz na lody?
K: No, jeżeli jest taka konieczność.

Z ciocią Marietą
Bywało też, że Krzysio robił ciocię w totalne bambuko jojcząc o wejście do morza i zmuszając do podniesienia kupra w plażowego ręcznika, a gdy ciocia po licznych sapnięciach i wypluciu z siebie wraz z jadem steku słów nie przeznaczonych dla niewinnych, małych usząt, zdołała zamoczyć się cała w potwornie zimnej, mokrej brei zwanej Bałtykiem, Krzysztof natychmiast stwierdzał beztrosko, że on się już kąpać nie chce. Chęć na rozrywki wodne wracała mu niemalże od razu, gdy cioci udało się wyschnąć na ręczniku i przywrócić organizmowi odpowiednią temperaturę. I tak ciocia Marieta ulokowała się na piedestale myśli i uczuć Krzysztofa całkowicie go sobie zjednując. Od naszego wyjazdu znad morza (czyli od ponad doby) pytał już setki razy kiedy, no kiedy znów będzie mógł  z nią się spotkać. Nasza obecność, jak mniemam, jest mu już całkowicie obojętna...

Ale nic to, odwalę bohatersko porządki powyjazdowe, pranie, sprzątanie, składanie i biorę się za... pakowanie, bo za tydzień z małym hakiem, zaraz po powrocie Hanny z kolonii, ruszamy po górską przygodę :)

sobota, 28 czerwca 2014

Wakacje czas zacząć

Wakacje czas zacząć. A wakacje to podróże. Wakacje to pakowanie, nocowanie w różnych dziwnych miejscach, zwiedzanie, późne chodzenie spać, lody, przygody i ogólnie pojęta laba. Wszystko to odbywa się w ściśle ustalonej kolejności, podyktowanej przez naturalny rozkład działań, rozsądek i rodzicielskie rozplanowanie. Jednakże zabarwione jest łagodną nutką spontanu i opatrzone hasłem: "bez napinki". Aż trudno określić, co w tym wszystkim jest najpiękniejsze - to pozadomowe poznawanie świata, poczucie, że ma się mnóstwo czasu, czy też możliwość rozwijania w sobie syndromu leniwca.

Najpierw jednak, zanim te chwile beztroski nastąpią, odbywa się uroczyste zakończenie roku.
Ostatni przedwakacyjny taniec...
Rzecz niby banalna i oczywista, ale jednak wymaga stosownej oprawy: eleganckiej kiecki, portek w kancik i bukietu kwiatów. Krzysztofa zakończenie roku przedszkolnego odbyło się oficjalnie już dawno, bo 9 czerwca. Dzieci poszalały artystycznie na scenie, odwaliły uroczyste ukłony i podziękowania, capnęły po torbie pełnej łakoci w nagrodę za rok ciężkiej pracy i wróciły do przedszkolnej codzienności. Zatem ostatni dzień przedszkola, pozbawiony uroczystej otoczki, stał się dniem niby - normalnym, choć wzruszającym. Tego dnia uściski i umizgi muszą bowiem wystarczyć na całe długie dwa wakacyjne miesiące. A rozstania bywają dramatyczne. Krzysztof bowiem zakochał się ostatnio w Michalinie na tańcach i w Nikoli w przedszkolu ("tylko nie mów, mamusiu, Michalinie, bo ją też kocham i byłoby jej przykro"). Czy uczucie przetrwa próbę czasu? Czy po wakacjach Nikola i Michalina będą nadal jego dziewczynami? Któż to może wiedzieć. Miłość w tym wieku bywa bowiem zwiewna i płocha.

