czwartek, 21 sierpnia 2014

Po śladach Liczyrzepy - czyli Przygody w Sudetach

Góry to potężna siła. Różnorodne, tajemnicze i nieprzewidywalne. Znacznie bardziej wymagające niż morze czy jeziora. Przyciągają jak magnes i gnają przez szlaki nie bacząc na nasze zmęczenie, brak ochoty czy zmianę pogody. Nie da się tu po prostu w kilka minut wrócić do cywilizacji. Ale góry kształtują charakter, uczą samodzielności, odpowiedzialności, wytrwałości, szacunku dla innych i dla sił przyrody i dlatego warto dać dziecku szansę na obcowanie z nimi już od wczesnego dzieciństwa. Hanna swoje pierwsze górskie szczyty zdobywała w wieku lat 3 w Karkonoszach. Krzysztof był szybszy, bo mając zaledwie rok, w nosidle na plecach tatusia odwiedził najciekawsze zakątki w Bieszczadach i Pieninach. Dlatego też i w tym roku połowa sierpnia upłynęła nam na namiotowej włóczędze po Sudetach.

Na dobry początek udaliśmy się w Kotlinę Kłodzką. Szybko okazało się, że znalezienie godnego uwagi pola namiotowego jest mrzonką i zamiast planowanych Dusznik, wylądowaliśmy w Kudowie-Zdroju. Byliśmy zmęczeni i znużeni podróżą, zatem machnęliśmy ręką na fakt, że dookoła pola zamiast gór widzieliśmy wielkie, malownicze rury - diabli wiedzą co z sobą niosące. Jakość sanitariatów także nie powalała, ale była trawa na dość płaskim terenie, sporo miejsca, w pobliżu sklep i na środku pola metalowy podest, ewidentnie mający służyć jako scena. Rozbiliśmy zatem nasz zielony, szmaciany domek i udaliśmy się na eksplorację Kudowy. Skoro Zdrój - to i Dom Zdrojowy, gdzie tatuś - skuszony urokiem leczniczych wód - postanowił skosztować ich wraz z dziećmi. Woda jednak okazała się (w ocenie Krzysztofa) "śmierdząca" i dziecko odmówiło stanowczo jej spożycia, domagając się w zamian wody cytrynowej. Szybko zatem zakończyliśmy etap korzystania ze zdrojowych uciech górskich i przegoniwszy potomstwo po okolicznych pagórkach miejskich Kudowy pozostaliśmy przy doświadczeniach spacerowych. Największą atrakcją okazał się muzyczny park z instrumentami, których dzieci nie omieszkały ochoczo poużywać.

Kudowa stała się dla nas bazą wypadową w Góry Stołowe. Góry te, jak wiadomo, nie pną się zbyt wysoko ku niebu, zatem stanowią idealny początek wyprawy, ja mawia tatuś - na rozkręcenie. Mają skubańce ostre podejścia, ale zanim padnie się bez sił i odmówi współpracy, już się jest na szczycie, gdzie dopiero zaczyna się prawdziwa przyjemność. Prucie pod górę nie jest specjalnym wysiłkiem dla dzieci, ani nawet dla tatusia. Ja natomiast stanowię idealny przykład tarabaniącej się pod górę kupy nieszczęścia. Nie dość, że pieczołowicie hodowana astma nie współgra z górskim powietrzem i odmawia prawa do oddechu przy podejściach, to jeszcze wlec muszę z sobą niebagatelny ciężar własnej osoby odległej o lata świetlne od smukłości motyla czy kolibra. Jednakowoż zacięty mój charakter budzi we mnie ducha przekory i ilekroć mam podejrzenie, że górskie wyzwania nie są dla grubych bab, postanawiam sama sobie udowodnić że jest inaczej, że właśnie wlezę, wczołgam się na sam szczyt i w nosie mam jakieś bzdurne fizyczne przeszkody. Po wtoczeniu się na górę, w dół lecę już w tempie górskiej kozicy i nic mi w tym nie przeszkadza, bo astma przestaje się czepiać, a ciężar chętnie leci w dół, zgodnie z prawami Newtona. Tylko kolana mówią do mnie czasem brzydkie słowa, ale kto by ich tam słuchał...