Ostatnie świadectwo i ostatnia róża w klasie u p. Bogusi
Dla Hanny zakończenie roku jest tym bardziej ważne, że kończy się nim epoka władzy pani Bogusi. Oto z edukacji wczesnoszkolnej wychodzi ukształtowany człowiek gotowy do awansu na ucznia klasy czwartej. Sprawa poważna niezwykle. To oczywiste dla każdego. Wystarczy przypomnieć sobie to gwałtowne przejście, wygrzebać je ze wspomnień własnych, nawet jeśli są odległe. Konieczne jest zatem aby docenić tę dorosłość, aby uznać, że oto te - niedawno jeszcze dzieci - stają się młodzieżą, zupełnie nie pytając nas przy tym o zgodę. Prośby "bądź znowu moją malutką córeczką" - pozostają bez odzewu. Dorośleje potwór jeden i już! Rozstanie z nauczycielką - panią Bogusią, wcale nie dramatyczne, radosne raczej acz wzniosłe i wzruszające, a także poprzedzone bezsenną nocą, bolącym brzuchem i paroma innymi sensacjami. Bo chociaż chętnie idzie się dalej, po nową przygodę, po wyzwania, to jednak czegoś żal... I jest czego żałować. Miała bowiem nauczycielkę niebanalną, niezwykłą, wyjątkową. Pani Bogusia twardą ręką pakowała w dziecięce głowy kolejne paczki wiedzy, ale nie jak tragarz, robotnik, rutyniarz, lecz jak artysta - architekt wnętrz dziecięcych dusz i rozumów. To kapitał, który haniowej klasie nie tylko zostanie, ale - mam nadzieję, zaprocentuje lepiej niż jakakolwiek bankowa lokata.

Matka też się wzruszyła, a jakże! Wspominam sobie Hanny, jakże niedawne, debiutowanie w klasie pierwszej. Wówczas to walczyła we mnie mieszanina dumy z wyrzutami sumienia (bo przecież posłałam do szkoły 6-latka!). Prowadziłam oto dziecinę niewinną w tę dzicz, gęstwinę niepewności, w to morze przepastne i wrogie, jakim jest szkoła. Ostatniego dnia przedszkola, przed jej pójściem do pierwszej klasy pisałam: "Uroczyście informuję, że w dniu dzisiejszym utraciłam córkę - przedszkolaka. 1 września, mam nadzieję, zyskać córkę - uczennicę. Jak Hanna sama stwierdziła - między dzisiejszym wyjściem z przedszkola, a pójściem do szkoły - jest po prostu - zwyczajną dziewczyną". Dziś Hanna twierdzi, że zna w szkole każdy kąt i nie zamieniłaby swojej "budy" na żadną inną. I choć ogólnie jestem przeciwna przymusowemu uszkolnianiu sześciolatków, w przypadku Hanny było to posunięcie właściwe.

Po odebraniu nagród, świadectw, dyplomów, dzieci udają się na zasłużony odpoczynek. Ale jeszcze przed wojażami, jeszcze z tchnieniem oświaty na plecach, tradycyjnie już, bo od lat kilku, kończymy sezon naukowy konno. Hanna wytęskniona czekała na tę chwilę niecierpliwie, bo dawno nie brykała po padoku, Krzysztof przejęty, bo końskich doświadczeń ma za sobą niewiele. Ale i dla niego nie jest to debiut. Jedno luzem, drugie na lonży - muszą wytrząsnąć z głów i zadków nadmiar mądrości. Muszą opustoszyć mózgi ze zdobytej wiedzy, aby zrobić w nich miejsce na nową. Chociaż może, może, gdzieś w zakamarkach ciemnych i cichych coś jednak zostanie. Może i wakacje nauczą ich czegoś
Toruński pies - świadek doświadczeń czytelniczych
nowego, z czym wejdą w nowy rok nauki, niczym panna z posagiem. Oto na przykład Krzysztof, dopiero co, w blasku czerwcowego wieczoru, na Starym Mieście w Toruniu, nagle i niespodziewanie, opanował umiejętność czytania. Niezdarnie jeszcze i niepewnie, ale znienacka stojąc przed jedną z witryn wykrzyknął: "Tu jest napisane Rossmann! Tylko dlaczego przez dwa - n?" I się zaczęło. Krzysztof analizował każdą kolejną toruńską witrynę, udowadniając nam z całych sił, że umie czytać. I uwierzcie mi - naprawdę nieźle mu szło. Czytanie przerwała mu dopiero "papierowa pogoda" - jak malowniczo nazwał skumulowany deszcz konfetti powiązany z toczącą się lokalną imprezą na Rynku. Ale czytanie stało się faktem, który - mam nadzieję - wakacje utrwalą. Byłoby strasznie, okropnie fajnie, gdyby Krzyś wrócił do przedszkola po wakacjach jako pełnoprawny, absolutnie doświadczony czytelnik.