Zatem Góry Stołowe, a tam przede wszystkim Szczeliniec, Błędne Skały i znajdujące się tam skalne labirynty. Zachwyciły jednogłośnie całą rodzinę i zostały obleciane, obłażone i obczołgane z dużą pieczołowitością i zaangażowaniem wszystkich czterech jednostek, co potwierdza materiał fotograficzny. Z ciekawostek szczególnych - okazało się, że najlepszym czytaczem tabliczek z nazwami poszczególnych skał jest Krzysztof (tak - tym skromnym stwierdzeniem oznajmiam, że mam syna coraz bardziej czytającego!), a rodzice wlezą w każdą dziurę. Przy szczególnie wąskich przesmykach dzieci patrzyły z zaciekawieniem, czy też mamunia w swej obfitej postaci się przeciśnie, a czy tatuś nie zedrze sobie skóry z łysiny w niskich korytarzach skalnych. Otóż - przewlekliśmy się przez wszystkie uszy igielne, przedarliśmy przez każdą dostępną turystom szparę. Pokonałam nawet Przesmyk Liczyrzepy, choć przez chwilę myślałam, że zostanę tam na zawsze. Strasznie śmiesznie było wtedy, gdy dzieci przebiegały ledwo pochylone, a rodzice przedzierali się na czterech łapach, ale ostatecznie z Gór Stołowych wyszliśmy zwycięsko. Apogeum skalnej przygody osiągnęliśmy w czeskim Skalnym Mieście w Adršpach, gdzie oblewani obficie deszczem na zmianę z atakami dzikiego słońca, krążyliśmy w zachwycie przez bite 6 godzin, nie mając ochoty kończyć rozrywki. To zdecydowanie jedno z tych miejsc, gdzie będziemy chcieli wrócić. Poza olbrzymimi skałami, labirytami, tysiącami schodów do pokonania, wodospadami i turkusowym, bajkowym jeziorem, przytrafił nam się tam także uroczy rejs z zabawnym czeskim flisakiem, dzięki któremu dzieci uwierzyły, że język polski i czeski są do siebie bardzo podobne. Wielki wodospad Skalnego Miasta zaburzył jednak to przekonanie. Jeśli zaczęło się głośno wrzeszczeć "Karkonoszu daj nam wody", wodospad ożywał i zaczynał tryskać ogromnym strumieniem. Doświadczenie pokazało jednak, że skubany reaguje wyłącznie na okrzyki po czesku. Nieładnie ze strony szanownego wodospadu ;)

Wisienką do tortu, jakim był nasz pobyt w Kudowie, stała się wycieczka do czeskiego Zoo Safari w Dvůr Králové. Doświadczenie natury odmiennej, całkiem nie górskiej, ale jednak ciekawe. Całodzienny pobyt wśród zwierząt, w ogrodzie znacznie ciekawszym od naszego, łódzkiego ZOO, był frajdą nie tylko dla dzieciaków. Znalazło się tam nawet parę goryli i orangutanów, które do złudzenia przypominały niektórych członków naszej rodziny.

Z Kudowy ruszyliśmy na wschód, aby zderzyć się z nieco wyższym pasmem górskim, jakim jest Masyw Śnieżnika. Urocze, rodzinne pole namiotowe i Międzygórzu wydało nam się rajem. Wystarczyło uchylić okienko w namiocie, by cieszyć oczy pięknymi widokami. Dodatkowo na polu namiotowym stała wielka trampolina, stanowiąca punkt zborny dla wszystkich dzieciaków. Impreza na niej trwała codziennie do późnego wieczora i dawała szansę na oddech od ukochanych pociech rodzicom. Za to ciężko było znaleźć kawałek płaskiego terenu, zatem zmuszeni byliśmy spać pod kątem, spadając nocą na siebie nawzajem.  Ale przecież nie wszystko musi być idealne. Międzygórze pogoniło nas do Wodospadu Wilczki i Ogrodu Bajek (znów jakieś tysiące schodów w górę i ciężka zadyszka mamuni), w którym dzieci odkryły bezręką Różową Panterę, Reksia i Strusia Pędziwiatra.