Już po oficjalnym ogłoszeniu wakacji, Hanna zamyka swój rok sceniczny, mocno stresującym występem w Manufakturze. Okazało się podczas niego, że akustycy to dziwni ludzie i nie zawsze znają się na swojej robocie. Hanna została elegancko zapowiedziana, wymieniono tytuły obu piosenek, które miała zaśpiewać, po czym... zaczęto od tej drugiej. Hanna miała zatem kilka sekund by z kołysankowego, lekkiego nastroju wbić się w temat znacznie bardziej dynamiczny, porywający wręcz do tańca. Ale dała radę, akustycy zaś nie zdołali uruchomić pierwszego podkładu z żadnego z dwóch nośników, aż do chwili, gdy... było już za późno, bo blok z Pędziwiatrami się zakończył. Tak bywa, ale niesmak w dziedzinie wokalnej udało się zasłodzić lodami.


Pszczoły są na wrotkach - piosenka druga, która niespodziewanie stała się pierwszą

Zatem to już. Wszystkie zadania wykonane. Wakacje czas zacząć. Labę totalną, tumiwisizm, wylegiizm łóżkowo-poranny, wieczorne długie bajdurzenie przed snem, zabawę, zabawę, zabawę... Można się cieszyć świętym, domowym spokojem. Dłuuuuuugo, dłuuuuuuugo, bo... przez tydzień. Potem się pakujemy i - w drogę :)

wtorek, 17 czerwca 2014

W Strunowicach - baśń muzyczna z Krainy Wielkiej Symfonii

- Krzysiu, a o czym marzysz?
- Mamo! Chciałbym mieć wszystkie instrumenty świata. I bym na nich grał. A Hania by śpiewała.
- A ty byś nie śpiewał?
- Ja też, ale tylko refren.
- A jaki instrument lubisz najbardziej?
- Najbardziej, tak najbardziej z całego świata lubię gitarę!

Krzyś jest mały, a Hania jest duża. Każdy to wie. I istnieje podejrzenie, że jeszcze długo tak będzie. Ale nie zawsze przecież. Kiedyś, za długi, bardzo długi czas, Krzyś urośnie i stanie się dorosłym mężczyzną. Jak tatuś. A Hania będzie dorosłą kobietą. Jak mamusia. A ponieważ mamusia jest dużo mniejsza od tatusia, to oczywistą jest sprawą, że Krzyś będzie większy od Hani... I silniejszy... I starszy... No nie, starszy nie będzie. To się chyba nie uda. Ale będzie mógł patrzeć na nią z góry i mówić: "No co mała, nie możesz sięgnąć do tej książki z górnej półki? Odsuń się, twój duży brat ci pomoże!"

Ale teraz to Krzysio jest mały. I tylko Krzysia tatuś może podrzucać, nosić na rękach, brać na barana. Tylko Krzyś może bawić się bez końca i wymyślać niesamowite historie. Jednak często zaprasza do zabawy Hanię, jeśli tylko Hania odrobi już lekcje i upora się ze swoimi obowiązkami.

Tatuś często bierze Krzysia na ręce i trzyma go jak gitarę. Krzysia nogi są wówczas w górze i pełnią rolę gryfu., a Krzysia brzuszek i klatka piersiowa to pudło rezonansowe. Tatuś uderza rytmicznie w niewidzialne struny gitary i Krzysio pęka ze śmiechu, bo to potwornie łaskocze. Hania skacze wokół nich i śpiewa do akompaniamentu gitary-Krzysia. Jest hałas, harmider, zamieszanie i mnóstwo śmiechu. A czasem, za sprawą magiczną i tajemniczą, Krzysio staje się królem Strunowic...


...Strunowice były najmniejszym królestwem w Krainie Wielkiej Symfonii. Leżały wśród lasów i pól ciągnących się wzdłuż srebrzystego, wartkiego potoku. W najszerszym punkcie Strunowic, przez potok biegł  mały, drewniany mostek. Przy nim brało swój początek sześć błyszczących w słońcu, złocistych szarf, unoszących się nad wodą. Szarfy, napięte niczym struny, jedna obok drugiej, mknęły wesoło i zgodnie z nurtem potoku, aż do kamiennego wodospadu. Przy nim, pod stertą kamieni, zwanych przez miejscowych kluczami, potok miał swoje źródło.

Przy wietrznych dniach pęd powietrza wprowadzał te szarfy w drgania i wówczas cała okolica pogrążała się w dźwiękach muzyki tak pięknej, że od jej brzmienia wszystkie łąki zakwitały kwiatami. Mieszkańcy zostawiali wówczas swoje obowiązki i rozpoczynało się wietrzne święto - wielka muzyczna zabawa. Dlatego mieszkańcy Strunowic kochali wiatr. Przynosił im radość, piękną muzykę, kwiaty i odpoczynek. W Strunowicach na zamku, król Krzysztof zwany Gryfem, zatrudniał cały sztab ekspertów, zajmujących się wypatrywaniem nadchodzącego wiatru. Nie byli to zwykli meteorologowie, o nie! Byli to dyplomowani specjaliści, zwani Łowcami Wichur. Do ich obowiązków należało bowiem prognozowanie, kiedy wiatr przyjdzie i jak długo zostanie oraz praca nad wynalezieniem urządzenia, które ujarzmiłoby wiatr. Gdy tylko widzieli, że chmury zaczynają tańczyć po niebie, płynąć, przemieszczać się i wędrować, głośnym biciem w bębny dawali znać mieszkańcom zamku, że oto nadszedł czas na wielką muzyczną zabawę. Kucharze z całego królestwa rzucali się do wałków, misek i rondli, aby napiec ciast, babeczek i herbatników. Wszystkie obowiązkowo musiały być ozdobione nutami, kluczami wiolinowymi, bemolami i krzyżykami. Królewskie garderoby zapełniały tłumy szukające dla siebie odpowiednich strojów i obuwia. Fryzjerzy mieli pełne ręce roboty, bo każdy chciał wyglądać odświętnie i wyjątkowo. Na błoniach przed zamkiem rozstawiano stoły i krzesła, rozwieszano dekoracje z balonów, girland i żywych kwiatów, wszędzie pełno było konfetti i baniek mydlanych produkowanych przez odpowiedzialnych za tę pracę paziów króla Krzysztofa.



il. Hanna M.
W chwili, gdy wiatr zaczynał poruszać szarfy nad potokiem, rozbrzmiewała przepiękna muzyka. Król siadał na podwyższeniu i bacznie obserwował, czy aby wszyscy dobrze się bawią, czy tańczą, śpiewają i jedzą. Dbał o to, by dźwięki muzyki były piękne i czyste. Jeśli tylko do jego uszu dobiegał choć cień niedoskonałego brzmienia, wysyłał najlepszych swych doradców, by przy wodospadzie poruszyli kamienne klucze i nastroili struny wietrznej gitary.