Następnie spędziliśmy konstruktywnie dwa deszczowe dni zwiedzając Jaskinię Niedźwiedzią, Kopalnię Złota i Średniowieczny Park Techniki. Wszystkie te miejsca miały tę cudowną zaletę, że przewodnicy zagarniali dzieci do przodu, przejmując nad nimi opiekę i kontrolę, a dorośli mogli zwiedzać w spokoju bez uganiania się za uroczymi potworami. W Jaskini spotkaliśmy nietoperza, ale generalnie było sielsko. W Kopalni zaś Krzyś miał już nieco stracha, bo na turystów czekało kilka straszących atrakcji akustyczno-wizualnych z potępieńczymi dźwiękami i świecącymi kościotrupami. Dodatkowo spotkaliśmy postać upiornie przebranego alchemika, który produkował arszenik. Nie wzbudził on w Krzysztofie zachwytu. Za to zjeżdżanie w kopalni na ślizgawce i wyjeżdżanie z niej huczącą kolejką było już samą przyjemnością. W Parku Techniki przewieziono dzieci czołgiem Leonarda da Vinci, a potem zaprzężono w kierat i w sumie można było je tam porzucić, ale zrezygnowaliśmy po namyśle z tej opcji. W Parku był też Labirynt Strachu, do którego Krzyś odmówił wejścia, zaś Hanna uciekła po minucie z płaczem. Reszta dzieci bohatersko przebrnęła, co pozwala mi mniemać, że moje są tchórzem podszyte.

Kulminacyjnym punktem pobytu w Międzygórzu była wycieczka na Śnieżnik. 7 km w górę, a następnie 11 km w dół, bo tatuś postanowił wybrać nam "wygodniejszą" powrotną trasę, nie zwróciwszy uwagi na jej długość. Pewnie, że było super. Świadczy o tym chociażby fakt, że przeżyłam. Choć okazało się, że powyżej 1250 m n.p.m. moja astma zaczyna się buntować. Ale wleźliśmy, zmarzliśmy, oblecieliśmy szczyt i wracając zaliczyliśmy gorącą zupę w schronisku pod szczytem. Pomyślałam wtedy, że wreszcie skubańce padną, dowloką się do namiotu i runą bez dźwięku na materace. Otóż nie, okazało się, że po powrocie potwory stwierdziły, że muszą rozluźnić mięśnie nóg i idą poskakać na trampolinie.. I skakały... Półtorej godziny, aż sama ich zwlokłam, bo było całkiem ciemno... Wówczas postanowiliśmy zawlec mutanty w Karkonosze.

Wylądowaliśmy na polu namiotowym "Nad Rozkosznym Stawem" w Szklarskiej Porębie, gdzie kaczki pożerały nam bułki, a w nocy wesoło szemrały dwa strumyki. Odwiedziliśmy dwa wodospady: Szklarki i Kamieńczyka oraz Muzeum Minerałów, w którym Hanna ostatecznie zaraziła się od tatusia fascynacją kamorami, a Krzysztof ryczał co sił w płucach ukazując swoją naturę upiora. Zaliczyliśmy także Szrenicę i wycieczkę po szczytach tzw. Drogą Przyjaźni Polsko-Czeskiej, gdzie dla odmiany niewąsko narozrabiał tatuś. Ponieważ było zimno, zdecydowaliśmy się iść górą tak daleko, by zdążyć wrócić i zjechać w dół ostatnią kolejką linową. Tymczasem za Śnieżnymi Kotłami tatuś oświadczył, że do kolejki wraca inną drogą, szlakiem wiodącym poniżej Kotłów. Odmówiłam z dziećmi udziału w imprezie z uwagi na zagęszczenie chmur. Rozstaliśmy się zatem i pomknęliśmy osobno - tatuś dołem, a my górą. Do kolejki dopędziliśmy już w strugach deszczu, tymczasem tatuś utknął na niewygodnym, kamienistym szlaku i nie miał szans zdążyć na ostatni zjazd. Wsiedliśmy w trójkę w dwuosobowy wagonik i gdy tylko ruszyliśmy, nad głowami zaczęło nam potężnie grzmieć... Nie był to najmilszy zjazd w moim życiu... Z burzą za plecami, w strugach deszczu, ze spłoszonymi potworami po bokach. Tatuś zaś beztrosko przeczekał grzmoty i ulewę w Schronisku Pod Łabskim Szczytem, gdzie zdołał dogalopować. Po zjeździe ukazało się piękne słońce oraz głupota całego zdarzenia, bo znaleźliśmy się zmarznięci i przemoknięci przy zamkniętym aucie, do którego kluczyki miał tata, gdzieś wysoko w górach. Dodatkowo zabrał całą forsę, więc nie mogliśmy udać się na cokolwiek ciepłego, by spokojnie na niego poczekać. Mieliśmy do wyboru - iść 5 km do namiotu lub ruszyć mu szlakiem naprzeciw. Furia nas niosła, więc pogoniliśmy rączo w kierunku tatusia, by go zdrowo ochrzanić. I dostało mu się niewąsko. Podczas drogi zbieraliśmy bowiem amunicję w postaci szyszek... O dziwo, skończyło się bez kataru i kaszlu...