Niekiedy sam król ruszał na parkiet, porywając do tańca najpiękniejsze panny z okolicy. I tańczył wspaniale, aż dech zapierało patrzącym. Bywało też, że król Krzysztof śpiewał do akompaniamentu wiatru, a jego głos niósł się w świat perliście, czysto i donośnie. Z całej Krainy Wielkiej Symfonii zjeżdżali się goście, aby wspólnie bawić się z mieszkańcami Strunowic i słuchać śpiewu króla. Przywozili mu w darze egzotyczne owoce, słodycze i stroje, a także piękne panny w nadziei, że którąś z nich zechce pojąć za żonę. Król Krzysztof przychylnym okiem patrzył na te dary i przyjmował je z wdzięcznością. Co do panien zaś, musiały zadowolić się tańcem w ramionach króla, który nie patrzył na żadną z nich dłużej, niż trwała jedna melodia.  Nieraz zamkowe błonia wypełniały westchnienia owych panien, snujących za królem zakochane spojrzenia. On jednak był niewzruszony, bo jego największą miłością była muzyka.


Pewnego dnia, nad Strunowice nadeszła niezwykle potężna wichura. Była tak silna, że nie było mowy o tańcu i śpiewie. Szarfy nad potokiem jęczały żałośnie szarpane kolejnymi porywami. Z nieba lał się deszcz przeplatany gradem. Każdy, kto tylko mógł, szukał schronienia pod dachem. Bębny Łowców Wichur biły, nie na zabawę, lecz na trwogę. Taka pogoda utrzymywała się przez dwadzieścia długich dni. Gdy wreszcie wróciło słońce, cała okolica była zniszczona. Nie utrzymał się na ziemi żaden kwiat, żaden krzew. Została tylko goła ziemia, skały i najsilniejsze drzewa. Najgorszy jednak widok, ukazał się oczom mieszkańców, nad potokiem. Wszystkie szarfy były porozrywane, mostek i kamienny wodospad zrujnowany i mimo przyjemnego, ciepłego wiatru słychać było jedynie szum drzew oraz niezmiernie smutną i absolutnie bezmuzyczną ciszę. Król patrzył na to wszystko z niedowierzaniem. Przyglądając się swemu królestwu w ponurym milczeniu, popadał co chwilę to w rozpacz, to w złość. Łzy mieszały się mu z przekleństwami. Przez następne dni biegał po komnatach w nadziei, że za chwilę obudzi się z koszmaru, że to tylko sen. Wzywał po kolei wszystkich swoich ekspertów, uczonych i znawców sztuki muzycznej. Nikt jednak nie potrafił naprawić tak potężnych zniszczeń. Król, a wraz z nim całe królestwo, z każdym dniem pogrążało się w coraz większej nudzie, smutku i szarości pozbawionej muzyki i kwiatów.


Aż pewnego dnia, do Strunowic przybyła dziwna, nieznajoma postać. Nieduża i drobna, a na plecach niosła tajemniczy worek w dziwnym kształcie. Odziana była w skromny, długi płaszcz z kapturem, spod którego wymykały się pojedyncze, złociste pukle, świadczące o tym, że jest to młoda dziewczyna. Stanęła przy zamkowej bramie i prosiła o pozwolenie na widzenie z królem. Wartownicy jednak nie chcieli jej wpuścić.


- Król Krzysztof nie przyjmuje gości, bo pograżony jest w rozpaczy - rzekł jeden z nich.

- Ale ja niosę dla niego ulgę i radość - odparła nieznajoma postać.
- Jakąż ty możesz dać mu radość dziewczyno? - śmiał się drugi. - Toż dla naszego króla nie ma życia bez muzyki, a nasz wietrzny, królewski instrument, ot - zniszczony i bezużyteczny!
- Wiem, że król kocha muzykę. Puść mnie, proszę, mam dla niego pocieszenie - upierała się dziewczyna.
- Niejedna już panna chciała go pocieszać. Ale skoro w dawnych, dobrych czasach na żadną z nich nie patrzył dłużej niż przez jeden taniec, to tym bardziej nie będzie patrzył na ciebie, w czasie smutku - tłumaczyli wartownicy.