Ale było nam mało i wybraliśmy się także do Karpacza, a z niego na Śnieżkę, gdzie wywiało nam z głów wszelkie resztki rozumu, bo siła wiatru była większa od siły myśli. Dodatkowo porażająca temperatura 3,5 stopnia i zasłona chmur sprawiła, że - przyznaję - poddałam się namowom moich płuc i zostałam w Domu Śląskim na Równi pod Śnieżką. Twardziele udali się na śnieżkowy szczyt, co zostało nagrodzone kubłem gorącej czeskiej czekolady, która z nieznanych przyczyn była dwa razy tańsza od polskiej. Gdy trzy sople lodu wróciły po mnie do Schroniska, wciąż dygotałam z zimna po spacerku na uroczym wietrzyku. Z gripexem w zębach wróciłam z nimi na dół i pogodziłam się z faktem nadejścia przeziębienia. Oczywiście tylko ja, reszta zdrowa. Dodatkowo uroczo ciepłe noce (ok. 4 stopnie) dowaliły mi zdrowo i chwilowo namiotowania mam dość. Podejrzewam, że do wiosny mi przejdzie, jak zawsze.

Ostatniego dnia pomknęliśmy, już w drodze do domu, na wycieczkę dookoła Karkonoszy. Odwiedziliśmy Špindlerův Mlýn, gdzie potwory zakosztowały uciechy zjeżdżania na pontonach. Okazało się to być największą frajdą z możliwych i ciężko było je stamtąd wywlec. Korony płynęły rzeką szeroką... Ostatecznie jednak, nacieszywszy oczy widokami, a peugeota górskimi drogami, udało się powrócić do ojczyzny przez Przełącz Okraj i bezpiecznie doholować potwory do domu.

Za nami dwa wspaniałe tygodnie, mnóstwo przeżyć i prawdziwego bycia razem. Nic tak bowiem nie łączy jak wspólny trud wędrówki oraz blaski i cienie namiotowego życia. Okazało się na przykład, że Hanna doskonale potrafi zmywać gary, z czego zamierzam też korzystać w warunkach domowych. Zarówno dzieci jak i my zrealizowaliśmy założony plan, a nawet zobaczyliśmy nieco więcej. Poza moim sromotnym poddaniem się pod Śnieżką, wszyscy byli twardzi, choć Krzysztof miewał chwile załamania. Wówczas brał telefon i obdzwaniał babcie i ciocie z zapytaniem czy może u nich zamieszkać, bo rodziców się wyrzeka, gdyż ganiają go po szlakach i za rzadko robią postoje. Z jedną ciotką zakontraktował nawet przeprowadzkę, ale mina mu zrzedła na wiadomość, że ciotka maniacko galopuje po Tatrach. Chyba zatem zostanie jednak z nami. W nagrodę za bohaterstwo i trud, wprost po powrocie do domu przeprowadził się do swojego nowego pokoju, czym zapoczątkowany został nowy etap w życiu potworów: etap osobnego życia i licznych wzajemnych odwiedzin. Oba pokoiki i ich mieszkańcy szykują się do nowych wyzwań, bo oto już za kilka dni powrót do szkoły (czwarta klasa!) i przedszkola (na ostatni, najostatniejszy rok)...

wtorek, 5 sierpnia 2014

W biurze


Syn mój zawitał dziś w mojej pracy. Biuro jak biuro. Szare, codzienne, zupełnie nieatrakcyjne. A jednak. Na początek - strasznie fajna winda. A czemuż ona taka fajna? A bo cały pulpit dowodzenia umieszczony ma nisko, w zasięgu Krzysiowych łapek. Krzysio mógł spokojnie naciskać i 0 i 2 i nawet 3. I w zasadzie każdy przycisk, jaki tylko by chciał - mógłby swobodnie nadusić. A na przykład taka winda w wieżowcu u cioci Izy już nie jest taka czaderska. Bo Krzysio owszem, może wcisnąć zero przy zjeżdżaniu w dół, ale już 6 do jechania w górę musi Hania. Bo za wysoko. 