Dziewczyna jednak obrzuciła ich groźnym spojrzeniem, tupnęła w furii nogą, a spod jej trzewików wyprysnęły kolorowe bratki. Wartownicy spojrzeli w dal, na drogę którą przyszła. Znaczył ją różnobarwny kobierzec z kwiatów, wyraźnie odcinający się na szaro-burej, zniszczonej ziemi. Wystraszyli się nieco i bali się jej dłużej sprzeciwiać. Wrota zgrzytnęły przeciągle i uchyliły się przed dziewczyną, która dziarskim, wesołym krokiem ruszyła przez puste, zamkowe podwórze. Z łatwością przemknęła przez ponure korytarze i krużganki i dotarła do królewskiej komnaty. Król siedział na tronie ze zwieszoną głową, w ciszy i samotnie. Obok leżały stosy smakowitych ciastek, szafy i skrzynie pełne była bogato zdobionych strojów, na ścianach wisiały drogocenne obrazy, a mimo to czuć było w powietrzu smutek i zwykłą, zupełnie niekrólewską nudę.


- Dzień dobry królu - powiedziała dziewczyna wchodząc śmiało do komnaty i uśmiechając się szeroko.

- Idź sobie - odparł król. - Nie chcę już ciastek, kolejnych strojów, ani towarzystwa.
- Nie przyniosłam ci ciastek, tylko radość - usiłowała tłumaczyć dziewczyna.
- Nie ma już dla mnie radości - rzekł ponuro król. - I żony też nie szukam - dodał. - Bez muzyki nie ma dla mnie życia.
- Czemu tak mówisz? Potrafisz przecież tak pięknie śpiewać. A śpiew to też muzyka.
- Chyba żartujesz! Kpisz sobie ze mnie, nieszczęśliwego. Gdybyś wiedziała jak pięknie brzmią dźwięki trącanych wiatrem strun, zrozumiałabyś za czym tęsknię.

I król, sam nie wiedząc czemu, zaczął snuć swe ulubione wspomnienia niesionych wiatrem melodii, a tymczasem dziewczyna zdjęła z pleców tobołek i zaczęła go ukradkiem rozpakowywać. Odwijała kolejne warstwy materiału, pod którymi ukazał się dziwny, drewniany kształt, jakby podłużnego pudełka. Z jednej strony było szerokie i okrągłe, a z drugiej wąskie i długie. Król nie widział jednak ani dziewczyny, ani tego, co przyniosła. Ronił bowiem kolejne łzy, pochylając się nad swym dawnym szczęściem.


- ... i wystarczał niewielki wiatr, by wprowadzać struny w drgania i grać delikatne, ciche melodię... - mówił.


W tym samym momencie dziewczyna dotknęła trzymanego przedmiotu i do uszu króla dobiegło znane i jakże wytęsknione brzmienie. Podszedł do niej i patrzył z niedowierzaniem. Ona tymczasem podała mu śmiało przedmiot, zachęcając do tego, by sam spróbował wydobyć z pudła dźwięki. Król przyjrzał się jej i wziął przedmiot w ręce. Był lekki, jakby pusty w środku. Gdy spojrzało się nań z góry, wyglądał tak, jakby ktoś wykonał w drewnie miniaturową mapę Strunowic. Dało się zauważyć mostek i sześć strun, a na końcu klucze, niczym kamienie przy wodospadzie. Król Krzysztof nieśmiało uderzył palcami w struny. I to co usłyszał, zachwyciło go bez miary. Uderzył zatem śmielej, mocniej i głośniej. I zaczął grać, a gdy grał, dziewczyna zatańczyła wokół niego i na posadzce królewskiej komnaty zakwitł dywan kwiatów. 


Zbiegli się wszyscy mieszkańcy zamku. Cała okolica ożyła, jakby zbudziła się z długiego, ponurego snu. I znów Strunowice rozbrzmiały muzyką, radością i zabawą. Król grał śpiewając przy tym najpiękniejsze pieśni o radości, a gdy w końcu chciał porwać tajemniczą dziewczynę do tańca, ta machnęła ręką, niby czarodziejską różdżką i... Muzyka trwała dalej, choć król zafascynowany na równi dźwiękami melodii, co dziewczyną, tańczył z nią bez końca, nie patrząc, że zapadła noc. Tańczył i tańczył, choć większość ludzi wokół już się pospała, choć mijały godziny i nawet księżyc ziewał na niebie.


- Kim jesteś? - spytał, nie przerywając tańca.

- Jestem Kornelia - odparła prosto dziewczyna.
- Kornelia - powtórzył król. - Jakie piękne imię. Skąd przybyłaś?
- Z Lutlandii leżącej na samym skraju Krainy Wielkiej Symfonii. Mieszkam tam z moim ojcem.
- I to od niego masz to... to... tę cudowną rzecz?
- Tak, zrobił ją dla ciebie królu, gdy usłyszał o tym, co przytrafiło się w Strunowicach.
- Ją? - pytał król Krzysztof.
- Tak. To instrument, który nazwał gitarą.
- Gitara - powtórzył król w zachwycie. - A jak nazywa się twój ojciec? Musi być wyjątkowym czarodziejem.
- Nie jest czarodziejem. Jest stolarzem. Nazywa się Antonio de Torres Jurado.

I tańczyli dalej. Dzień i noc, dzień i noc, bez końca. A całe Strunowice zakwitły kwiatami, ludzie zbiegali się tłumnie na królewskie błonia, żeby słuchać ukochanych i tak bardzo wytęsknionych dźwięków. Gdy Kornelia była zmęczona tańcem, król pozwalał jej odpocząć, a sam brał w ręce gitarę, śpiewał i grał. Innym razem znów, Kornelia śpiewała wraz z nim lub, sobie tylko znaną magią, zaklinała gitarę do gry i tańczyła z królem. A radość i muzyka trwały bez końca, bo nie potrzeba już było im wiatru. Muzyka była w nich samych i w zaklętych strunach gitary.


Nie minął rok, a dźwięki gitary, wyjątkowo uroczyście i donośnie, obwieściły wielki bal, na króry zaproszono wszystkich mieszkańców Krainy Wielkiej Symfoni. Bo oto król Krzysztof zwany Gryfem poślubiał piękną Kornelię, którą pokochał równie mocno, jak muzykę. Na bal przybył także ojciec panny młodej, Antonio de Torres Jurado i ze wzruszeniem patrzył, ile dobrego przyniosła ludziom jego praca. Odtąd muzyka nie milkła nigdy. Strunowice stały się znane w całym świecie, a tłumy melomanów odwiedzały co roku królewski zamek. Król kazał wybudować na błoniach wielką muszlę koncertową dla tysięcy widzów i koncertowali w niej wspólnie co wieczór. Stworzyli bowiem najwspanialsze w świecie trio: król Krzysztof, Kornelia i gitara - królowa instrumentów. 


I tak pewnie grają do dziś. Może ich kiedyś usłyszycie...



... tak właśnie jest z Krzysztofem i gitarą. Tworzą nierozłączną parę. A Kornelia? Kornelia też jest prawdziwa. Piękna jak w bajce, śpiewa, tańczy i kocha muzykę. Kto wie, kto wie, może zatańczy kiedyś z Krzysztofem w pierwszej parze na prawdziwym królewskim balu...

Tymczasem krzysztofowa gitara rozpada się w drobny mak, intensywnie używana i chyba nie dość mocna. Ale Krzysztof za chwilę ma urodziny. Już niedługo, gdy tylko lato porządnie się u nas rozgości. Szukam dla niego nowej: odpowiedniej, wytrzymałej i ładnie brzmiącej. Ot - idealnej dla muzykującego pięciolatka. Bo istrument, jaki by nie był, to zawsze trafiony prezent. Wciągający, fascynujący i bliski sercu. Może ktoś zechce coś doradzić zdesperowanej matce, bo potwór skasował chyba już z pięć albo sześć gitar. Żadna nie wytrzymuje dłużej niż pół roku. Normalnie jak wichura w Strunowicach...