Już zatem sama winda dała potworowi przeświadczenie, że mama w pracy ma fajnie. Potem okazało się  jeszcze, że poruszaniem się po biurze rządzi magiczny gadżet - identyfikator. Plastikowy prostokąt, niewiele różniący się od karty do bankomatu, a na nim zdjęcie i napis. Krzyś wie jaki - bo przeczytał. Bo Krzyś już zaczyna czytać. Taki jest dorosły. I takie właśnie cudo ze zdjęciem i napisami wiesza się na szyi na specjalnej smyczce. Podchodząc do jakichkolwiek drzwi wystarczy zbliżyć magiczną plakietkę, nastąpi któtkie "bip"... i drzwi stają otworem. No, prawie. Klamkę nacisnąć trzeba, ale frajda jest wielka. Gdyby tak Krzyś miał w domu lub chociaż w przedszkolu takie drzwi, przecież by bipał, a potem wchodził i wychodził bez końca. I chciałby mieć taki identyfikator ze zdjęciem, Ach, super ma mama w tej pracy. 

W biurze, za bipającymi drzwiami, jest mnóstwo biurek i komputerów przy których siedzą ludzie. Podobno pracują, ale Krzysio widział, że oni piszą na klawiaturach i klikają myszkami. Cóż to jest zatem za praca? Krzyś chętnie sam by tak popisał i poklikał, przecież bardzo lubi to robić. Tylko rodzice wiecznie go odciągają od tego zajęcia i mówią, żeby nie bawił się komputerem i nie majdrował. Phi, wielkie mi co! A tu tylu dorosłych robi dokładnie to samo, co Krzyś i jeszcze zarabiają za to pieniądze. Niesamowite, po prostu nie do pojęcia. Stanowczo Krzyś chciałby tu pracować, gdy dorośnie. W tym właśnie biurze, razem z mamą i z ciocią Marietą. Ciocia ma biurko obok biurka mamy. U mamy na pulpicie komputera jest zdjęcie Krzysia i to się Krzysiowi także bardzo podoba. Gdyby miał własny komputer, również umieściłby na pulpicie swoje zdjęcie. Ciocia Marieta nie ma na pulpicie zdjęcia Krzysia. Widnieje tam zupełnie inna postać, choć równie urocza i sympatyczna. W zasadzie Krzyś mógłby się z nią zaprzyjaźnić. Ponieważ cioci biurko jest po prawej stronie mamy, Krzyś postanowił, że gdy dorośnie, będzie siedział przy biurku od mamy na lewo. I z góry przepraszam siedzącego tam kolegę. Niech nie traktuje tych dziecięcych planów, jako próby wygryzienia ze stanowiska, lecz jako wróżbę rychłego i intratnego awansu.

W pracy u mamy, poza typowo biurowymi gadżetami, jest też kuchnia. W kuchni jest przytulnie i domowo, bo jest stół i lodówka i zlewozmywak. Ale jest też maszyna na pieniążki, z której ciurka do kubeczka gorąca czekolada. I to jest coś, co przesądza już jednoznacznie o tym, że praca mamy jest najlepsza na świecie. Bo czekolada ta jest przepyszna. Krzyś pokosztował, wyfajdał się nią bez umiaru i będzie odtąd dążył do tego, by jak najszybciej doświadczenie z czekoladą powtórzyć. Dodatkowo z maszyny ciurka też kawa, ale to już specjalnie Krzysia nie fascynuje. Obok maszyny stoi druga - ciurkająca wodą. Ta nie wymaga pieniążków, za to bardzo fajnie się przyciska specjalną wajchę, żeby ciurkało. Krzysio przyciskał, ciurkał i wypił cały kubeczek. Blisko mamy biurka jest druga taka maszyna. Krzysio też przyciskał, też ciurkał i też wypił. Doświadczenie podsumował tezą, że w obu maszynach woda jest taka sama. I trudno się z nim nie zgodzić. Dodał jeszcze, że jest pyszna, choć mogłaby być cytrynowa. Rzecz gustu, ale warto poddać ten pomysł uwadze zwierzchników. A nuż uda się załatwić cytrynową...

Krzyś zatem zaplanował dla siebie przyszłość biurową. Dokonał zwiedzania, co elegantszych biurowych przestrzeni, zapoznał się z obecnymi w pracy i godnymi poznania ciociami i wujkami i całkiem kontent wrócił do domu. Wygłosił przy tym stwierdzenie: "Fajnie jest z tą wodą. W klasie macie i w kuchni. I w ogóle ta twoja klasa jest super". No ba! Nie ma to jak moja klasa! Zatem po ukazaniu dziecku rzeczywistości biurowej, oddalam się na zasłużony urlop, pozdrawiając przy tym kolegów i koleżanki "z klasy" i życząc im dobrej zabawy przy bipaniu identyfikatorami, jeżdżeniu windą, majdrowaniu przy komputerach i piciu wody na zmianę z czekoladą. Do zobaczenia za dwa tygodnie :)

środa, 23 lipca 2014

Z bryzą morską za uszami

Jak wakacje, to wakacje. To czas wolny i oddomawianie się, odcywilizowywanie się. Nic tylko dzicz, głusza i przygoda. Bez sieci, bez kompa, bez bloga. Posty palcem po piasku pisane, morze uniosło aż na szwedzkie wybrzeże, nie uwzględniwszy konieczności opublikowania ich w Teatrzyku.

Ale jesteśmy już wśród żywych... tfu! jesteśmy już wśród zinternetyzowanych, zatem możemy podzielić się garścią doświadczeń, przeżyć i emocji. Czas pozbierać je do woreczka z muszelkami i bursztynkami, zasypać nadmorskim piaskiem i czekać aż wykiełkują w piękne wspomnienia. Bo znów byliśmy nad morzem. Tak, wiem - pewnie to już nudne - trzeci raz w tym roku, ale ten wyjazd był zgoła odmienny. Zaczął się standardowo - w pełnym składzie rodzinnym. Nasz mistrz teleportacji, zwany czule "pugu pugu", przeniósł nas rączo przez autostradę do Gdańska. Spędziliśmy tam cztery urokliwie rodzinne dni, wśród których znalazł się ten najważniejszy - urodziny Krzysztofa. Bardzo to istotne, bowiem to wszystko, co przystoi czterolatkowi odeszło wówczas w siną dal. Teraz Krzysztof jest posiadaczem dumnych lat pięciu i czynności godnych czterolatka nie raczy podejmować. W przypadku wątpliwości (czyli jakieś 40-50 razy dziennie) Krzysztof pyta czy w danym momencie jako pięciolatek może skorzystać z jakieś uciechy lub wykonać jakąś czynność. Na przykład na placu zabaw, przy poszczególnych urządzeniach rozrywkowych przeprowadza badania wstępne zapytując dla "ilolatków" przeznaczona jest dane ustrojstwo. Musi wiedzieć, czy aby godne jest ono pięciolatka. Uzyskawszy odpowiedź pozytywną, z rozkoszą oddaje się zabawie. Podobnie rzecz się mia przy zakupie kolorowanek, przywdziewaniu koła ratunkowego i rękawków, czy też grzebaniu w piasku łopatką. 

W dniu urodzin dorosłość Krzysztofa wymagała stosownej oprawy. Stąd też pojawił się nam na kwaterze tort zacny, zwieńczony pomarańczową gitarą i nutkami. Przeokropnie słodki i przez to umiarkowanie smaczny, ale nie o smak tu chodziło, a o to, by świeczki zostały wetknięte w godną ich tortowo-muzyczną miękkość. Wraz ze zdmuchnięciem świeczek, spadła na Krzysztofa rozkosz rozpakowania podarku, którym okazała się najprawdziwsza, (ach!) zupełnie autentyczna gitara. Krzysztof przystąpił do brzdąkania i brzdąkałby zapewne bez przerwy po dziś dzień bez chwili przerwy, gdyby nie fakt, że czasem udaje się mu ją z łap wydrzeć i skierować na aktywność mniej akustyczną. Krzysztof jednakże mimo tortu i gitary czuł pewien niedosyt, z uwagi na brak szalonej imprezy z mnóstwem gości. Pytał z niedowierzaniem czy to już zawsze musi być tak, że jego urodziny będą wypadały w wakacje. Bo przecież Hania ma w kwietniu, więc on by też tak chciał. No niestety. W tej sprawie Krzysztof jest na wieki przegrany. Z wielkim żalem przyjął na klatę fakt, że dzień urodzin pozostaje niezmienny. Za to za kilka dni ma imieniny. Wróciliśmy już do domu - zatem będzie impreza, że ho ho! Wracając do urodzin - skoro nie ma balangi, Krzysztof zażyczył sobie wykwintnego, uroczystego i wyjątkowego obiadu. Struchleliśmy nieco w przekonaniu, że teraz oto potwór zawlecze nas do wypasionej restauracji, nazamawia tony frykasów, a nam od tego karta kredytowa padnie z wycieńczenia lub zgoła ogłosi veto. Ale nie było aż tak źle, bo bohater dnia pod postacią luksusowego posiłku wykombinował sobie... górę frytek z keczupem. Nie było co się spierać. Były urodziny, był, tort i świeczki, frytki też być musiały obowiązkowo. Tym sposobem dziecko morzem keczupu oblało żal, że nie ma kinderbalu i przeszło nad zjawiskiem do porządku dziennego. A morze szumiało w rytmie "Sto lat, sto lat" i dostarczało dodatkowych uciech.

Na wakacjach z rodzicami dzieci miały możliwość pokosztowania nocnego życia. Oznaczało ono późne wracanie do domu, a zatem późne chodzenie spać. Niestety nie przekładało się na późne wstawanie. Już pierwszego poranka doznaliśmy z tatusiem potworów tego bolesnego zjawiska, całkowicie na nie nieprzygotowani. Kiedy bowiem dojechaliśmy do naszej gdańskiej miejscówki późnym wieczorem i daliśmy potworom zlec w wyrkach grubo po północy, nie spodziewaliśmy się tego, że już o 7 rano zostaniemy przywitani przez dzieci subtelnym szturchaniem, bo oto kawa stygnie. Potwory wstrętne specjalnie poczyniły ów napój, bo wiedziały, że wtedy wstaniemy. Bo jakże to nie wypić kaweczki wykonanej własnoręcznie pulchnymi rączynami ukochanych pociech? Zatem poranki upiornie wczesne pchały nas w ramiona przygody, zaś wieczory upiornie późne tuż przed jutrzenką zaganiały nas do barłogów. Dlatego też przydarzały nam się rozkosze od dawna niedoświadczane - w postaci popołudniowego snu Krzysztofa. Plenerowy był to sen lub samochodowy, jednakże błogi i milczący - jedyne chwile w ciągu dnia, gdy Krzysztof fundował nam ciszę. Co dziwne - w ogóle nie przyszło mu do głowy by spytać, czy spanie takie godne jest pięciolatka. Odlatywał niespodziewanie, w mgnieniu oka, nie mając szans na snucie jakichkolwiek rozważań w tym zakresie. Dodam tylko, całkiem niezabawną uwagę, że ulubionym miejscem naszych wieczornych wypraw było sopockie molo, które po 23:00 otwiera się latem dla wszystkich bezbiletowców i można po nim śmigać nie zważając na zawartość portfela. Wieczór, światła płynące z fontann, okolicznych hoteli i Monciaka, oraz z samego molo, a w dodatku muzyka na żywo i stragan ze mrugającymi gadżetami - to wszystko miało niezwykłą moc. I gdyby nie płochy pomysł przeniesienia się pod namiot do Poddąbia, zapewne bylibyśmy na molo podczas tragedii, która miała tam miejsce kilka dni temu...

Po czterech rodzinnych dniach, przyszedł czas na oddanie starszego dziecka w umiarkowanie obce
ręce - czyli dostarczenie jej na pędziwiatrowe kolonie do Ustki. Hanny kolonijne doświadczenia to temat szeroki, wymagający osobnej oprawy i godny właściwego potraktowania, zatem nie będę tu zgłębiać tego zagadnienia. Dość na tym, że radośnie pomknęła w kierunku koleżanek i ukochanej cioci Marzenki, całkowicie nas olewając i oznajmiając przed rozstaniem, że nie będzie za nami tęsknić. Eh...
Tym sposobem, na stanie pozostał nam jedynie Krzysztof, co zmusiło nas do szybkich działań regulujących bilans osobowy. Zwłaszcza ja czułam się przytłoczona nadmiarem pierwiastka męskiego w towarzystwie i postanowiłam zwabić na wybrzeże szanowną swą koleżankę z pracy, a dla potworów - ciocię Marietę. Dodatkowo brakowało nam już nieco wytrwałości w notorycznym siedzeniu w morzu z Krzysztofem, który zapierał się, że wcale mu zęby nie latają, a sinieje z radości. Ostatecznie zatem, przenieśliśmy miejsce akcji w najpiękniejsze miejsce polskiego wybrzeża czyli do Poddąbia nieopodal Ustki, zastąpiwszy Hannę - ciocią Marietą, zaś gdańską miejscówką - namiotem na campingu.


Życie pod namiotem ma swoje prawa, jest wyjątkowe i specyficzne. Ponieważ "już za parę dni, za dni parę" przyjdzie nam wrócić do koczowniczego trybu życia pod namiotem (choć tym razem w górskim klimacie), zagadnienia czysto campingowe pozostawię sobie na później. Skumuluję je i zbiorę do kupy w formie, by tak rzec, skondensowanej. Teraz pragnę poświęcić chwil kilka rewolucji, jaką wprowadziła w naszym życiu wymiana Hanny na ciocię Marietę. Kilka elementów było w tej sprawie strategicznych, bo (mimo hannowej dorosłości), ciocia jest bardziej samodzielna i nie ma konieczności strofowania jej, ustawiania do pionu i kontrolowania. Jest całkiem dorosła i z codziennymi sprawami radzi sobie doskonale. Jednocześnie ciocia Marieta nie zajmuje w namiocie więcej przestrzeni niż Hanna, bo przerasta ją zaledwie o kilka centymetrów. Choć wspomnieć należy, że mimo iż nosi buty o dwa rozmiary mniejsze niż Hanna, konsekwentnie podgrandzała po wyjściu z namiotu porzucone klapki tatusia Hanny, większe o (bagatela) osiem rozmiarów. Ciocia jednakże, w wydaniu urlopowym, miała kilka niezaprzeczalnych zalet: 

1. Chodziła z Krzysiem na lody.
2. Chodziła z Krzysiem na gokarty.
3. Chodziła z Krzysiem za rękę.
4. Ryła z Krzysiem w piachu.
5. Dmuchała Krzysiowi zapiaszczone rękawki.
6. Toczyła z Krzysiem walki za pomocą świetlnego miecza.
7. Pozwalała Krzysiowi wyżerać własną flądrę z talerza.
8. Szorowała Krzysiowi wyfluganą paszczę i co tam się jeszcze wyflugało.
9. Przegrywała z nami w makao o to, kto wejdzie z Krzysiem kolejny raz do morza.

Dodatkowo poszła ze mną na najbardziej ekstremalną karuzelę w usteckim lunaparku i przez przekoszmarne 4-5 minut cierpiała ze mną i (choć nie darłyśmy pyska) wyła wraz z moją jej dusza. A cierpienia łączą ludzi...

Tych kilka drobiazgów sprawiło, że ciocia Marieta jawi mi się jako element niezbędny na wyposażeniu campingowo-urlopowym i przy kolejnym wyjeździe rozważam dopakowanie jej do walizki. Trzeba przyznać, że ciocia idealnie wkomponowała się w beznapinkową atmosferę, czyli nasz rodzinny wakacyjny luz, poddając się wszelkim szaleństwom wraz z nocnym plażowaniem i maniackim pływaniem na wszelkich dostępnych stateczkach. Odbywała też ciocia z Krzysztofem zachwycające i dające nam mnóstwo uciechy rozmowy, na przykład:

Ciocia: Krzysiu, chcesz iść teraz na lody?
K: No, jeżeli jest taka konieczność.

Z ciocią Marietą
Bywało też, że Krzysio robił ciocię w totalne bambuko jojcząc o wejście do morza i zmuszając do podniesienia kupra w plażowego ręcznika, a gdy ciocia po licznych sapnięciach i wypluciu z siebie wraz z jadem steku słów nie przeznaczonych dla niewinnych, małych usząt, zdołała zamoczyć się cała w potwornie zimnej, mokrej brei zwanej Bałtykiem, Krzysztof natychmiast stwierdzał beztrosko, że on się już kąpać nie chce. Chęć na rozrywki wodne wracała mu niemalże od razu, gdy cioci udało się wyschnąć na ręczniku i przywrócić organizmowi odpowiednią temperaturę. I tak ciocia Marieta ulokowała się na piedestale myśli i uczuć Krzysztofa całkowicie go sobie zjednując. Od naszego wyjazdu znad morza (czyli od ponad doby) pytał już setki razy kiedy, no kiedy znów będzie mógł  z nią się spotkać. Nasza obecność, jak mniemam, jest mu już całkowicie obojętna...

Ale nic to, odwalę bohatersko porządki powyjazdowe, pranie, sprzątanie, składanie i biorę się za... pakowanie, bo za tydzień z małym hakiem, zaraz po powrocie Hanny z kolonii, ruszamy po górską przygodę :)